Myśli nieuczesane (3)
Gdy spotkają się dwie mydlane banki to zgina wtedy zakwita lotos. (przyp. jap.)
"On i Ona"®
Szare chmury, szary deszcz, szarzy ludzie pochowani w domach, poczekalniach, przejściach. Kilka dni temu świat okrył się szalem szarego, mokrego smutku i tak trwa. Ludzie poprzyklejani twarzami do szyb, obserwują szare krople deszczu spływające, po szarych szybach. Maja szare myśli. Wypatrują nadziei na przyszłość w postaci słonecznych promieni lub bez reszty zatracają się w miękkim zdradliwie otulającym smutku. Krople deszczu spływając po szybie dążyły przed siebie, przypadkowo, na drodze do nikąd. Zostawiały za sobą ślad szybko ginący pod spadającymi następnymi kroplami. Spotykały na swej drodze inne krople, posuwały się obok siebie, mijały się, jedne poruszały się szybko inne wolniej. Łączyły się by później rozpłynąć się w swoje strony. Zdarzały się również krople, które płynęły prosto do celu zabierając ze sobą kilka innych.
Zupełnie jak ludzie.
W tej układance świata jeden element nie pasował. Dwoje młodych ludzi stojących na peronie. Mokry peron, mokre tory, kwietniki pełne wody i oni stojący w kałuży. Krople spadające na ich głowy powoli spływały po pozlepianych włosach w dół na twarze smutne i nieobecne, i dalej za kołnierze. Z załomów kurtek kapała woda. Stali tu już na tyle długo, ze byli zupełnie mokrzy.
On stal wyprostowany z twarzą skierowana przed siebie, oczy miął zamknięte. Chłonął jej obecność. Ona wtuliła głowę pomiędzy jego ramie i szyje, cieszyła się ostatnimi chwilami bliskości. Wszystko zostało już powiedziane, teraz się zegnali. Ona wyjeżdżała - on zostawał. Znajomy zorganizował jej kontrakt w odległym kraju, zawsze o tym marzyła, ale teraz był On. Spotkali się jakiś czas temu, zaprzyjaźnili się potem ona zamieszkała u niego. Nie mogła znaleźć pracy i czuła się nieprzyjemnie, ze ja utrzymuje, ale rozumieli się, uzupełniali, kochali. Było im z sobą bardzo dobrze. Był indywidualistą, ale potrafił zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa i ciepła, jakiego nie zaznała jeszcze od żadnego mężczyzny.
Pisk hamującego pociągu wyrwał ich z zadumy. Spojrzeli na siebie, na mokre włosy, na krople spływające po twarzach; ich spojrzenia spotkały się. Ich usta zetknęły się. Pocałowali się długo, powoli, namiętnie. Po raz ostatni. Ostatni uścisk dłoni potem otworzył jej drzwi. Ona wsiadła, spojrzeli jeszcze na siebie i on odwrócił się i poszedł. Wbił ręce w kieszenie, głowę zwiesił, ramiona mu opadły. Patrzyła za nim. Takiego go jeszcze nie widziała.
Pociąg ruszył.
Szedł powoli; krok za krokiem, myśli miał czarne. Była którąś z kolei a teraz była tą jedyna. Z czasem miłość miedzy nimi rozkwitła. Pozwoliła mu być sobą, nie musiał zmieniać tożsamości a później poświęcił dla niej wszystko. Stali się jednością a teraz odeszła pozostawiając wielka, czarna dziurę. Szedł do domu, do ich domu gdzie ona zawsze na niego czekała. Gdzie rozmawiali przy kominku, gdzie jedli, spali, kochali się. Każdy element tego domu był nią nasycony. Cierpiał. Nie chciał tam iść. Nie miał, dokąd pójść...
Wydawało mu się, ze go wola; zatrzymał się.
Wołanie powtórzyło się.
Powoli odwrócił się.
Nie wierzył.
Stała tam mokra i kochająca.
THE END.
(Myśli nieuczesane 1999.09.30)
"Porzućcie wszelka nadzieje wy, którzy tu wchodzicie" – Dante
„Człowiek, który nic nie wie, posiada odwagę; ten, który dużo wie - strach” –Alberto Moravia (Pincherle)
"UCIECZKA"
Nagły błysk, niespodziewany i przerażający rozdarł wieczorne niebo. Było wyjątkowo duszno i niepokój wkradał się w dusze. Nadchodziła noc a wraz z nią coś jeszcze. Coś mrocznego i niepokojącego. Czarne chmury kłębiły się coraz bliżej, coraz większe. Ostatni ludzie wracali szybko do domu. Psy pochowały się w budach. Zrobiło się zupełnie ciemno, chmury przesłoniły okrągła twarz księżyca. Zerwał się wicher wstrząsając koronami drzew. Nagle porywy szarpały gałęzie zrywając liście, które z szumem wiatru przelatywały nad domami i ulicami w drodze do nikąd. Z potwornym trzęsieniem i grzmotem padło drzewo. Gdzieś z daleka dobiegło przejmujące wycie. Jakiś bezdomny pies użalał się nad swoim losem. Stopniowo dołączyły do niego następne. Ponure wycie porywał wiatr i gubił w szumie miedzy gałęziami. Kolejne rozbłyski ukazały ułożona z chmur okrutną twarz wykrzywiona grymasem uśmiechu. W złudnych oczach czaiła się szyderca i odwieczna groza, przed która padali i wielcy i mali.
Pierwsze krople deszczu uderzyły w okna.
Świat za oknem obserwował mężczyzna. Siedział w fotelu spokojny i zadumany. Dym z papierosa otulał go w nieruchomym powietrzu. W całym domu, było cicho i ciemno oprócz pokoju w którym siedział. Dookoła stały zapalone świece, których światło delikatnie muskało ściany wyłożone czarnym aksamitem. W powietrzu unosił się zapach parafiny. Świece paliły się również wokół narysowanego na podłodze pentagramu i na stole stojącym na środku. Wreszcie mężczyzna wstał i spokojnym opanowanym krokiem wszedł do środka pentagramu. Płomienie nagle poruszone zamigotały rzucając dziwne cienie dookoła. Miął na sobie czarna pelerynę z kapturem nasuniętym na czoło. Powolnym ruchem podwinął rękawy, zdjął kaptur i podszedł do stołu. Otworzył księgę oprawiona w czarną skórę leżąca pomiędzy świecznikami, pucharem i sztyletem. Rozpoczął rytuał. Z rozwaga odczytywał stare runy najpierw szeptem a później, gdy nabrał pewności, jego glos stopniowo przybierał na sile. W pewnej chwili wziął sztylet i przecinając sobie rękę upuścił trochę krwi do kielicha wymieszał ja z woskiem z płonącej świecy, nakreślił na stole znak i w jego środek postawił naczynie z krwią. Teraz donośnym głosem kontynuował recytacje zaklęć.
Za oknem strumienie ulewy szarpane wiatrem kreśliły poziome smugi na szybach. Burza przybrała na sile i choć wydawało się to niemożliwe wicher uderzył z podwójna siła. Zupełnie jak gdyby jej wybuchowość była zależna od tego, co i jak mówi a właściwie krzyczy.
Musiał krzyczeć żeby słyszeć swój głos poprzez grzmoty i wicher. Był cały spięty fizycznie i psychicznie. Blady jak kreda, na czoło wystąpił zimny pot, spod skóry wystąpiły żyły, ręce mu drżały.
Powietrze stało się ciężkie i duszne w kątach czaiły się cienie. Hałas burzy stal się nie do zniesienia. Powoli zbliżał się do końca. Nagle trzasnęło okno. Nie wytrzymało naporu wichury. Burza wtargnęła do pokoju w jednej chwili gasząc wszystkie świece. Wraz z nią cos namacalnego i zimnego wlało się atramentową plama i rozlało po podłodze. W chwili, gdy wyrecytował ostatnią kwestię burza jakby ucichła.
Zapadła cisza.
Skończył i...
... nic się nie stało.
Burza się przełamała i odchodziła.
Był zdruzgotany. Zaskoczony zwiesił ręce wzdłuż ciała, przez głowę przelatywały mu rozmaite myśli. Zupełna klęska a przecież tak się starał. Cos w nim pękło, powoli odwrócił się i ruszył do drzwi. W oczach miał desperację. Wszedł do drugiego pokoju włączył nocna lampkę i stanął przed komoda. Za nim do pokoju wlał się mrok, lecz on go nie widział. Był wpatrzony w odbicie swojej twarzy w lustrze, nie był zdolny do reagowania na to, co go otacza, stracił świadomość miejsca i czasu, w ręce miął rewolwer który, nieświadomym ruchem ręki, wyjął z szuflady. Stal tak bardzo długo aż wreszcie z namysłem podniósł rękę i przyłożył lufę do skroni.
Coś w nim drgnęło. Szarpnęło się w nim. W ostatniej próbie przebudzenia umierał jego zdrowy rozsadek.
Padł strzał.
Krew trysnęła dookoła i powoli zaczęła spływać ze ścian i lustra.
W ostatnim błysku świadomości zobaczył odbicie rozjarzonych czerwonych oczu pełnych nienawiści.
Bezwładne ciało runęło na podłogę.
Czerwone ślepia zamrugały i zgasły.
Przejaśniało się.
Demon przyszedł i zabrał go tak jak chciał, ale na swoich warunkach. Jak zawsze. Z nim i wielu jemu podobnym.
Tej nocy odeszło jeszcze kilkoro innych ludzi na szczęście dla nich w bardziej naturalny sposób.
Świtało.
Ludzie wstali i poszli do swoich obowiązków nie zauważając, że dla kogoś, coś się zmieniło.
Demony zawsze czekają...
Właśnie na Ciebie...
Ku przestrodze.
Rogoźno (a może inna równie mroczna dziura...) 20,07,1996
-Czy to już?
-Już.
Co za masakra… Szczątki ciała rozwłóczone wzdłuż torów na długości całego przystanku. Posoka spływa z belek podkładu wsiąkając powoli w zmarzniętą ziemie. Dookoła tłum gapiów. Cisza. Jakaś kobieta płacze po cichu, z oddali słychać wycie syreny…
Sam nie wiem, o czym myślałem, że wlazłem pod ten tramwaj. „Tego roku zima jak zwykle zaskoczyła drogowców”. Całą noc siedziałem nad projektem nie mogąc nic wymyślić. Wyszedłem niewyspany na przystanek – widocznie musiałem się poślizgnąć…
- I co teraz?
- To zależy.
Jezu. Anna będzie czekać w domu. Ciekawe czy ktoś do niej zadzwoni czy jak? A może będzie czekać i nikt się nie odezwie… Jezu?
- Z kim ja właściwie rozmawiam?
- Czy to ważne?
- Zdaje się, że tak zważywszy na sytuacje…
Teraz dopiero zauważyłem jak dziwnie obserwuję to całe zdarzenie. Jakby z góry a jednocześnie z każdej strony. Pare osób myśli tylko o tym, że przez tego cholernego durnia spóźni się do pracy. Nieładnie z ich strony człowiek umarł…
- Zamierzasz tu stać i patrzeć?
- A nie mogę?
- Możesz. Niektórzy tak stoją całymi latami. Z ciekawości... Czasem nie mogą zrozumieć.
- A jakie mam opcje?
- To zależy od ciebie.
- No to, co? Niebo, piekło czyściec? A może reinkarnacja?
- Nie byłeś wierzący.
Fakt. Jakoś nigdy nie byłem. Wydawało mi się to niedorzeczne. Kiedyś zgłębiałem tajniki istnienia. W końcu przestałem. Znudziło mi się, zresztą potem nie było za bardzo czasu na myślenie o pierdołach. W końcu zawaliłem ten projekt. Jakoś miałem przeczucie, że tak będzie.
- Będę widział swój pogrzeb?
- To zależy od ciebie – masz ochotę?
Nie wiem. Ciekawy jestem, kto przyjdzie. Marek z Anna na pewno, rodzice – no tak rodzice na pewno przyjdą. Matka tego nie przeżyje. Ale dałem ciała…
- Nie da się tego cofnąć?
- W zasadzie nie.
- „W zasadzie”?
- To bardziej skomplikowane.
- No to tak czy nie?
- Nie chciałbyś tego.
- Jak to – nikt nigdy nie chciał?
- Na początku tak – potem nikt.
Policja. Karetka. Część gapiów rozeszła się. Zjawili się za to nowi. Dwóch studentów dowcipkowało coś na temat mielonego.
- Napatrzyłeś się?
- Chyba tak. Można zmienić scenerie?
- Zawsze.
- A co z obrazami przelatującymi przed oczami?
- Nie wierzysz w to.
- A to ma jakieś znaczenie?
- Zasadnicze.
- Z kim ja właściwie rozmawiam.
- To nie takie proste. Na niektóre pytania uzyskasz odpowiedz od razu - na niektóre później. Nie zrozumiałbyś na razie. Zbyt duży szok. Ale pytaj.
- Co z tą wiarą? W piekło też nie wierze. To, co nie ma go?
- W takim wypadku nie.
- Czyli nieba też nie – to co ja mam teraz robić.
- Nie wierzyłeś w Boga, podświadomie jednak wierzyłeś, że dalej „coś jest”. Proszę bardzo.
- Jakbym wierzył w różowe słonie to też by były?
- Możliwe – jeżeli „rzeczywiście” byś w nie wierzył. Takich jest niewielu.
- A nagroda i kara?
- To pojęcie bardzo względne. Sami wymierzamy sobie kare.
- kim ty właściwie jesteś, jakimś moim krewnym, aniołem stróżem?
- Gdybym ci powiedział, że rozmawiasz sam ze sobą byłym najbliżej prawdy – jednak takie proste to nie jest.
- Nie rozumiem.
- Mówiłem ci.
- Nie byłem w Afryce – mogę?
- Twój wybór.
- Przyszłość przeszłość?
- Można.
- Mogę zobaczyć koniec świata.
- Zależy jak go rozumiesz
- Nie wiem…
- No własnie.
-Czo to możliwe? Zobaczyć KONIEC?
- Cóż nie byłeś orłem z fizyki, trudno ci wiec pewne rzeczy wytłumaczyć na początek. W zasadzie i tak i nie.
- Nic się od ciebie nie dowiedziałem
- Zadajesz złe pytania. Niestety nie mogę ci zrobić wykładu - tak to nie działa. Powiedzmy, że względy techniczne. Możesz pytać Możesz próbować innych rzeczy - z czasem będziesz mógł więcej.
Dziwnie, ale jakoś nie mam ochoty wracać. Pamiętam ból. To było straszne – jednak nic z niego nie zostało. Chyba mam wszystkie wspomnienia. Zmysły jakby wyostrzone. Zmysły to złe słowo. Wszystko odbieram inaczej. Jestem niby w Afryce, ale jednocześnie milion kilometrów stąd. Widzę mrówkę walczącą ze źdźbłem trawy ale jednocześnie sąsiednie galaktyki. I inne rzeczy. Ale nie potrafię ich opisać.
- A gdzie inni?
- To jeszcze trudniejsze do wytłumaczenia. Powiedzmy, że zetkniesz się… Na pewno.
- Mogę siedzieć i czekać na moich znajomych?
- Możesz – teoretycznie.
- Na mnie nikt nie czeka…
- Czas jest tu względny, ale tak naprawdę nikt nie czeka – zobaczysz sam dlaczego.
- A gdybym był wariatem – po śmierci byłbym nim?
- Tak
- Nie zostałbym „cudownie” uzdrowiony.
- To pytanie? Znasz na nie odpowiedz.
- A duchy istnieją.
- Dla tych którzy w nie wierzą. Wiara to trudna rzecz. Nie można jej udawać.
- Co w ogóle jest z tą wiarą. Rzeczy są takimi, jakie są czy takie, jak w nie wierzymy. Jeżeli wierzyłbym w różowe słonie to byłyby tak? Nawet za życia? Skoro duchy też?
- Tak to się zdarza. Jednak twoja ludzka natura pozwala ci wierzyć tylko w określone rzeczy. Chyba, że byłbyś wystarczająco szalony. Aż tyle szczęścia nie miałeś.
- Też mi szczęście. A jakaś sprawiedliwość? Sąd ostateczny? A w ogóle jaki sąd skoro szanse na starcie są nierówne? Czy ja się pchałem na świat? Mogłem przecież w ogóle się nie urodzić? Po co mi to wszystko. I co ja teraz zrobię? Miałem swoje życie teraz gówno. I nawet do nieba nie mogę iść. Gadam z jakąś papugą. A teraz co - strącę swoją tożsamość. Pójde w niebyt?
- Przecież tego chciałeś?
- Gówno tam chciałem. Przekomarzałem się tylko. Powinno coś być dalej i to coś pięknego. A w ogóle to powinniśmy wiedzieć o tym za życia. To niesprawiedliwe.
- Wszyscy wiedzieliście. Jest pełno znaków. To jak znaki drogowe. Jedni poruszają się według nich inni je ignorują i potem mają problemy. Ty byłeś zbyt zajęty na rozglądanie się.
- A więc co - niedostępie łaski, he? To niesprawiedliwe. Miałbym inne życie to bym wiedział?
- Nie dąsaj się nikt cie nie strofuje. Twoje błędy, grzechy… nikt ci ich nie będzie wypominał tylko ty. Ale nie musisz. Nic nie musisz.
- A ty będziesz tu cały czas?
- Zawsze byłem. Tu i tam. Jeżeli tylko chcesz.
- Zostań. Myślę, że chce zobaczyć, co dalej.
- Proszę bardzo.
- Ruszamy?
- Ruszamy.
Świat nagle zawirował. Ocknęłam się na kamiennej podłodze w kościele
katolickim przy głównej ulicy Gdyni. Moje palce były tak zdrętwiałe jak
by miały zaraz się rozkruszyć w pył. Czarny płaszcz zalewała czerwona
plama krwi lejącą się z okolic klatki piersiowej. „Drayden” -
pomyślałam. Wstałam bojowo jednak po kilku krokach znów wylądowałam na
zimnej posadce kościoła.
Wszystko zaczęło się od ciekawości.
Wyjazd do Warszawy z powodu jednego – by poznać nowych ludzi. Los
chciał żeby to był On. Jeden z najważniejszych ludzi całego tego„stowarzyszenia”. Równy, dziwny gość z lekkim poczuciem humoru.
Poznałam
go przez Internet. Tak, był odpowiedzią na to, co nieznane i to, co
mnie dręczyło. Znalazłam do niego namiar i postanowiłam napisać.
Odpisał. Mieszkał w Stolicy, Warszawie. Akurat los chciał, że w mojej
szkole jechałam właśnie tam na wycieczkę. Umówiliśmy się koło cmentarza
i oczywiście nawiałam z wycieczki. Był boski, mój ideał faceta. Czarny
płaszcz ciągnący się po ziemi, włosy do ramion, zielone oczy świecące
pokusą i wychowanie. Pocałował mnie w rękę mówiąc cichym, lekko
ochrypłym głosem „Witam”.
Wiedziałam, że jest tym, co
mnie interesuje tym, co nie wiadomo do końca czy istnieje. Że zabija
ludzi by przeżyć; jest wampirem. Był delikatny, wszystko, co robił było
tajemnicze, nawet mrugnięcie. Niestety pierwsze nasze spotkanie trwało
około 2 godzin.
Tak, i to był Drayden, z którym
spotkałam się drugi raz właśnie w ten dzień, w którym właśnie leże na
zimnej posadce kościoła przy głównej ulicy Gdyni. Leżałam spokojnie
jakieś 10 minut i wczołgać się do środka kościoła. Jedna, jedyna postać
w czarnym płaszczu siedziała w przedostatniej ławce.
- Matt – powiedziałam z łzami w oczach
- Zabronił mi – powiedział spokojny, lecz zły i niepewny – zaraz tu będzie poczekaj spokojnie.
Cały Matt kochany i wielbiony na wszystkie sposoby. Równie wychowany
jak sam Drayden, tylko mniej pewny siebie i mniej bezpośredni. Z resztą
bliski jego kolega, chociaż sam Matt mieszka w Gdańsku.
Chłopak prawie ciągle uśmiechnięty nawet w chwili smutku, z długą grzywką z czerwono-granatowym, grubym pasemkiem.
W całym kościele rozległ się huk drzwi. Do środka wszedł Drayden i patrząc na ziemie schylił się do mnie.
- Słodka jak się czujesz? - spytał półszeptem
- No wiesz trochę krwawię – uśmiechnęłam się
Odchylił się i rozciął rękę. Przyłożył do moich ust i szepnął„ pij”.
Każdy kiedyś przeszedł jakąś inicjalizację. Zapewne dla każdego skończyła się ona inaczej. Być może ktoś się sparzył. Zniechęcił. Może odkrył Amerykę. Jedno jest stuprocentowo wręcz pewne. Takich uczuć, emocji, myśli łatwo się nie zapomina. Nie odchodzi się pozostawiając je gdzieś za plecami. Dla mnie był to Memling.
A dla Was?
Otworzył oczy. Pod powieki wdarł się mu obraz kwiatu polnego. Były ich setki w różnych kolorach: niebieskie, żółte, czerwone. Stał na środku wielkiej polany, a słońce swoimi promieniami raziło go w oczy i przyjemnie opalało skórę. Właśnie spojrzał na swoje ciało i zdumiony spostrzegł, że stoi tu zupełnie nagi. Rozejrzał się dookoła zastawiając jednocześnie rękami intymną część ciała, w poszukiwaniu tych drani, którzy zrobili mu ten dowcip. Nikogo nie było. Czuł się nieswojo, zupełnie nagi w obcym mu miejscu. Spojrzał na niebo by dowiedzieć się gdzie jest wschód a gdzie zachód. Według słońca naprzeciwko niego powinien być wschód ale w tym momencie dostrzegł drugie słońce po drugiej stronie nieba i kolejne i następne. Słońca pojawiały się na niebie znikąd aż cały nieboskłon stał się jednolitą masą światła. Jego oczy nie były w stanie wytrzymać takiego promieniowania. Poczuł dyskomfort, chciał się stąd wydostać za wszelką cenę. Zaczął biec w nieznanym mu kierunku, deptał nieznane mu gatunki kwiatów, czuł jak drapią mu stopy i nogi. Nagle potknął się o wystający konar, krzyknął z bólu i upadł na ziemię. Ślamazarnie podnosząc się do pozycji pionowej zdał sobie sprawę, że leżał na telefonie komórkowym. Szybko go chwycił i wystukał numer przyjaciela.
- Przemek? Mam problem, zabierz mnie stąd! Nie wiem gdzie jestem ale wcale nie chcę tu być! – chciał wykrzyczeć ale z ust wypłynęły całkiem inne słowa:
- Przybyłem tu bo jestem martwy. Martwy wśród żywych!
Poczuł, że jego ucho jest mokre. Z słuchawki wypływała woda z coraz większym ciśnieniem. Jego zdziwienie sięgnęło zenitu gdy zobaczył w swojej dłoni prysznic. Leżał w wannie. Więc to sen – pomyślał. Z ulgą umył swoje ciało i położył stopy na zimnej podłodze. Wytarł się ręcznikiem i ubrał w ciuchy. Wyszedł do pokoju gościnnego gdzie jego żona Ania już przyszykowała mu obiad.
- Długo siedziałeś w tej łazience. – powiedziała całując go w policzek
- Usnąłem i miałem dziwny sen.
- Może mi opowiesz? – domagała się z zaciekawieniem.
- Śniło mi się, że uciekałem nagi po polanie. Chciałem zadzwonić do Przemka o pomoc ale zacząłem krzyczeć, że jestem martwy.
- Tak martwy jak ja?
- Słucham?
Spojrzał na żonę i dostrzegł na jej czole dziurę po kuli dużego kalibru. Z rany wylewała się gęsta czerwona krew, w której pływały resztki martwego mózgu. Z nozdrzy wypełzały glisty, niezdarnymi obślizgłymi ruchami chcąc otworzyć jej usta. Spostrzegł, że jej oczodoły są puste. Gdy otworzyła usta jej gałka oczna wypadła z jamy ustnej na podłogę. Dżeki, ich pies szybko podbiegł i zaczął oblizywać kąsek. Zamknął oczy nie chcąc patrzeć na ten apokaliptyczny obraz jego miłości. Był w szoku i czuł płynące po policzkach łzy. Poczuł dziwne swędzenie w okolicach łokcia prawej ręki. Zaczął się drapać i palcami wymacał ranę i wielki skrzepnięty strup. Spojrzał na swoją rękę i okazało się, że została oderwana w okolicach łokcia. Właśnie macał swoją nagą kość. Kątem oka zobaczył w swoim talerzu pływający w zupie ludzki paznokieć. Rozpoznał, że pochodził on z utraconej dłoni. Wstał od stołu i wybiegł z pokoju zatrzaskując za sobą drzwi. Krzyczał tak długo, aż zdarł sobie wszystkie struny głosowe. Pośrodku tego lamentu usłyszał dzwonek do drzwi i bez spoglądania przez judasz, otworzył je by zobaczyć gościa. Naprzeciw niemu stał mężczyzna w płaszczu i kapeluszu rodem z filmów gangsterskich z lat siedemdziesiątych. Mężczyzna trzymał rękę skierowaną w stronę jego twarzy i trzymał w niej Uzi. Poczuł jak seria pocisków wdziera się przez oczy do mózgu by wypluć zawartość głowy na ścianę z tyłu. Upadł bez życia.
Otworzył oczy. Poczuł przyjemną woń świeżego porannego powietrza zmieszanego z zapachem perfum. Leżał w swoim łóżku, żona właśnie szykowała się by wyjść do pracy.
- Dagmara właśnie śniło mi się, że zastrzeliłem jakiegoś mężczyznę.
- Ach te koszmary, sprawdzę w pracy w senniku co to może oznaczać i ci wyślę smsa ok?
- W porządku. Kocham cię.
- Ja ciebie też – po czym ucałowała go namiętnie i wyszła do pracy.
Wziął głęboki oddech i włączył telewizor. Dokładnie ogolony spiker z porannych wiadomości właśnie czytał:
Dziś rano znaleziono zwłoki Tomasza W. wraz z żoną Anną. Oboje zostali zastrzeleni w swoim domu wczoraj w porze obiadowej przez nieznanego sprawcę. Policja sporządziła rysopis zabójcy.
O mało się nie zakrztusił poranną kawą, gdy z ekranu jego telewizora spoglądała na niego jego własna naszkicowana policyjnym ołówkiem twarz.
Nastała cisza, wkoło ani jednego żywego ducha. Przysiadła na
chwilę by odpocząć po trudach podróży. W końcu tutaj nikt nie może jej
nic zrobić. Tak, Ithina była bardzo pewna siebie i swych możliwości
więc zmierzała do miejsca zwanego Źródłem Zapomnienia by ujrzeć śmierć
Anioła. Od małego wszystko było jej wolno, rodzice dbali by nie
straciła danego jej przez Matkę daru. Ona jednak w głębi swej
zezwierzęconej duszy nie chciała czynić dobra jak robiło się to w jej
rodzinie od wieków. Pragnęła ujrzeć śmierć swego własnego Anioła Stróż,
opiekuńczego ducha, który nie zdołał upilnować jej przyszłości. Teraz
miała pragnienie, by skonał na jej oczach, by to ona swą obecnością
zadała mu ostateczny cios. Lecz jej największym problemem było to, że
nie wiedziała w którą stronę ma iść. Do tej pory kierowała nią ogromna
siła, jaką jest nienawiść; wskazywała podświadomie ścieżki, które
wiodły odpowiednio tak, by bez problemu dotrzeć do celu. Lecz teraz
nastała cisza...
Delikatny szmer dochodzący zza
najbliższych drzew wprawił ją w zdumienie. Ithina uniosła więc suknię i
wolno ruszyła w tamtą stronę, która zdawała się jej nie stanowić
zagrożenia. Jej podświadomość zamilkła i już nic od dłuższego czasu nie
sugerowała więc ze spokojem przybliżyła się do najbliższych pni i
odgarnęła gałęzie. Na jej ustach zamarł krzyk przerażenia i rozpaczy.
Na mchu klęczał najpiękniejszy ze wszystkich mężczyzn i wolno nucił
pieśń. Nie krępowało go to, że był nagi, wręcz przeciwnie. Wstał i
podszedł do Ithiny
-Witaj w moim królestwie Obdarzona. Zostałaś wezwana by dokonać mego żywota? –spytał nieznajomy
-Nie
wiem nawet kim jesteś, nie mam do Ciebie żadnej sprawy. Nigdy w życiu
nie widziałam Cię na oczy więc jak mogłabym pragnąć Twej śmierci?
Przybywam z daleka w ważnej dla mnie i mej przyszłości sprawie oraz
poszukuję pewnego miejsca. Me imię brzmi Ithina.
-Zatem...
witaj w mym świecie Ithino –rzekł mężczyzna odwracając się- i wędruj
wraz ze mną do Źródła Zapomnienia. Nic nie mów. Pora na mnie. Mnie zwą
Kash.
Zdezorientowana kobieta mimowolnie i bezspornie
ruszyła za Kashem. Nawet nie próbowała się pytać kim on jest i po co na
nią czekał, gdyż tak to wyglądało. Z resztą, jaki to ma teraz sens...
Wsłuchiwała się w słowa pieśni wykonywanej w nieznanym jej języku i
podświadomie rozumiała ją i wszystko, co było tam zawarte; ból,
cierpienie ale i mnóstwo wiary w polepszenie tego świata. Czuła
obecność otaczających ich Duchów, śledzących każdy ich krok i
kierujących ich stopy na właściwe odcinki ścieżki. Wędrowali przez las,
pokonywali spienione wody rzek bez mostów, nie moczył ich deszcz ani
nie niepokoił mrok. Z każdą chwilą czuła jak przepełnia ją nienazwana
radość ale i bezpodstawny żal. Ithina spoglądał na postać Kasha idącą
przed nią i nie mogła oderwać oczu od tych silnych ramion, umięśnionych
pleców i pięknie rzeźbionych pośladków. Tylko dlaczego on jest nagi?-
zadawała sobie to pytanie bezustannie choć przeczuwała już odpowiedź i
bardzo z tego powodu się smuciła.
Po wieczności zdającej
się trwać chwilę dotarli na miejsce przeznaczone im obojgu na całkowitą
odmianę. Nie byli sami. Zobaczyli wiele postaci sunących do wielkiej
fontanny rzeźbionej w taki sposób, iż widać było że nie jest dziełem
rąk ludzkich. Kaskady wody tworzyły niebiańskie tęcze otaczające wkoło
całą polanę oraz zraszając ją wodą. Wysokie drzewa tworzyły sklepienia,
z których to zwieszały się girlandy kamieni szlachetnych.
-Przeczuwałaś lecz czy wiesz po co przybyliśmy tu naprawdę?
Dopiero teraz uświadomiła sobie, że Kash jest właśnie jej Aniołem. Na
myśl o tym, że mogłaby go stracić upadła i z łzami w oczach zaczęła
błagać go i wszystkie Duchy o przebaczenie. Już nie pragnęła służyć w
imieniu Nienazwanych. Już nie chciała niszczyć i sprowadzać cierpienia
na oblicza innych ludzi. Teraz pragnęła tylko jednego: ocalić Kasha i z
nim dokonać żywota w późnych dniach starości. Cóż z tego, że jest on
Aniołem, to się teraz nie liczyło. Ważne było tylko, by nie konał, nie
trwał w stanie pomiędzy światem ludzi i duchów i wiódł te pieśni tylko
dla nie słyszących uszu. Ona chciała słuchać, podjąć się wyzwania
wyrwania go ze szponów śmierci, choćby umrzeć za niego, zmienić się!
Była już zdecydowana...
-Kash... ja... podjęłam decyzję.
Nie powstrzymasz mnie ani ty, ani sama śmierć ni Matka. Zabiorę cię
stąd, uchowam, nie pozwolę Ci tak odejść. Zrozumiałam me błędy poprzez
piękno tego świata, potężną pieśń rzek i wonne szepty lasów.
Niepotrzebnie zabijam anioły każdego dnia, tak jak i wszyscy ludzie.
Nasza podróż trwała tak krótko, nawet cię nie znam, lecz Matka trwa od
dziś w mym sercu. Chcę być jej godną córką, jej służyć i zasłużyć na
miano Obdarowanej. W pięknie tego świata zaklęta jest cała prawda o
trwaniu i istnieniu, już tylko nią chcę się kierować. Niech ludzie się
przebudzą za mą sprawą, za sprawą mych słów. Czy pomożesz mi nieść
posłannictwo życia na ziemi i opiekowania się naszą kochaną i z wolna
upadającą w niewolę Matką?
Kash nic nie odpowiedział
tylko uśmiechnął się do Ithiny, spojrzał przez ramię na Źródło i kątem
oka wychwycił majestatyczną postać, która uśmiechnęła się i skinęła
głową. Spodziewał się takiego obrotu sprawy lecz było to tylko jego
mgliste marzenie. Teraz stało się rzeczywistością... Z radością w duchu
zrzucił ostatnie pióra z włosów i otoczył ramieniem nawróconą wybrankę.
Tak długo o tym marzył, nierealne stało się prawdą... Jako kolejny z
aniołów, którzy stali się śmiertelnymi przeszedł przez bramę prowadzącą
do realnego świata z Ithiną i obydwoje znaleźli się na Ziemi, nareszcie
szczęśliwi. Znaleźli swe powołanie...
***
Matka
stała obok i uśmiechając się powołała do życia kolejnego anioła. W
końcu trzeba zasiewać na całym świecie miłość... jest jej coraz
mniej....
Witaj Wirtualny Wędrowcze,
Jeżeli masz czasem wrażenie, że istoty które Cię otaczają są nie z TEGO świata i że wiedzą o TYM, czego istnienie Ty tylko przeczuwasz.
Jeśli w zakątkach Twojego umysłu nieustannie plącze się myśl o konieczności istnienia równolegle CZEGOŚ WIĘCEJ, niż tylko naszej rzeczywistości.
Gdy nie daje Ci spokoju świadomość niedopasowania własnej osoby do TEGO czasu i TEJ przestrzeni.
Masz dłuższą chwilę?
Zapraszam dorosłych do lekkiej lektury.
Zapraszam do PARALELII.
P.S. Fragment ten jest następstwem fragmentu „Oferta”.
P.P.S. Opowiadanie Paralelia zamieszczone 23.08.2006 jest powiązane z poniższym, jedynie osobą głównej bohaterki.
Witaj Wirtualny Wędrowcze,
Jeżeli masz czasem wrażenie, że istoty które Cię otaczają są nie z TEGO świata i że wiedzą o TYM, czego istnienie Ty tylko przeczuwasz.
Jeśli w zakątkach Twojego umysłu nieustannie plącze się myśl o konieczności istnienia równolegle CZEGOŚ WIĘCEJ niż tylko naszej rzeczywistości.
Gdy nie daje Ci spokoju świadomość niedopasowania własnej osoby do TEGO czasu i TEJ przestrzeni.
Masz dłuższą chwilę?
Zapraszam do lekkiej lektury.
Zapraszam do PARALELII.
P.S. Kontynuację tego fragmentu stanowi fragment „Altum”.
P.P.S. Opowiadanie Paralelia zamieszczone 23.08.2006 jest powiązane z poniższym, jedynie osobą głównej bohaterki.
Huragan słów, tornado zwierzeń, halny porad. Ruchy powietrza mieszają mi wszystkie myśli, w których i tak nie potrafię się odnaleźć. Jedyne, co mogę teraz znaleźć w swojej głowie wśród tego bałaganu, to Ty.Każdy szum wiatru szepce mi coś innego. Nie mogę znaleźć swojego miejsca. Nie mogę nawet spokojnie pomyśleć. Te wiatry zesłał mi sam Bóg. Tylko jak mam wyszukać z nich ten właściwy, który poprowadzi mnie na plażę?
Pierwszy, ten zachodni proponuje mi pomoc. Jest przyjemny, lekki i świeży. Z tym, że plan tej pomocy niekoniecznie mi się podoba. Zwłaszcza, że ten wiatr zrezygnował już raz z dotarcia na plażę. Zastanawiam się, czy to ma znaczenie…
Drugi, płynący ze wschodu jest dużo cieplejszy. Jest mi bliski, uwielbiam go. Moje życie bez niego nie miałoby sensu. Z tym, że pod względem tej wyprawy tracę do niego zaufanie. Może nawet bez powodu, ale nie potrafię inaczej. Wydaje mi się, że gra wobec mnie trochę nieczysto. Być może sam chce dotrzeć na plażę z korzyścią dla siebie, a nie dla mnie?
Trzeci, morski, orzeźwiający wiatr zachwyca mnie i broni od upadków. Niekoniecznie jest we mnie, ale zawsze obok, co robi na mnie wrażenie. Gdy brakuje mi tchu, wypełnia moje płuca niezbędnym do życia tlenem. Pomaga mi zawsze i nie chce nic w zamian. Należy też do rodziny wiatrów silnych i odważnych, więc boję się ryzyka jego propozycji. Być może jest ona najbardziej odpowiednia, ale nie jestem pewna czy jest we mnie na tyle odwagi, aby prowadzić otwartą grę.
Każdy wiatr wypełniając moje myśli prowadzi mnie w inną stronę. Każdy chce na swój sposób doprowadzić mnie na plażę. Ale nie wiem, któremu się to uda. Najchętniej zrezygnowałabym z ich podmuchów i po prostu sama dotarła na plażę. Ale potrzebuję tego powietrza, które mi przynoszą. A gdyby tak były obok nie zmieniając mnie, moich myśli i kierunku, w którym idę?
Krzycząca milczeniem. Jest tyle niewypowiedzianych słów, tyle myśli. Zagubionych gdzieś w dnie mojej podświadomości, uparcie szukających wyjścia, jakim są struny głosowe. Bo tak trudno o nich mówić.
Zagubiona na prostej drodze. Ta droga jest prosta, taka zwyczajna, lecz nie widać jej końca. Dlaczego wydaje mi się, że kroczenie po niej jest tak trudne? Jest łatwa do przejścia, idę, więc jej środkiem. Dlaczego więc tak często z niej schodzę? Bo tak trudno jest iść bez celu.
Zadziwiona melancholią. Codzienność jest tak dziwna z perspektywy czasu. Nie da się porównać przeszłości do teraźniejszości. Niektórzy ludzie ciągle próbują się prześcignąć, niekoniecznie w dobry sposób. Uważają, że lepiej jest być złym, niż nijakim. Bo tak trudno niedaleko nich żyć.
Śmiejąca się łzami. Jutro zacznę dzień tak jak zwykle. Będę uśmiechnięta, zapatrzona w pozytywy, pełna radości. Zapomnę w pewien sposób o tym, co było dzisiaj. Brak mi tylko pozytywnych myśli. To, że staram się być optymistką, nie oznacza, że wiecznie będę wesoła, mimo starań. Bo to nie zależy tylko ode mnie. Czasem silny prąd wody lekko uszkodzi tamę optymizmu. Kto pomoże mi ją odbudować? Bo tak trudno jest się określić siłę wody.
Szukająca siebie. Wśród tylu różnych uczuć, wrażeń, ludzi. Gdzie dobro potwornie zlewa się ze złem. Nadal nie mam tego kluczyka. Co więcej - nie wiem, czy osoby, które dały mi swój kluczyk, dały właściwy. Niby drzwi po przekluczeniu otwierają się, ale nie wiem, czy jestem we właściwym pomieszczeniu. Bo tam tak trudno jest odnaleźć siebie.
Patrząca zamkniętymi oczami. Nie chcę widzieć rzeczywistości. Wolę widzieć to, czego nie ma. Chociażby podświadomie i jedynie w swojej głowie. Chcę żyć nadzieją i marzeniami. Nawet przekraczając granicę. Bo kto wie, czy jej nie poszerzam, czy nie ciągnie się ona tuż za mną? Chcę śnić. Może kiedyś we śnie uszczypnę się w policzek i zaboli. Może realność doścignie fantazję? Może... Bo tak trudno jest w to uwierzyć.
Pisząca głupoty. I wcale nie jest mi lepiej. Bo tak trudno jest to zostawić dla siebie.
Marius dokładnie pamiętał moment, gdy stał się wampirem. W mrocznych wiekach, gdy Europę terroryzowała instytucja Kościoła i rozwijał się renesans żył w Londynie średnio zamożny kupiec imieniem Marius. Trudnił się głównie handlem artykułami codziennego użytku. Był dobrym i uczciwym człowiekiem, ale bardzo samotnym, czuł się nikomu niepotrzebny. Pewnego wieczora, kiedy jechał konno w podlondyńskich lasach, napadła na niego grupka złodziei i śmiertelnie raniła. Marius wykrwawiał się leżąc koło drogi. Wydawało się, że ratunku nie ma. W chwili, gdy Marius czuł już oddech śmierci na karku, drogą, koło której leżał, przejeżdżał dostojny ubrany w czerń jegomość. Zsiadł z konia i pochylił się nad umierającym. Rana nie dawała żadnych nadziei. Przejezdny zapytał się Mariusa, czy ten chce żyć, ale ostrzegł, że to życie będzie zupełnie inne, że Marius stanie się kimś innnym, zdobędzie nowe moce i będzie musiał pozostać pod opieką nieznajomego jakiś czas. Ranny niewiele się zastanawiając przystał na to. W tym momencie nieznajomy wyciągnął piękny, oprawiony w złoto i drogie kamienia sztylet i naciął sobie nadgarstek, po czym kazał Mariusowi spijać krew z rany. Każda kropla dodawała sił konającemu, wyostrzała jego zmysły i leczyła jego ranę. Marius czuł się dziwnie. Było już ciemno, ale ku swemu zdziwieniu Marius widział dobrze. Pojechali do willi pod Londynem. Po drodze nieznajomy się przedstawił jako Artorius, członek rodu Ventrue. Była to budowla piękna, a zarazem tajemnicza, stylizowana na gotycką. W środku panował mrok, ale nie przeszkadzało to Marusowi. Zaprowadzono go do wielkiego pokoju, gdzie czekało parę osób. Wreszcie się dowiedział, na czym polegała zmiana. Stał się wampirem. Przyjęto go do rodu, wytłumaczono, że będzie musiał zostać pod jego opieką jakiś czas, żeby się nauczyć wielu rzeczy. Ród ten działał w Londynie jako zrzeszenie bogatych kupców. Byli eleganccy, wyrafinowani i wykazywali się wysoką kulturą. Zaczęła się nauka. Marius szybko się zaadoptował do wymogów rodu. Poznawał tajniki życia kainitów i Camarillę - tajną organizacje wampirów łączącą klany w jedność, której delegatury na Londyn narady się odbywały w tajnym pokoju w siedzibie korporacji handlowej Ventrue. Jedyne, co mu nie pasowało, to konieczność picia krwi, by przeżyć. Uczył się walczyć, manipulować ludźmi. Często trafiał na wystawne przyjęcia bankierów, handlowców i polityków. Nie czuł się dobrze w tym świecie. Zrozumiał, że jego nowa natura to przekleństwo, nie dar. Czując to rada Ventrue zadecydowała na wysłanie go do niewielkiego miasteczka we Francji, gdzie trwała walka między Camarillą a klanami wilkołaków z Europy Wschodniej. Otrzymał pieniądze na podróż i zamieszkanie na miejscu, list do tamtejszego przywódcy delegatury Camarilli i broń. Był to średni miecz o wąskim, lekko zakrzywionym ostrzu wykonanym ze srebra, wąskiej gardzie i dwuręcznej rękojeści, wykonany na wzór rzadko docierających do Europy mieczy z odległej Japonii. Do tego otrzymał sztylet o srebrnym ostrzu. Po tygodniu podróży trafił na miejsce. Zamieszkał w niewielkim domku w nieodległej osadzie. Żeby zachować zasady Maskarady, czyli pod żadnym pozorem nie ujawnić swojej prawdziwej natury, Marius zajął się rzemiosłem kupieckim, bo na tym znał się najlepiej. Światło słonecznie nie mogło wyrządzić mu krzywdy, ale drażniło jego oczy. Wojna trwała. Za dnia spokojne miasteczko w nocy stawało się placem boju w walce między wampirami, wilkołakami i ludźmi. Ci ostatni byli najmniej niebezpieczni i żyli w ciągłym strachu. Za dnia wilkołaki i wampiry nie wyróżniały się i wyglądały jak ludzie, pracowały, były życzliwymi sąsiadami, sprzedawcami, urzędnikami. W nocy ruszali na bój. Poza sztabem Camarilli po stronie Kainitów walczyli wampiry-renegaci i klany spoza Camarilli. Marius trafił jako zwykły wojownik na pierwszą linię. Jego zadaniem było polowanie na wroga. Czasem koniecznością była ludzka krew, żeby czerpać energię i leczyć rany. W tym celu Marius z oddziałem, do którego należał, ruszał do oddalonych o dzień lub dwa drogi miast. Tam polowali na ludzi. Ale Marius wciąż miał ludzkie serce. Nie potrafił zabijać niewinnych ludzi.
Tak więc albo pożywiał się tym, co upolował jego kompan, albo zabijał przestępców. Jedną z jego zdolności było czytanie w myślach, więc potrafił znaleźć ofiarę. Wilkołaki charakteryzowały się większą siłą i szybkością, ale ich zwierzęcy instynkt przyćmiewał umysł. Marius szybko zdobywał doświadczenie w walce. Zazwyczaj walczyli dobrze zorganizowanymi i uzbrojonymi oddziałami. Marius nauczył się doskonale władać swoim lekkim mieczem. Przeciwnik zwykle dziko walczył pazurami i kłami, rzadziej ciężkimi toporami. Kainici zwyciężali. Pewnej nocy Marius został wysłany na rozpoznanie. Idąc cicho przez las w ubrany w czerń, z peleryną do ziemi wyczuł zagrożenie. Delikatnie wysunął swój miecz z futerału na plecach i wsłuchał się w ciszę. Coś było nie tak. Nagle wyskoczył na niego wielki, kudłaty wilkołak. Marius nie mógł liczyć na pomysł. Musieli stoczyć pojedynek. Srebrne ostrze zalśniło w poświacie księżyca. Wampir chwycił miecz oburącz i czekał. Bestia, z którą walczył ruszyła na niego z pazurami. Kainita zrobił unik wyprowadzając cięcie. Nieszczęśliwie nie trafił lekko raniąc przeciwnika, a sam tracąc równowagę upadł. W tym momencie sytuację wykorzystał wróg raniąc mocno Mariusa pazurami w ramię. Po czarnej szacie pociekła krew. Miecz upadł, ale wampir szybko wyciągnął sztylet i ranił mocno wilkołaka w tors. Bestia ryknęła z bólu i odskoczyła od Mariusa. Kainita podniósł swój miecz i zaszarżował śmiertelnie raniąc wroga srebrnym ostrzem wprost w serce. Musiał wrócić teraz do swoich. Więc poszedł przez las trzymając się za ramię, z którego sączyła się krew. Czuł się słabo. O ile broń ludzi niewiele mogła zrobić mu, to wilkołaki były realnym zagrożeniem. Rany po ich pazurach nie chciały się goić. W pewnym momencie zachwiał się na nogach i padł. Znalazł go patrol wysłany przez Camarillę i zaprowadził do kwatery głównej. Tam zaopiekowano się nim. Marius miał dosyć wojny. Po wyleczeniu się wrócił do Londynu, gdzie pracował w korporacji handlowej Ventrue.