Witaj Wirtualny Wędrowcze, Zastanawiasz się czasem co było początkiem istnienia? Jak to się stało, że świat wygląda jak wygląda? Może ewolucja to fikcja? A czy potrafisz sobie wyobrazi granice tworzenia? Masz chwilę? Zapraszam do lektury. Poznaj krótką prahistorię...
Moczy mi dywan. Sąsiad z góry znów sika na mój sufit.
Więcej chcę
cię brać. Z garści do garści, wpychać do kuferka, zalepiać przestrzeń
pokoju. Wyrywać ci oddechy z gardła słodkie słowa. Rzygaj. Zmiętoszę ci
twarz wieczorem. Na dobranoc. Zedrę stanik, wygnę nogi, zliże ci linie
papilarne, pieprzyki, blizny, zmarszczki. Jesteś teraz jeszcze bardziej
bezimienna niż ja. To dobrze, pasujemy kolorami. Będziemy miały
rocznicę, to już setna spocona pościel. Lampa z zadymioną żarówką,
parzy cię? Parzy kochana? Gdy zgniatasz ją udami wygląda jak kryształki
lodu. Tak łatwo jest przemycić coś pięknego we własną chwilę. Rano
zwijam kłęby twoich włosów. Nie warto nikomu zbyt mocno ufać, później
można stracić impet w pięściach. Zbyt lekko się wtedy uderza w
znienawidzone policzki. Pociąga to za sobą wyrwy w pewności siebie i
świadomości dobrego dnia oraz dobrego ułożenia ciała. Ciało mówi.
Sonetami, ciągami, algorytmami, symfoniami. Delikatnie frunie unosząc
się tuż nad betonowym chodnikiem. Wygina w grymasie bólu brzuch w tych,
głowę w przód, ramiona do środka. Usta krzyczą i to są kiczowate
portrety z galerii na rogu. Ciało jest tylko w klatce na obrazie, albo
na zdjęciu. Bo ciało patrzy wtedy na siebie i myśli 'ooo ciało widzisz
ciało !' i wtedy wie, że istnieje. Wtedy się gnie, wyciąga jak kocur,
mruczy, pogwizduje zaczepnie. Śmieje się.
"Byłem wtedy innym człowiekiem - dzieckiem, jak powtarzano mi potem
wiele razy, bym przestał się obwiniać. Choć mistrzowie w walce
zatrudnieni na dworze mieli mi dawać lekcje, nie przykładałem się
zbytnio do tego. Życie wydawało mi się wtedy zbyt piękne, by marnować
je na naukę. Z resztą nie wiedziałem, czym naprawdę jest dyscyplina.
Tego miałem się nauczyć później, w zupełnie innych warunkach. Lecz
kiedy byłem dzieckiem, rodzice nie mieli dla mnie czasu, a wychowawcy
nie mieli odwagi, by zbyt ostro zwracać się do księcia, już nie mówiąc
o ganieniu go czy karaniu. Od tego był chłopiec do bicia. Czasem nawet
było mi go szkoda, ale w końcu był nikim, za mało ważny, by się nim
przejmować. Tak więc tonąłem w luksusach i dostatku. Nie miałem w
pałacu przyjaciół, prócz moich starszych braci, jednak niewiele
brakowało mi do pełni szczęścia. Gdybym wtedy choć przypuszczał, jak
krótko ten stan potrwa..."
ostatnia część
* * *
Nastał nowy dzień. Tajra stwierdziła, że powinna odwiedzić w kawiarni swoje przyjaciółki. Wstała i ubrała się. Lestat spał. Cicho wymknęła się z pokoju. Dzień był słoneczny. Była ciekawa jak zareagują na nią koleżanki. W końcu już pół roku nie pojawiała się ani nie dawała znaku życia. Tymbardziej nie mogła sobie wyobrazić ich min, gdy powie, że jest w ciąży. Chciała tego dziecka. Tylko nie wiedziała jak to będzie, skoro dziecko urodzi się wampirem. Zastanawiała się też jakie nadać imię. Szła tak zamyślona aż w końcu doszła do kawiarni. Zdziwiła się, że tak szybko dotarła. Nacisnęła klamkę. Za barem stała Alizee. Gdy zobaczyła Tajrę, rzuciła wszystko i podbiegła do niej. Uściskały się. Siadły obie przy wolnym stoliku. Ruchu nie było. Długo rozmawiały. Szybko się ściemniło. Alizee bardzo się ucieszyła z faktu, iż Tajra zostanie matką.
...zakończenie otwarte- można sobie samemu zakończyć jak się chce...
O tym, że chce umrzeć, dziadek zakomunikował nam w czwartek, podczas wieczornego podwieczorku. Swoją śmierć zaplanował na sobotę.
- Rodzinko!, zwrócił się do nas, popijając herbatę z filiżanki, - chcę wam o czymś powiedzieć. Otóż postanowiłem umrzeć. Chcę to zrobić w sobotę wieczorem. Zawsze uważałem, że sobota to najlepszy dzień na odejście, no i w telewizji mówili, że w najbliższy weekend będzie piękna pogoda. Chciałbym kochani, abyście wszyscy byli przy moim zgonie.
- Dziadku, a nie mógłby dziadek umrzeć w niedzielę? – jęknęła moja najstarsza córka, Lidka. W sobotę umówiłam się na wieczór z Kamilem. Na koncert idziemy, Diary of Dreams w Stodole grają! Przecież dziadek wie, że to mój ulubiony zespół jest...
- Przykro mi, moje dziecko, pokiwał głową dziadek – Gdyby chodziło o coś innego, to bym się z chęcią zgodził, ale własna śmierć to zbyt ważne wydarzenie, aby je odkładać na później. Poza tym zamówiłem już wizytę anioła śmierci, dopełniłem wszystkich formalności w urzędach, dokonałem opłat... Nie mogę, po prostu nie mogę się zgodzić na twoją prośbę!
- Mógł nas dziadek trochę wcześniej uprzedzić, mruknęła w odpowiedzi Lidka, - a nie tak wszystko po cichu, w tajemnicy przed rodziną załatwiać, - dodała już ciszej, nie chcąc zbytnio gniewać seniora.
- No cóż! – zabrał głos mój mąż, - Jak w sobotę, to w sobotę! Postaramy się tatusiowi pomóc, tak aby wszystko odbyło się po bożemu i zgodnie ze zwyczajem
* * *
Godzina 5.00
Ziewam.
Otwieram oczy – dłońmi ocieram każde z osobna. Ziewam – przy tym zamykając oczy, znów je otwieram, i kolejny raz ocieram dłońmi każde z osobna. Pieszczę – jakby moje palce miały usta to i by całowały. A jakby miały języki to lizały. Robiły by dobrze. I mi – i gałkom ocznym.
Ziewam. Drugi raz już. Zatykam usta dłonią. Nie lubię jak mam otwartą gębę gdy ziewam, potem różne świństwa wlatują do jamy ustnej. A to jakieś radioaktywne pierwiastki, nie wiadomo skąd się wzięły. A to jakieś robactwo latające w powietrzu. Raz taka mała muszka – nie większa od de mnie wleciała mi do ust, myślałem, że umrę. Czułem się jakbym wtrynił ość z ryby. I jeszcze paskuda drapała po gardle – wiadomo walczyła o życie - co dawało efekt kucia, wrzynania się w mięśnie, jakby ktoś na żywca mnie wyrzynał. Dżysus – co za ból. No nic to – na szczęście było minęło. Nie warto wspominać.
Ziewam. Kurde ile jeszcze? Ziewam i ziewam. Spałem co prawda 5 godzin, ale teraz ziewania koniec ma być – bom do pracy. Jak to? Ziewać prowadząc autobus? Nie wypada. Jeszcze licho wie co się potrąci i problemy będą. Zwolnią z roboty, prokuraturę naślą, a rodzina osoby potrącanej naśle mi bandziorów i wpier.. ekhm mi dadzą. Złamią coś – kolejne koszta. A nie daj boże – zabiją. Pfu, odpukać, splunąć za siebie, kopnąć się w zadek – nie może być.
Ziewam. Już czwarty raz – w pysk sobie daje – plask a to w prawy w policzek, plask to w lewy – cholera bolało. Moja kobieta tak nie wali jak sobie za dużo popiję. Chłopie miej ty litość.
Godzina 5.05.
Ok. Coś trza zjeść. Bo człowiek jak wyrusza w trasę, a burczy w żołądku przy tym – to źle się prowadzi. Nic tylko myśli wtedy o żarciu, a nie o pracy. A przecież nie można być roztargnionym. Myślami gdzie indziej się jest – a trza tylko skupionym być. Prowadzić autobus to poważna sprawa. Niemal jak misja. Co prawda nie kościelna – ale duszyczki czy to złe czy to dobre się wozi. Momentami czuję się jak Anioł Sądu Ostatecznego prowadząc te ludzkie niewypały pod sąd. Niestety – apokalipsy jeszcze nie ma, więc prowadzę je do pracy, do szkół, czy gdzie tam jeszcze. Ważne – aby dojechali na miejsce – cali i zdrowi. Tak pisało w Aneksie umowy o pracę - „kierowca lokomocji przewozowej jest odpowiedzialny za doprowadzenie bezpiecznie pasażerów w dany cel”. Tak jest napisane. Tego się trzymam. Momentami się czuję jak Anioł Stróż, stojący na straży ich bezpieczeństwa. Pfu – jak dla mnie mogliby w diabły iść – no ale regulamin to regulamin. Potem sankcje karne są jak się go nie przestrzega. A potem są problemy. A po co mi to.
Co tam mi żonka przygotowała...hmm pomarańczę, kanapki z szynką i serem i batonik milki - łej. Wszystko ładnie zapakowane – w pudełko z Kaczorem Donaldem. Dla ciekawskich – to pudełko dostałem od mojej mamy w Wigilię, wiec do dzisiaj je trzymam. Codziennie jest przez ze mnie czyszczone, aby pozbyć się gnicia czy rozpadu. Więc grzybicy brak – jak ta lala i malinka. Więc zdrowy prze to jestem jak dąb.
Wyciągam kanapkę, robię kęsa i przeżuwam. Przeżuwając się rozglądam. Patrzę na przystanek lini hmm nie mogę tego zdradzić. Otóż gdy przeczytacie opowiadanie – stanę się sławny i jak będziecie jeździć moim autobusem, kupując u mnie bilet – to przy okazji i o autograf poprosicie. A jak już wspominałem, nie mogę być myślami gdzie indziej. Mam poważne stanowisko i wiele od niego zależy. Na przykład wasze bezpieczeństwo. Wasz cel. Więc nie mówię jakiej to linii autobus. Może 234, a może nowiuteńki autobusik z dojcztland z napisem nad drzwiami „Achtung”linii 5. Nie powiem i basta. I proszę mi tu już nie robić mętlika w głowie. Nie powiem.
Stoją już. Czekają. Marzną. A niech marzną. Podjadę o tej godzinie jak zawsze – 5.15. Zero pośpiechu, zero spóźnienia. Idealnie. Grupka już spora się zrobiła. Ruch za pewnie dzisiaj będzie duży. Są i młodzieży rozwydrzona, mówiąca co drugie słowo „kurwa” i „twój stary”. Jakby taki był moim dzieciakiem – zaraz w pysk. Nauczyłbym go kultury. Smark jeden. Gówniarz. Jak ja nie lubię gówniarzy. Ehh – kiedyś się nimi zajmę – ale nie teraz. Nawet kościelni fanatycy staruszkowie stoją. Jedna już wyciągnęła różaniec i odmierza pacierz za pacierzykiem. Jakby się bała, że wsiądzie do autobusu i nie wróci. Jest taka możliwość. Ale nie dzisiaj. A może dzisiaj? Licho wie.
Mmmm...a to co? oj tak – widzę ją – cycata, w miniówce w tygryski mrau, blond długie włosy i ładna jest. Zgrabna i za pewnie ładnie pachnie. Uuuuu ależ bym poznał twoje mroczne zakamarki. Poznawałbym języczkiem twoją duszę, palcami bym pieścił.... - trzask w pysk – przestań chamie. Za chwilę zaczniesz kurs – a ty o bzykanku myślisz. Jezu. Dusza i umysł musi być czysta jak prowadzisz. Nie może być brudna obrazami – w tym przypadku pornograficznymi. Masz misję – musisz ją dokończyć. Nie spieprzyć. Ruszaj – bo już za cztery piętnaście po piątej.
Przekręcam kluczyk w stacyjce. Silnik ożył i autobus zaczął się poruszać linią prostą. Jak w fizyce. Podjeżdżam pod przystanek numer linii 4.. uuuh mało by brakowało a bym się wygadał. Otwieram drzwi...
Od tego momentu zaczęła się moja praca. Patrze w lusterko wsteczne i widzę obrazy straszne. Podstawową walkę o miejsce. Rzucają się. Kopią. Popychają. Gryzą. Jeden nawet drugiemu zdzielił w mordę, bo go podsiadł. Cham powiedział. I młodzież krzycząca wniebogłosy niebiańskich chórów – kurwa i twój stary. I babcie – idą swym powolnym krokiem. Łapią się za rurkę, drugą rurkę, podpierają się o siedzenie i błagalnym wzrokiem patrzą się na rozwydrzone bachory – proszą niemym głosem o miejsce. Ale nie – to chamy i gówniarze. Nie puszczą. A niech stoi – ma nogi. Stare – ale jak się to mówi jare. Jedna młoda dziewczyna się zlitowała i puściła. Babulka się uśmiechnęła, dziękuję powiedziała i usiadła, że aż fotel zagrzmiał grzmotami. Chociaż jedni mają dusze czyste.
Wnet babulka która z różańcem w dłoni stała i odmierzała czas paciorkami, zaczęła się drzeć – „bachorzyska, chamidła pierońskie. Wszędzie się wpierdolą – skurwysyny małe paskudne. Nie można usiąść – bo te grafficiarze, wandale śmierdzące takie niby schorowane – żeby ich szlag. Nogi mnie bolą – czy mam się prosić o miejsce? Stara jestem, schorowana, a wy młodzi gówno a nie chorzy– już mi stąd wypierdalać brudasy.” Mówię do siebie – taka staruszka a klnie jak szewc. A taka bogobojna się wydaje. Ale jak widać „chaja” przyniosła skutek – bo zaraz w dwa miejsca się znalazły puste. A niech siedzi – a niech ma. Bo stara.
Ostatni raz zerkam w lustereczko wsteczne i przy okazji przyglądam się otoczeniu – gdzie moja muza jest. A moja muza stoi na przystanku – ale już na inną linię czeka. A niech czeka. Spotkamy się innym razem dziecinko. Ja to wiem. Różnica taka – że ty nie wiesz.
Zamykam drzwi – wnet ktoś głośno krzyknął”kurwa boli boli, zajebie skurwysyna, otwórz przycisnęło mi rękę, otwórz...” Zadrżałem od tego krzyku – otworzyłem drzwi, i wleciał do autobusu bezdomny człek. Ubrany w szmaty – równocześnie mojej żonie mógłby sprezentować, do mycia podłogi. Trochę chyba podpity – bo się chwiał. Pasażerowie ci starsi – od skurwysynów mnie wyzwali, młodzieży, wyśmiewała mnie wytykając mnie palcami. Jedna młoda mała dziewczynka nawet powiedziała cieniutkim głosikiem – ale brzydal. Poczułem w sobie złość. I wstyd. Bo gdyby nie te „fantazje o cycatej muzie” to by takiej rzeczy nie było. Nic to – a mówiłem uważaj?
Ruszyłem. Po tym przypadku z bezdomnym – mam spóźnienie dwie minuty, więc ruszać trzeba niezwłocznie. Więc ruszyłem. Wyjeżdżałem z dworca autobusowego, skręciłem w prawo i kierunek końca celu namierzałem. I jechałem i jechać będę tak z sześć godzin. Szybko spłynie. Jak batem strzelił. A włączę sobie radyjko – na dobre samopoczucie, i tamten feralny moment zaniknie szybko zagłuszony muzyką. Nucę sobie – przyjemnie mi. Taką pracę to ze świecą szukać. No ba!. Po chwili usłyszałem puknięcie w szybkę. Patrzę w lusterko wsteczne i widzę bezdomnego – tego, którego jakąś chwilę temu zatrzasnąłem drzwiami rękę. Cholera – teraz ten mi nabluzga. Wyzwie od najgorszych, że powinienem zrobić kurs otwierania i zamykania drzwi. I tak będzie lamentował kurkami i chujkami aż do zajezdni. Ehh – i po co mi to było? Ale tudzież zaskoczenie. Patrzę i bezdomny coś tam przykleił do szybki. I tak było napisane „Kontroler Biletów – Zbigniew Fiutek nr 000132” i mówi – zablokuj kasowniki. A masz ci los. Kontroler przebrany za bezdomnego, tegoż jeszcze nie było. Jakaś ściśle tajna misja głównego związku kontrolerów, że się przebierają? Mówi, jeszcze raz – kontrola biletów, zablokuj kasowniki. Spojrzałem i kiwnąłem głową, że już się robi. I wtedy się zaczęło.
Na początku ludzie spojrzeli na bezdomnego mimo chłodem – za pewnie myśleli, że bezdomny nabluzga – ale tudzież zaskoczeni, obrócił sie i głośno krzyknął – kontrola biletów, bileciki do kontroli proszę przygotować. Ależ ludzie zdębieli – ale zaraz potem zaczęli się rzucać, wiercić i pocić się, jakby bestie zobaczyli. Już wiadomo kto ma bilety, kto ni ma. Po wyrazach twarzy widać, po długim poszukiwaniu w łapą w torbie. Nie ma - a kuku – nie ma. Macie pecha. FRAJERZY. A mnie wyzywali od najgorszych. HA!
Kontroler profesjonalista – widać, że zna się na rzeczy, bo zgarnął zaraz kilkoro gapowiczów. Wierzgają się, wyrywają – tłumaczą, że zapomnieli, że w kiosku biletów nie było. U kierowcy – także(hmm rzeczywiście nie było – ale cóż zrobić). Kontroler podchodzi do mnie abym się zatrzymał – bo tu będzie potrzeba więcej czasu na sprawdzenie, ludu pełno, a i gapowiczów. Będziesz mi potrzebny do pomocy. Kiwnąłem głową.
Teraz wam powiem – dlaczego nie chciałem zdradzić linii autobusu. Otóż po kiwnięciu głową kontrolerowi, w tym momencie przystanki przestały się dla mnie liczyć. Zatrzymałem autobus – włączyłem światła awaryjne. Włączyłem guziczek na panelu – niebieski – w tym momencie na okna nasunęły się zabezpieczenia metalowe – ale z drugiej strony było odbicie – jakby nikogo nie było w autobusie. Wyciągnąłem manekina – wysiadłem z autobusu, włożyłem manekina pod autobus – dało to pewną imitację, że ktoś autobus naprawia. Wszedłem z powrotem do kabiny, wziąłem radio i mówię do niego – autobus ma awarię, naprawa potrwa kilka godzin. Proszę o podesłanie tą trasą inny środek przewozu. Po chwili odzywa się z drugiej strony głos – zrozumiałem. Bez odbioru.
Otworzyłem kabinę – wszedłem do środka. Spojrzałem na pasażerów. Pasażerowie na mnie. W ich oczach zobaczyłem niepokój, ale także niezrozumienie. Kontroler dalej sprawdzał bilety, chwilę potem spojrzał na mnie. Uśmiechnął się złowieszczo.
W kabinie dalej było włączone radio. Muzykę chwilę potem przerwano i zostały puszczone wiadomości. Oto co mówił tamtego dnia dziennikarz -" .....wczoraj odnalezione kilkanaście ciał w porzuconym autobusie na drodze(...)Ciała były rozczłonkowane, niektóre były w połowie zjedzone(...)Sztab Bezpieczeństwa Narodowego i Policja z całych sił poszukują tych niezwykle niebezpiecznych morderców. Policja informuje – że udało im się ustalić, iż mordercami mogą być fałszywi kierowcy autobusów. W wyniku badań śledczych, Policji udało się odkryć, iż mordercy nie sprzedawają biletów autobusowych. Mówi por. Gąska – w przypadku gdyby pasażer chciał kupić bilet w autobusie, a kierowca informuje wtedy, że biletów nie ma, należy niezwłocznie zgłosić ten przypadek Policji...(...)Wysokie prawdopodobne, że miało się bliskie spotkanie z niebezpiecznymi mordercami..."
Na mojej twarzy ukazał się maleńki złowrogi uśmiech – a trzeba było zapytać się czy mam bilety. Ale nie – bilety pfu ble, więc pozwólcie, że teraz Was osądzę moi drodzy.
Po chwili wysunął się język i oblizał powoli moje usta. Pasażerowie – nie którzy już stracili przytomność, nie którzy świadomi tego, że to już koniec trasy, ostatniej ich podróży - zaczęli płakać, cichutko lamentować i niepokojąco się wiercić. A w radiu puszczono kawałek „Giń giń giń kochanie”. Jak ja kocham tą pracę. Strasznie.
"Czy to nie śmieszne? Wyobraził sobie, jak głupio musi wyglądać. Grzywa brudnych, rozczochranych włosów opadała mu niedbale na czoło. Figlarnie, ha! Figlarnie. A jego ubrania? To już przeszłość, teraz miał na sobie... No cóż, łachmany. Oczy błyszczały mu szaleńczo. Czy to nie zabawne, jak ten więzień z na przeciwka patrzy na niego z mieszaniną przerażenia i politowania? Twardziel, który bez zmrużenia oka zamordował sześcioro osób. Duży i silny, Tylko z jakiegoś powodu długie noce wypełnia jego szloch. Nie, to nie jest zabawne... Wciąż te same ściany. I nic ich nie zmieni! A jednak ciągle rozgrywają się tu małe dramaty... Dramaty? Nie, nie, dramaty przeżywają dobrzy ludzie o czystych sumieniach. Dramaty są wielkie i wyniosłe. Dramaty ktoś obserwuje, płacze. Nie, dramaty to przywileje wdów po zmarłych na wojnie żołnierzach, cierpiących bohaterów i kochających się wbrew wszystkiemu pięknych par. To tutaj to komedia. Tak beznadziejna, że nie pozostaje nic, tylko śmiać.się nad tą nieudaną parodią życia."
Spotkałyśmy się tego wieczora na mieście. I znowu było tak,
jakbyśmy się w ogóle nie rozstały. Rozmawiałyśmy swobodnie, a jak
zaczęło się robić chłodno, weszłyśmy do jakiejś knajpy. Okazała się bardzo
klimatyczna. Kamień, czerwień i graffiti na ścianach, dużo pomieszczeń z
romantycznymi zakamarkami, na drewnianych stołach małe świeczuszki, w tle
spokojna, nastrojowa muzyka. Usiadłyśmy na czarnej, skórzanej kanapie i
podziwiałyśmy wystrój.
Był długi, deszczowy, jesienny wieczór. Czyli krótka historia żula...
Był długi, deszczowy, jesienny wieczór. Między posępnymi,
skarłowaciałymi drzewami w szaleńczym tańcu wirowały liście rzucane
wiatrem niczym tajemną, niewidoczną, demoniczną siłą. I właśnie w
środku tej zawieruchy, a dokładnie na samym środeczku miejskiego parku
leżał sobie pan Mietek. Z zawodu był on... żulem, specjalność - żul
parkowy (no i, zapewne, gwiazdy sobie oglądał). Kiedy to nagle oczom
pana Mietka ukazała się...ciemność. Gdy tylko się ockną spostrzegł, że
znalazł się w jakimś lesie - tylko strasznie ogromnym, gdzie drzewa
miały po 150 metrów wysokości.
- Cholera, gdzie oni mnie wywieźli,
ci miejscy? Nie mogli tak jak ostatnio, za miasto, i by wystarczyło? -
zadał pytanie w myślach.
Lestat siedział na fotelu złożywszy dłonie na wysokości ust i wpatrując się w leżącą Tajrę. W końcu Tajra otworzyła oczy. Kręciło jej się w głowie i trochę pociemniało w oczach. Próbowała usiąść ale była zbyt słaba.Minęło parę dni. Tajra już była w stanie chodzić po mieszkaniu choć jeszcze była osłabiona. Zawroty głowy ustały a także ciemności w oczach. Ale za to Tajra czuła pewne mdłości i nudności. Nie czuła ich przez zamianą. Może dlatego, że między tym co się stało a zamianą minęło wtedy zaledwie 4 godziny.
Jestem tu. Nikt mnie nie widzi... ja Pan/Pani czasu teraźniejszego. Tak mi właśnie dobrze. Wszystko, co złe hahaha..., moja zasługa. Jednak porażki spotykają nawet i mnie!
24 sierpnia, gdzieś około godziny 10:30 poszłam spać... Zmęczona życiem położyłam się na łóżku, które w tym dniu wydawało się wyjątkowo podporządkowany moim pragnieniom. Próbowałam zasnąć, jednak coś mi nie pozwalało. Błądziłam myślami. Wracałam do wspomnień, do dzisiejszego dnia. Chciałam się obrócić i zobaczyłam...
Swoje pierwsze "dziesięć minut" sprzedałem równo rok temu. Pamiętam to, jakby wydarzyło się dziś - grudniowy dzień, tuż przed Wigilią. Stałem wtedy w kolejce po karpia, (bo w naszym domu na świątecznym stole musiał być karp w szarym sosie), kiedy podszedł do mnie on - kupiec czasu. Nie wyróżniał się niczym specjalnym - miły, uśmiechnięty staruszek w szarym palcie, kraciastym szaliku, z torbą na zakupy w ręku. Stanął za mną w kolejce (a długa była straszliwie, jak to przed świętami) i jakoś tak zagadaliśmy do siebie. W zasadzie to on zaczął:
Szliśmy cicho, poważnie, ogarnięci chłodem listopadowej nocy, przyciągani światłem padającym z okien kościoła. Z przodu kuśtykali niezdarnie najstarsi z nas, wiekowi już, skruszali i zgięci ku ziemi z której wyszli. To była nasza noc - jedyna w roku, gdy mogliśmy wyjść na powierzchnię, znów poczuć na twarzach ziemski wiatr, poprosic Pana o przebaczenie, złączyć się w modlitwie za naszych bliskich.
Błędne koło - chyba najbardziej "duszieszczipatielnyj" twór dotychczas poczyniony :)
'Dwie bezsensowne historyjki" są kontynuacją wcześniejszego wpisu, czyli 'Trzech bezsensownych historyjek". Mroku, ciemności i smutku nie ma w nich za grosz, jest za to cały worek bezsensu.
Absolutnie niepoważne historyjki zrodzone pod wpływem głupawki, nijak nie pasujące do tematyki portalu ani nie mające większego sensu. Do rozpatrzenia przez moda :)
Media nazwały ją "Sprawą marsjańską". Ja bym to raczej nazwała Aferą, mocniejsze słowo i koniecznie przez duże "A". "Bardzo Gruba Afera Marsjańska", to zdecydowanie lepszy tytuł dla sensacji. BGAM! Brzmi jak huk Nowego Wielkiego Wybuchu. Zdesperowanej ludzkości ciarki przechodzą po schorowanych plecach na samą myśl...
Nie żałuję swych uczynków... Swoją drogą, ludzie musieli mieć niezłe miny, gdy prawda wyszła na jaw...
Szkoda, że tak naprawdę udało nam się tylko odroczyć...
Malutka dziewczynka szła korytarzem, patrząc na obrazy wiszące na ścianach. Jej biała suknia szeleściła cicho sunąc po ziemi. Korytarz był bardzo długi. Wygądał jakby był częscią bardzo starego zamku. Podłoga i ściany zrobione był z wielkich ociosanych kamieni. Kiedy patrzyła przed siebie zdawał się nie mieć końca. Było bardzo zimno.
Cała historia zaczęła się, gdy wprowadziłem się do nowego mieszkania. Na początku myślałem, że zaczęły mnie nękać jakieś halucynacje, ponieważ nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się doświadczać niczego podobnego. Od pierwszej nocy, spędzonej w moim nowym domu, słyszę bowiem głosy. Głosy te zaczynają do mnie mówić wieczorem, w momencie, gdy zapadam w sen i cichną wraz z jego nadejściem, by znów pojawić się nad ranem, gdy się budzę. Tak jakby ktoś lub coś próbowało się ze mną skontaktować w momencie, gdy moja świadomość tkwi zawieszona między światem realnym i światem marzeń nocnych.
Cisza. Uczucie bezgranicznego spokoju, brak dźwięków tak ostry, że niemal namacalny. Delikatny oddech wiatru, pełznący bezgłośnie nad milczącą, błękitną tonią oceanu. I światło… Światło, w którym tonie sylwetka małej dziewczynki. Przenikający przez nią blask, kojący zmysły, przepędzający strach, tak jak wiatr rozprasza burzowe chmury.
W krainie gdzie, wszystkie potwory zostały wygnane przez Dawnych Wojowników, rodzi się dziewczynka, o niesamowitych zdolnociach. Jej matka wierzy, że dziewczynka nie została obdarowana tym talentem bez powodu.