Dziewięć kaprysów na życie solo
Kaprys I
Zamykając za sobą drzwi mieszkania o poranku nigdy nie pamiętasz co wydarzy się dzisiejszego dnia. Kto mógłby to pamiętać? Za bramą monotonii wszystkie wspomnienia są na wagę złota, nawet te najgorsze.
-
Dzień dobry – odrzekł nieznajomy.
-
Witam.
-
Tęsknię za tobą. Tak bardzo mi zależy...
-
Czy my się znamy? – spytała zdezorientowana.
-
Wątpię. Kocham Cię, wiesz o tym.
-
Proszę, odejdź!
Są ludzie, którzy potrafią znaleźć inspirację w prostej codzienności. Jednak, tak jak zwykłe oczy potrzebują światła, by cokolwiek dostrzec, oczy jej jaźni są wrażliwe tylko na szczęście i gorycz. Tylko wtedy jej wewnętrzny świat zaczyna przybierać barwy. We wszystkich innych chwilach jest szary, mdły. Tej jesiennej nocy jej dusza szlocha, nieco zagłuszana szelestem opadających z wiatrem liści. Tej nocy nie pada deszcz, który mógłby przemyć krwawiące serce. Tej nocy nuża pióro w atramencie łez i krwi i pisze.
Muszę być odbiciem świata żeby się do niego dostosować bo przecież ono do mnie się nie dostosuje nigdy, jak siebie sam stworze takiego na ten wzór i podobieństwo to już będzie dobrze popłynę z prądem rzeką życia, nikt nie będzie patrzył na mnie z góry, nikt nie będzie mnie spojrzeniem opluwał, bo to takie czasy, a jakie czasy tacy ludzie więc skoro też jestem człowiekiem, to mnie do czegoś też zobowiązuje i niech nikt mi nie mówi, że co cię nie zabije bo to gówno prawda, i że opłaca się być dobrym lepiej od razu psy swoim mięsem nakarmić, ja pi***ę nie da się tak...
W tym brudnym, cuchnącym popiołem i smołą lochu, poczuła się jak prawdziwa niewolnica Księcia Ciemności ze swoich marzeń.
Wygięła więc prowokacyjnie ciało, zastygając co chwilę w pozie
umęczonej jawnogrzesznicy, po czym jęknęła cicho, by go ponaglić...
(...)
Siedzieli obok siebie na zielonej trawie, a w ich uszach głośno brzmiała muzyka. Ogromna wyspa, w środku miasta, często była miejscem, w którym organizowane były największe imprezy muzyczne. Tego dnia koncert grało The Calling. Dźwięki akustycznego rocka rozchodziły się ponad zieloną trawą i wodą. Pod sceną stali ludzie bawiąc się i śpiewając słowa piosenek. Cross i Kamila usiedli trochę dalej na zielonej trawie pod wielkim drzewem. Zachowując bezpieczną odległość. Kilkunastu centymetrów patrzyli na zespół grający na scenie cicho nucąc melodię. Kamila ubrana było z ciemną długą spódnice i bluzkę, oczywiście czarną, z cieniutkimi ramiączkami.
Nadejdzie noc, gdy jasny sierp księżyca przywiedzie go
do niej. Tak odległe dotychczas, nagle ich serca zjednoczą się i ani
jedno słowo nie zburzy niemego zrozumienia. Dłoń, na codzień silna,
pewna i obojętnie precyzyjna, zadrży na jej policzku. Oczy, zazwyczaj
rozumne i stanowcze, odpowiedzą uległym pragnieniem. Rozchylone wargi
przybliżą się, złaknione kojącego zniecierpliwienie nektaru.
Cross powoli podjechał samochodem pod szkołę. Budynek miał kształt przewróconej litery L. Do wysokości pierwszego piętra był pomalowany na żółto. Drugie piętro było pomarańczowe, a trzecie miało zjadliwy czerwony kolor. Cały teren ogrodzony był półtora metrowym płotem. Obok widać było plac zabaw i boisko do gry w piłkę. Zatrzymał samochód niedaleko wejścia i spojrzał na zegarek w komórce. 14.55.
Pąsowa Wróżka ma pergaminową skórę. Jest boginką nietykalności. Czego tu żałować.
Tak bardzo może być wściekła Pąsowa Wróżka. Posiadł ją jakoś. Jakoś musiał. Dokładnie, ładnie i poprawnie. Jeden, drugi, trzeci. Wtedy wezbrało w niej morze po brzegi. Hardkor, hardkor. Taki jak zawsze, nic ponad normę.
Pąsowa Wróżka ma brudne rączki i brudną dupkę. Nie żałuje swoich
złych czynów. Nikt nie żałuje tych zderzeń z nią, bo i czego żałować to
tylko pieprze, sole i maliny. Jej wyraźne kształty, węże wokół kostek,
tak te kusiciele nieskończone. I w końcu kult umarłych całusów,
spłukiwanych doszczętnie, z odrazą.
Kleszcze Cudowności z miłości czy nie z miłości,
wgryzają się do skóry. Pąsowa Wróżka zrzuca korony, gubi czułe słowa.
Wszytkie Wenus z Milo i Panny z Awinionu minion metrów pod ziemią i na
ustach każdego z dzwoneczkiem przy szyi . Ten z dzwoneczkiem, to zna
się na rzeczy. Wierzy IM. Sprawia, że czystość jest czysta a głód
strasznie głodny.
Pąsowa Wróżka zmywa farbę z brzucha. Chce stać się normalną dziewczyną albo zwyczajną kobietą.
Tak bardzo może być wściekła Pąsowa Wróżka, tak
bardzo, że aż jej szkoda. I łza kręci się w oku. Nie wszystkim jest
dane to co dane jest niektórym. Pąsowa Wróżka to wie, może dzięki temu
spadnie z piedestału. A jeśli nie, to należy jej się litość ta
najbardziej rozdzierająca, bo przecież nikt nie chciałby się z nią
zamienić.
Stoisz w pokoju obok. Świat osnuty jest ciemnogranatową poświatą. Pulsuje i nie może się wydostać. Słyszę jak wydychasz ciężkie, zimne powietrze. Nieco irytuje mnie podzwanianie twoich łańcuchów, lecz przywykłam i do tego. Twój cień padł na przeciwną ścianę. W końcu mogę zobaczyć twoje kontury. Zgarbiona, pokrzywiona sylwetka mocno zarysowała się na jasnym szarym tynku. Poruszasz się. Ciężkie, lecz niepewne kroki echem odbijają się w pomieszczeniu. Regularny odgłos kapania wody z kranu dochodzące z twojej klatki mile mnie energetyzuje.
Nasz bohater, wbrew własnej woli, cierpi na nadmiar czasu. Zaczyna przez to wspominać przeszłość.
„Gdzie ja jestem? Co się stało? - tylko takie pytania chodziły mi po
głowie. Otworzyłem oczy i wyskoczyłem z posłania. Ku mojemu zaskoczeniu
byłem w jakimś niewielkim, nie najgorzej wyposażonym pokoju. Wygodne
łóżko, czysta pościel, krzesło, biurko z artykułami biurowymi i
niewielką lampką. Miejsce pachnie znajomo, jakbym był w pracy, może
kilka pięter nad laboratorium. Nadal szumiało mi w głowie. Czułem się
słabo, zbyt słabo, aby myśleć o ucieczce. Kto by pomyślał, że tak
skończę.
Mięśnie gładko odchodziły od kości. Moje ciało gotowało się w tym olbrzymim saganie już od zmierzchu. Ból towarzyszący mi od początku przemiany stał się teraz, kiedy mięso ostatecznie oddzieliło się od kości, nie do zniesienia. Rozpraszał me myśli i sprawiał, że głos mego nauczyciela docierał teraz do absolutnie każdej cząstki tego co do niedawna było moim ciałem. Głos starca niósł się daleko, a jego mamrotanie przywołało na skraj lasu tuzin małych nocnych stworzeń i szarą wilczą rodzinę, która wkrótce miała rozpocząć swą ucztę.
Bliżej nieznany bohater wychodzi w zimowy wieczór na dyskotekę. Chcąc nacieszyć się ładną pogodą wybiera dłuższą drogę przez park. Spotyka tam piękną, nieznaną dziewczynę i popełnia jeden z największych błędów w swoim obecnym życiu.
Takie małe okienko, w którym widziało się wszystko na zewnątrz. Niby
nic się nie działo, a przyciągało uwagę. Tak to jest, gdy nie ma się
nic do roboty. Siedzę i siedzę... Nie mógłby ten pociąg jechać trochę
szybciej?
Chłopak wyprostował się i ziewnął nie wstając.
Wyciągnął ręce na boki, by się rozciągnąć. Nieco bolała go głowa, ale
nie przejmował się tym, w końcu to nie pierwszy raz i nie ostatni.
Siedzący
przed nim kolega właśnie się obudził. Erif zazwyczaj nie śpi podczas
jazdy, jednak chyba łapała go choroba, przez co był osłabiony i nie
mógł się powstrzymać. Ale cóż, nie ze wszystkim można wygrać - nie od
razu.
HAHAHA!!! - zawył ze śmiechu. Jego dziwaczny głos przeszył tysiące
uszu, które mimo, że był przywiązany do stosu, trzęsły się ze strachu -
Bydło! Zobaczycie, czeka was jeszcze kara!
Uśmiech nie znikał z jego twarzy, czasami tylko jego oko mrugnęło w grymasie bólu. Przebite
kołkiem serce wciąż krwawiło, nikt nie mógł wyjść z podziwu, że on
jeszcze się odzywa. Nikt z gapiów nie miał pojęcia jak to cholernie
boli, mieć wbity kołek w serce...
Człowiek często myśli, że niemożliwe jest patrzeć innymi oczami, niż własne, czuć rzeczy całkowicie niezwykłe, wykraczające poza ludzką percepcję, przeżywać silne emocje i przemiany, wykraczające poza to, co znane i wytłumaczalne naukowo ... Jednak każdy ma w sobie wspaniały świat, nasza psychika to taki mikrokosmos, w którym niemożliwe, staje się możliwe ... Opowiem swój sen, z góry przepraszam, jeśli tekst wyda się niespójny, czy chaotyczny. Spisałam wszystko, co zdołałam sobie przypomnieć, choć miałam trudności, by opisać to słowami ...
Opowiem ci o tym, bo już od dawna czekam na odpowiedni moment. Dziś go nie ma, ale nie szkodzi.
Chcę
cię miażdżyć w rękach, słyszeć odgłosy kiedy pękasz. Godzinami upychać
w lodówce, zamrozić albo sproszkować. Wszystko. Chcę z tobą
wszystkiego. Czasem ze znużeniem szczypać cię po bokach innym razem z
całym ładunkiem czułości w tobie wybuchać. W bezpiecznym koncie mojej
głowy zaczekać na lepszy czas ...
Tekst początkowo powstał jako biografia mojej postaci do Dungeons and dragons. Opowiada o młodej elfce i początkach jej przygód...
Trish urodziła się w miasteczku o wdzięcznej nazwie Saoxilimussansonsfilixaniluisrewoltioxigenixgeneronudsanos. Ale na próżno, drogi czytelniku szukać jej na jakiejkolwiek z map, zapewniam drogi czytelniku, iż takowa nie istnieje. Dlaczego? Cóż miasteczko jest malutkie i nie istnieją aż tak dokładne mapy, a nawet, gdyby taka powstała to miasteczko i tak by się na niej nie pojawiło - żadnemu z leniwych skrybów nie chciałoby się zaznaczać, nazwy o wiele trudniejszej do zapisania niż do
wymówienia. Istniał jednakże skrót, tej jakże uroczej nazwy. Brzmiał on Sansanos. Ale nie używajcie go nigdy, szczególnie w obecności króla (niechaj żyje wiecznie), kojarzy on się mu, sam Correllon Larenthian nie wie, dlaczego, bardzo źle.
Miasteczko miało wielu władców. Lecz mimo szybko zmieniającej się władzy (najdłuższa kadencja trwała 12 miesięcy 2 godziny i 2 minuty, z czego 2 godziny i 2 minuty władca konał na stryczku) nasze Sansanos było silne wewnętrznie i szybko się rozwijało. Każdy z dłużej panujących władców miał nieciekawy zwyczaj dodawania do nazwy miasta swojej frazy tak powstało Saoxilimussansonsfilixaniluisrewoltioxigenixgeneronudsanos. W historii miasteczka, nie zdarzyło się nigdy, by 1 człowiek panował 2 razy i sam Correllon Larenthian nie wie skąd ten zwyczaj, ale gdy władca kończył kadencję zostawał dożywotnio wygnany z miasta, a żeby nigdy więcej Niechciał do niego wrócić w najlepszym wypadku łamano mu obydwie nogi, tudzież ręce, albo wszystkie kończyny (jeżeli miał ich więcej niż 4, uwierzcie mi, zdarzali się tacy). Tak, taki władca z pewnością nie chciałby powrócić do tego, jakże uroczego miasteczka.
Opuszczając jednak świat historii, powróćmy do naszej Trish. Pochodziła ona z elfickiej rodziny o dość sztywnych tradycjach. Mianowicie kobiety tradycyjnie zajmowały się, coraz większymi, ogrodami warzywno - owocowymi, których duże owoce słynęły z jeszcze większych robaków siedzących w środku. Mężczyźni, natomiast przesiadywali, w tradycyjnie coraz większych, bankach depozytowych. Tradycyjna rodzina, tradycyjnie przysposabiała Trish do pracy z owocami ziemi. Jednak, jak to bywa nawet w tradycyjnych rodzinach, Trish nie chciała kontynuować tradycji. Interesowała się alchemią chaosu (szczególną odmianą alchemii, która była bardziej potężna i nieprzewidywalna od swej kuzynki. Alchemia chaosu nie wymagała także kręgów, z czego wynikają jej wyżej wymienione cechy). Jak dużym błędem było umieszczenie córki w pobliżu łatwo palnych nawozów, rodzice przekonali się, gdy Trish wysadziła 5 szklarni z jadalną mandragorą (usiłowała transmutować roślinę w jej wrzeszczącą odmianę - oczywiście nie udało się). Po tym wypadku rodzice, po krótkiej acz burzliwej naradzie, przenieśli Trish do jednej z filii banku ojca. To też był błąd. Trish wysadziła budynek transmutując kamień w złoto (tym razem udało się). Tego było za wiele. Rodzice postanowili porozmawiać z córką. Postawili jej ultimatum – albo zajmie się poważnymi sprawami i porzuci głupstwa, albo…. Ponieważ Trish zawsze była posłuszna rodzicom jeszcze tego samego dnia opuściła dom rodzinny. Przy okazji zabrała ojcu jego najlepszego rumaka (i tak miał być jej, więc w sumie nic takiego nie zrobiła).
Nasza bohaterka udała się do Earthii. Mieściła się tam Akademia Alchemii (AA) i Biblioteka Chaosu. Sam Correllon Larenthian nie ma pojęcia, dlaczego zwała się właśnie tak. Cóż powodem może był wieczny chaos w niej panujący, w którym orientował się jedynie Bibliotekarz. Nikt nie wiedział jak ma na imię więc zwano go po prostu bibliotekarzem (w sumie nikt też nie wiedział czy jest człowiekiem - chodził czasem na czworakach, a gdy ktoś zniszczył książkę straszył go kłami sięgającymi do podbródka). Powodem nazwy biblioteki mogło być też olbrzymie natłoczenie magii chaosu, które co najmniej raz na dzień powodowało zmianę lokacji pomieszczeń, co powodowało taki CHAOS, że chaos przy nim wydawał się porządkiem. Mimo najszczerszych chęci Trish nie została przyjęta do AA. Kochany ojczulek wiedział gdzie córa się udaje - postanowił jej pokrzyżować plany. Zdeterminowana Trish musiała uczyć się sama.
Alchemia chaosu jest jednak sztuką zawiłą. Nasza elfka przekonała się o tym, gdy ćwiczyła jedno z zaklęć. Spaliła mianowicie pałac króla Earthii – Bazareusza Bliżej nieznanego. Bazareusz był władcą. Wiele potrafił wybaczyć. To że jakaś baba spaliła mu pałac to był pikuś (i tak mu się nie podobał), ale wraz z pałacem spłoną jego ulubiony pajączek - Kłębuszek, a tego było za wiele. Trish musiała uciekać. Ścigał ją nie tylko gniew króla, ale, co było gorsze, rozwrzeszczany tłum maluczkich krzyczący – czarownica – sekutnica i wymachujący kosami, widłami i innymi broniami kłująco - tnącymi. Na szczęcie tłum znudził się po około dwóch wiorstach pogoni.
Trish zawędrowała do krasnoludzkiego miasta, Złotnej hali. Tu również nie zabawiła zbyt długo. Dokładnie aż do momentu, kiedy to spaliła wszystkie drewniane budynki w mieście (kamień o dziwo nie chciał spłonąć). Znowu musiała uciekać, na szczęście już nie tak szybko jak poprzednio - ucieszone ogniem krasnoludy tańczyły wokoło płonących domków, śpiewając swą odwieczną pieśń radości - złoto, złoto, złoto (chwytliwy tekst piosenki pasował do każdej melodii). Radość małych, brodatych ludzi trwała dopóki od ognia nie zajęła się broda jednego z synów króla Rudobrodego seniora. Rudobrody miał 12 synów, z czego każdy nosił imię na cześć ojca. To, że byli nie do odróżnienia nikogo nie dziwiło - nawet krasnoludzie kobiety były zaskakująco podobne do mężczyzn!!!
Trish postanowiła pojechać do Eofon - miasta alchemików chaosu i nekromantów, a bardziej dramatycznie i banalnie zarazem Miasta Z Którego Nikt Nie Wrócił. Nasza bohaterka zniknęła na 10 długich lat, i sam Correllon Larenthian (w końcu) wie co mogło się z nią dziać. Wszyscy zapomnieli o Trish, aż do momentu kiedy powróciła. Była jednak inna, inna niż kiedyś. Każdy to widział, ale nikt, nawet Correllon Larenthian, nie potrafił powiedzieć na czym ta zmiana polegała...CDN
Nienawidzę, kiedy matka mówi do mnie: "Synku, już dawno nie byłeś u spowiedzi. Może tak byś się w najbliższą niedzielę wybrał do kościółka i oczyścił z grzechów?".
Według
mnie spowiedź to jeden z najokropniejszych i najbardziej męczacych
sakramentów. Już sama procedura przystąpienia do spowiedzi odstrasza -
najpierw musisz stanąć w długiej kolejce do konfesjonału i odstać
godzinę lub dwie, bo jak wiadomo - do spowiedzi jest zawsze
kilkudziesięciu chętnych.