Stare ulice, zasnute mgła nie przyciągają turystów... Większość mieszkańców w miarę swoich możliwości wyniosło się do miast bardziej spokojnych... tu już nie kwitnie żadna roślina... ludzie żyją w strachu (choć zapewne zupełnie niepotrzebnie) a zwierzęta chowają się gdy tylko zapadnie zmrok.
Zima ma swoje prawa, a opóźnienia wylotów i przylotów należą do jej corocznego repertuaru. Królowa Śniegu składając na lodzie okruchy diabelskiego lustra miałaby niesamowitą uciechę wysłuchując wszystkich klątw pasażerów zagubionych gdzieś w wirtualnej przestrzeni sal tranzytowych. Głodni, zmęczeni, zdenerwowani…
Czy brak pamięci o popełnionych zbrodniach rozgrzesza nas z nich?
Na drugi dzień po ślubie przypętał się do nas czwarty kot. Jakby trzech było mi mało. Ale ten jest jakiś… inny. Niby zwyczajny – szary, pręgowany dachowiec. Ale jest coś w jego spojrzeniu – nigdy nie zapomnę jego poważnych, smutnych i jakby zaszczutych oczu.
Drżącą dłonią zapukała do starych drzwi, wykonanych z przegniłego
drewna, pokrytych łuszczącą się farbą o barwie niemożliwej do
zidentyfikowania w otulającym świat mroku, po czym poprawiła włosy,
które wyglądały, jakby od kilku tygodni nie miały kontaktu zarówno z
woda jak i z grzebieniem; splątane, ociekające tłuszczem, pokryte grubą
warstwa brudu.
Zawsze lubiłam podróżować pociągami. Ich niesamowity nastrój, świat uciekający za oknami, ciekawi ludzie. Setki myśli, nowe natchnienia. Tajemniczy świat splatający ze sobą różne rzeczywistości...
...poczuła słabe ukłucie... Ciecz ze strzykawki rozchodziła się powoli po jej żyłach, przynosząc ze sobą dosyć dziwne uczucie... wszystko stawało się takie nierealne, a zarazem niczego jeszcze nie doświadczała tak intensywnie. Chciała tak trwać w nieskończoność. Nie przejmowała się niczym, po prostu zagłębiała się w słodkiej nicości otaczającej jej chwili...
Wsiadł do samochodu i zamknął szczelnie za sobą drzwi. Odgłosy budzącej się do życia okolicy, spowitej oblodzonym z wierzchu śniegiem, nagle odcięte tą nową, zupełnie nienaturalną, przez co nie do pokonania „tamą dźwięku” wreszcie dały mu spokój. Miał teraz zbyt wiele na głowie by pozwolić im na swobodne wnikanie w głąb myśli, narażając tym samym swoje, ewentualnie mające narodzić się pomysły, na jeśli nie przed wczesną śmierć to na pewno kalectwo
"Pod ciężkimi podeszwami chrzęściła podłoga,
tam, gdzie nie zapadała się w przestrzeń innych pięter. Elektryczny
żółcień wędrował po skrawkach szyb."
I inne aspekty spontanicznego urban exploringu, długi czas wstecz.
To nie będzie kolejna historia o miłości, więc jeśli tego oczekujesz, to nie masz po co czytać.
II część I rozdziału Zgrzytów. Życzę miłej lektury.
Niektórych zapewne ciekawi, co też dzieje się w głowie socjopaty. Zapraszam do środka.
Ja
Jestem synem Beliala i śmiertelnej kobiety, której imię przeminęło wraz
z eonami. Zastanawiasz się jak wyglądam i jak żyję? Moje ciało zużyło
się dawno temu, teraz jestem niczym, ale za chwilę mogę być wszystkim.
Jestem bytem zawieszonym wśród miliardów światów i istnień. Jestem
kroplą w misce wody, ale za kilka chwil mogę być morzem. Jestem myślą,
płaczem opuszczonych i wrzaskiem torturowanych. Jestem tam, gdzie boisz
się spojrzeć w najciemniejszym miejscu twojej duszy. Możesz mi nie
wierzyć, ale nie jestem zły. Dopiero w 547r. ludzkiego czasu sobór w
Konstantynopolu, określił podobne mi istoty jako wrogów ludzkiego
istnienia. Jednak już wcześniej tak nas postrzegano.
Kazał przypiąć sobie skrzydła, lecz nie potrafił latać. Zmuszony był do chodzenia twardo po ziemi pooranej koleinami, trawionej rozkładem, zmieniającej się w błoto. Znudzony patrzeniem pod nogi, spoglądał przed siebie, prosto w oczy palące jego doczesność i grubą warstwę kurzu pokrywającą uczucia, choroby, słabości. Nie mógł podnieść głowy, by spojrzeć w niebo. Nie potrafił latać.
Noc niczym ogromny kruk rozpostarła swe skrzydła nad Silaronem. Morze gwiazd wszechogarniającą falą rozlało się po niebie. Księżyc począł śpiewać swą smutną, ciemną melodię - ciszę nieprzeniknioną. Nawet w lesie nie rozległ się ni szelest, ni szmer żaden. Nawet drzewa - dumni jego twórcy nie poruszały się, nie wydawały żadnych odgłosów pomimo ciepłego oddechu wiosennego wiatru.
Nie zostało już wiele z czasów gdy panował tam porządek dyktowany z
góry przez przyrodę, któremu nikt nie śmiał się sprzeciwić. Wielu
zniszczeń przysporzyły nieustające do dziesiątego oktu wojny wywołane
zbudzeniem się drugiego słońca. Ono zwiastowało zagładę wschodniego
państwa – Mardei oraz spadek znaczenia dwóch innych krain – Yrbidy i
Cers. Rzeźbiarz, który stworzył to dzieło mógł jedynie kierować się
własną wyobraźnią, gdyż po licznych wojnach nie zostało nic z dawnych
podań, jednakże obrazy te były tak rzeczywiste, że przenosiły nas w
czasy, gdy świat był jeszcze młodszy i bogatszy w piękno, zaś uboższy w
doświadczenia, które tak ogromnie go zmieniły.
Naprzeciwko wrót
wejściowych znajdowała się fontanna – wyrzeźbione w skale drzewo
przypominające klon. Z jego pokrytych zielonym naroślem, rozłożystych
gałęzi spływała woda grając refleksami w promieniach słońca wpadających
przez ogromne okiennice. Na brzegu basenu otaczającego fontannę
siedziała dziewicza postać. Cała jej uwaga skupiona była na liście,
który czytała tak zachłannie, jakby wręcz żyła jego treścią. Jej
kruczo-czarne proste włosy opadały na ramiona tworząc nieokiełznaną
falę. Jej blada cera nie była zwyczajna w tych stronach, zaś ciemna
oprawa oczu podkreślała niespotykaną w Lorth egzotyczną wręcz urodę.
Oczy zasłonięte ciemnym wachlarzem brwi śledziły treść listu linijka po
linijce, zaś usta uśmiechały się, jednak nie słodko i niewinnie jak
uśmiecha się dziecko, lecz przebiegle i chytrze.
Wychodzę z “pracy” na papieroska.. Roztacza się przede mną piękny widok jeziora, drzew, lasów.. Ptaszki skaczą po gałązkach..
Oskarek tak kochał wieś.
Urodził się cudowny chłopiec- inteligentny, grzeczny- mały Cud.
Miał 2,5 roku gdy stwierdzono u niego nowotwór- neuroblastoma IV stopnia.
To był cios.
Myśleliśmy, że o wycięciu guzów wszystko będzie dobrze. Zaczęły pojawić się nowe. Nieoperacyjne.
Był okres, gdy mały Rycerz był “zdrowy” - jeździł na kontrole, badania, ale wszystko podobno było ok. Po 2 miesiącach nawrót. Powolna agonia.
Najbliżsi czuwali przy nim dwie doby, zanim powiedział:
- Tato, odsuń się. Ja chcę widzieć.-
Był od 2 tygodni pod tlenem, w domu, pod opieką hospicjum.
Był taki cudowny.
Niewinny, bezbronny...
Za co go to spotkało? I całą rodzinę? Czy takie małe dziecko moglo coś zrobić światu, Bogu?
Wszyscy pocieszają:
-Teraz już go nie boli. Teraz czuwa nad wami. Teraz jest mu lepiej.-
Ale dlaczego nikt nie widzi tego, że jego rodzice będą mieli dylemat, czy zdecydować się na dziecko?
Bo może ono też by zachorowało...
Czemu tak jest?
Bo świat jest tak urządzony?! Gówno prawda! Co mnie obchodzi świat...
A wiec będzie to coś, co napisałem bardzo dawno temu, gdy jeszcze grałem w tekstowe MMORPG (na silniku Vallhelu). To opowiadanie pochodzi akurat z gry Quendi (która, niestety, od dawna już nie istnieje).. Stworzyliśmy tam Bractwo Cieni (głównie z Alaestrem i dlatego jego imię tu umieściłem) - "gildię" płatnych zabójców...a to co tu przeczytacie, to lekko podrasowany profil, który napisałem, gdy gra przestała istnieć. Wtedy powstały jeszcze bodajże dwa rozdziały, niestety do dnia dzisiejszego uchowało się tylko to - zalążek pierwszego rozdziału. Może z czasem znów coś napiszę, jak zbiorę chęci :) Z góry przepraszam za błędy stylistyczne, gramatyczne i brak polskich znaków...
Mam nadzieję, że MILEGO CZYTANIA
Szedłem białym, długim korytarzem. Piękne, wręcz śliczne i kochane, gładkie ściany odbijały trzy postacie. Zawsze widziałem te smugi na ścianach. Za każdym razem należały do kogo innego, oprócz mojej milutkiej smugi oczywiście. Moja smuga się nie zmienia. Przecież to tylko odbicie istoty.
Ciepłe, późnowiosenne słońce przyjemnie przygrzewało i nic im nie zakłócało niedzielnego spokoju… dopóki do stolika, niczym zły cień w tym pięknym dniu, nie podszedł ponury, na czarno ubrany starzec.