Zapisuję to w stanie bardzo silnego napięcia psychicznego, wiedząc że przed północą nie będę się znajdował wśród żywych. Bez grosza przy duszy, z kończącym się zapasem narkotyków które czyniły mój byt lżejszym...
Odleciało ode mnie parę słów. Gorzkich, ale trwale odcisnęły piętno na moim świecie. Czuję się potęgą - wiem, że mogę niszczyć. Prowadzić wieczne wojny z samym sobą, z ludzkością, światem materialnym. Mogę pisać wiersze, zimne, niszczące jak karabin, polując na każdą ofiarę. Zdolny aby ewoluować, przeobrażać się w bestie i pazurami drapać do krwi skórę każdego. Mogę splunąć brudem, który we mnie się zbiera. Ale we mnie - człowieku - bije coś, co mówi mi "przestań".
Snop światła ujawnił czyjąs twarz! Błękitne oczy oświetlały jego porcelanowo białą cerę. Podniósł rękę i delikatnym lecz zdecydowanym ruchem spóścił na dół snop światła:
- "Ostrożnie, bo je spłoszysz"
- "Co takiego? Kogo spłoszę?" - pomyślałam i już miałam zapytać nieznajomego o co mu chodzi, kiedy tak jakby wyczytał w moich myślach zakłopotanie... odwrócił się i wskazał palcem na ścieżkę:
- "Trzeba uważać bo są bardzo płochliwe".
Wczoraj byliśmy z Mirkiem w kinie. Na romansie. Grali Johhnny Depp i Patricia Arquette. Oboje śliczni. W kinie ciemno, przyjemnie, widzów mało. Ludzie w ekran patrzą, przeżywają, kobity w chustkę pochlipują, parki się tulą. Tulę się i ja do chłopa swojego i łzy mi po policzkach płyną, czułośc mi serce zalewa. Garnę sie tedy do Mirusia mego wciąż mocniej i mocniej, ciepło i błogo robić mi się zaczyna, gdy nagle: „tititititi” – dźwięk jakiś z fotela przed nami się rozlega. Ostry, drażniący, w uszach świdrujący – nic innego jak komórka!
Wstał trochę później niż zwykle, około dziesiątej. Siedział na łóżku przez kilka minut patrząc tępo w sufit. Ubrał się, jego stroje były raczej pozbawione finezji, niezmienne : biała koszula, czarny, wygnieciony garnitur. Wyszedł z domu punktualnie o jedenastej dzierżąc w prawej ręce furerał z nieco podniszczoną gitarą akustyczną. W końcu dotarł do miejsca na rogu ulicy Marjackiej gdzie grywał wyłącznie, jak mu się wydawało, utwory o miłości. Nieopodal pojawiało się w tym czasie jeszcze kilku grajków, którym robił niewątpliwie konkurencję. Nie był wybitnym muzykiem, ale wkładał w swoją grę dużo serca.
To nie wszystko...„Nadzieja... Ty wiesz czym jest chęć zaprzestania bólu... To Cię
drąży... To chce Cię zabić... Już niewiele czasu pozostało...”
Odbijał się kolejny raz od ścian, zabijał duszę w sobie samym, zalewał
ją kolejnymi butelkami wina, przepalał na wylot kolejnymi papierosami i
skrętami. Ekscentryk – tak o Nim mówili; Wielki Malarz – tjaaa...;
Artysta pisany dużym „S”... A tak naprawdę zwyczajny człowiek z
problemami, taki jakich wiele, taki jak każdy inny spotkany na ulicy
człowiek. Tylko, że Artysta potrafił marzyć a swoje nadzieje zaklinał w
kształty i barwy. Czymże jest obraz w stosunku do wizji? Zanim zaczęły
się jego problemy kochał śnić na jawie. Obrazy są jedynie marnym
odbiciem piękna umysłu, jakaż szkoda, że tylko on potrafi to
zobaczyć...! Trzeba choć spróbować przekazać to innym, choć namiastkę
piękna, które umiera w dzisiejszym świecie...!
Czujesz to bardziej niż ja? Prawda...? Biła pięściami w podłoże... Trawa poddawała się jej ruchom, nie miała prawa stać niewzruszona bezwstydnie oglądając jej upadek. Nie co dzień się umiera. Jeszcze rano była pełna chęci zdobywania świata, życia, radości, miłości i przeżywania na nowo każdego wschodu i zachodu słońca a teraz... cóż jej zostało? Ciche dogorywanie wśród leśnych drzew, drzew przeznaczenia i bezsensownego chłodu dusz. Już jutro będzie martwa, padnie na ziemię niczym głuchy pień cienisto ziemny. Nie ma Anioła, nie ma Diabła, jest ona sama i te ostatnie godziny. Co ma zrobić? Jak je wykorzystać? Zaraz postrada zmysły...
Nie wiadomo dlaczego ludzie odcięci od przeszłości tracą osobowość, nie wiadomo dlaczego w blasku marzeń urzeczywistnionych nagle gaśnie nadzieja. Pozostaje tylko czynnik zmierzający ku monotonii, jest wynikiem wszystkiego...
Moze Rimbaud sie nie mylil...
Jak ja to rozumiem w sposób, ktory opisałem, chociaż ogień wciąż kroczy za mną i czyni mnie niepokonanym...
Podejdę do niej. Powiem "Cześć", uśmiechnie się i
przysiądziemy gdzieś aby spokojnie porozmawiać. To nic trudnego. No i
co, że jest najpiękniejsza, nieziemska i wszyscy próbują ją zdobyć. Ale
może czeka na mnie. Czeka, aż podejdę, poczuję moją obecność obok,
odwróci się aby wreszcie usłyszeć z mych ust "Cześć". I wtedy zobaczę
ten uśmiech, który nawiedza mnie przez ten calutki czas, gdy ją
pierwszy raz moje oczęta u widziały.
Byłem pewny, że to
fatamorgana, albo, zwidy z powodowane nadmiarem alkoholu. Ale
przetarłem oczy z setki razy, nie znikała. Stała tam gdzie zawsze stoi.
W miejscu gdzie jest jej tron, a ona królową, tylko książęta, rycerze
wielcy napakowani doświadczeniem na polu walki, próbowali ją zdobywać.
Jakby im wiecznie było mało. Bogactw, skarbów, terytorium. Ślinka z
gęby im zawsze cieknie, jak psu, który patrzy na kiełbasę i z
podniecenia ogonem porusza, jakby walczył niewidzialnym wojownikiem.
Poraziła
mnie prądem, ona oczywiście o tym nie wiedziała, ale tyle voltów to mi
nie przeszło od czasu gdy w dzieciństwie dla zabawy, wsadzałem szpilkę
do kontaktu. Tu nadmiar natężenia napięcia, tej elektryczności spalał
mi ubranie, skórę. Jakby ona sama była kontaktem a ja śrubokrętem.
Podchodź głąbie - słyszę swojego robaczka w głowie.
Zamieszkał we mnie od dzieciństwa, bo doszedł do wniosku, że raz - tu
mu dobrze, dwa - uważa, że potrzebna mi wieczna księga porad. Ręce mi
się pocą, kolana mi się uginają. Wyobrażam sobie, gdybym był drewnianą
kukiełką, z tej giętkości kolan wszystkie śruby by wyleciały.
Kim jesteś - głos doradcy - mężczyzną czy chłoptasiem, który sika ze strachu w majty.
Mężczyzną - mrówie. Mam przecież, te włosy na klacie. Co ja mówię - mam wszędzie włosy tam gdzie powinny być.
No to na co czekasz? Myślisz, że list z priorytetem wysyła dla Ciebie?
Ba! Może sama Ci go przyniesie. A ty sobie tu usiądź, sącz kolejne
piwko i obserwuj jak podchodzą do niej mutanty, zażywający tablety na
zanik włosów na czaszce i swoim wzrokiem już marzą o tym aby zostać
zaproszonym do jej komnaty.
Tak, tak zrobię. Usiądę i będę
obserwował. A co mi tam. Może to nie jest "ta". Ona i tak jest zbyt
piękna dla mnie. A co tam. Samotnym też można być.
Jezu,
rzygać się chce od twego ględzenia. Pierniczysz jak popieprzony. Ja
wiedziałem, że jak wybiorę ciebie, to będzie wiele roboty, że do
emerytury za pewnie nie dożyje, ale to ględzenie już mi otworem
wychodzi - gdybym je miał oczywiście.
Chłopie - zrobisz tak. Podejdziesz do DJa i zamówisz jakąś wolną piosenkę.
Ale co ona może lubić? - pytam.
Nie ważne co lubi. Zamów piosenkę wolną - wtedy zaprosisz ją do tańca i
wtedy będziesz mógł ją poznać bliżej. Ty ją, ona Ciebie. Taniec jest
najlepszym sposobem, aby poderwać kogoś. Zabieraj się i złóż
zamówienie.
Idę w kierunku Dj-a. Oczywiście idąc, myślę o
niej i obserwuję ją. Może tak "przypadkowo" na mnie spojrzy. Nasze
spojrzenia się spotkają. Wtedy włączy się we mnie NITRO i będę szybszy
niż cisza, niż opadająca kropla deszczu z nieba, szybszy niż ci obleśni
wojownicy, którzy ją atakują ze wszystkich stron. Wtedy weżnę swój
miecz i przepędzę ich gdzie pieprz rośnie. A ona rzuci białą chustę i
będę szybszy niż ta chusta opadająca ku ziemi.
Głośno. Muzyka
bębni ze wszystkich stron. Podchodzę do mojego "druha" który pomoże
zdobyć moją lubą. Ale ludu. Wielka kupa zamawiających. Żaden WC by tyle
nie pomieścił. Jak ja mam tam wskoczyć? Jak przecisnąć? Krzyczę do
niego - ale muzyka zagłusza mój krzyk. Jeszcze raz, jeszcze raz... to
bezsensu.
Oglądam się do tyłu - jeden z mutantów już ją obejmuje.
Cholera. Mało czasu. Boję się obejrzeć do tyłu jeszcze raz. A co jak
oni się całują? Nie mogę pozwolić. Nie patrzę. Wskakuję w tą kupę
łajna, kanibali songów, wiecznie głodnych zamówień. Spoceni, oślizgli,
zachowujący się jak węże kopulujący. Ale po dłuższej chwili, już mokry
od dotyku tych ciał, docisnąłem się. Zbliżam się do niego, zamawiam
piosenkę, która ma być biletem do niej. On mi tylko pokazuje kciuk "OK"
żując przy tym gumę, nie wiadomo ile już przeżutą. Przez małą chwilkę,
zamienił się w obraz krowy, przeżuwający trawę, potem tą trawę wydala
jamą gębową, i ponownie przeżuwanie. Ale ta krowa - dała mi bilet na
pociąg, prawdopodobnie pośpieszny, więc szybko się odwracam i idę
szybko na swoje miejsce. Nie patrząc czy oni się całują. Wolę nie
wiedzieć.
No chłopie. Już jesteś blisko. Jeszcze chwilka.
Taa - mówię. Ale było źle. Im bliżej do zrealizowania mojego
zamówienia, nogi podskakują jak opętane. Dłońie odrywają od butelki
etykietę. Zawsze to robię, gdy się denerwuję. Albo gdy myślę o czymś
intensywnie, i tak dochodząc do wniosku potem, że do niczego nie
doszedłem. Do żadnej odpowiedzi. Czasami robaczek się odezwie. Radą
rzuci. Ale zawsze są obawy, że i on jest mylącym się. Robaczek przecież
umysłu wielkiego nie ma. Ale dzisiaj mam tylko jego.
W
głośniku głos Dj - a. Zamówienie piosenki właśnie zostaje zrealizowane.
Pociąg podjechał pod peron. Konduktor wyszedł z pociągu, krzycząc -
prooooszę wsiadać!. Czas na mnie.
Wstaję, sięgam po butelkę i
wypijam ostatnie łyki. Gdybym nie wypił, istniała by możliwość, że ktoś
dla żartu wrzucił by jakiś narkotyk. Ale by miał ubaw. A ja -
tygodniowe odtrucie na łożu szpitalnym. Więc opróżniam butelczynę do
cna, poprawiam się, chucham na dłoń aby przekonać się czy czasami z
buzi brzydko mi nie pachnie.
Przecież i tak z twej gęby alkohol się parą wydobywa - mówi.
Ale nie wystarczy spróbować, nie? - odpowiadam z irytacją.
Najważniejsza pierwsza noga. Jak pójdzie do przodu, pójdzie i druga.
Długo coś ci idzie.
Ano może ja już nie potrafię chodzić. Kaleką jestem. Jestem kaleką.
Gównem jesteś a nie kaleką - krzyczy do mnie. Weź się w garść, bo
piosenka nie ma dwudziestu czterech lat. Gdybym miał możliwość, to bym
ci kopa zasadził abyś wreszcie się ruszył z miejsca.
Patrzę
na nią. Puszczona moja piosenka, moje zamówienie, a tam mrowisko w okół
niej. Biją się, walczą zaciekle, z boku ktoś licytuje. Cooo? Nie dam
się. Moje zamówienie. Dla mnie taniec się należy. Nie wam. Ta
determinacja, była tylko kropką nad "i" aby noga się ruszyła z miejsca.
Za nią druga jej kochanka. Za wolno chłopie. Coraz szybciej idę w jej
kierunku. Jestem blisko. Mrowisko coraz większe. A ja pędzę ku
peronowi, gdzie czeka na mnie pociąg. Jestem już kilka metrów od niej.
Już jestem... wyciągam dłoń ku niej.
Spojrzała na mnie. Mój
bieg, stał się wolniejszy. Pędziłem coraz wolniej. Skrzydła mi tym
spojrzeniem odebrano. Odwrót. Zamykam oczy, i widzę tylko porażkę. To
już koniec.
Jesteś chłopie beznadziejny. Miałeś taką okazję, a
ty ją zmarnowałeś. Dupa z ciebie a nie facet. Gdybym miał możliwość to
bym się od ciebie wyprowadził. Znalazł bym kogoś gdzie jest siebie
godzien. Dupa dupa dupa dupa z ciebie i tyle.
Jego słowa do
mnie nie docierały. Były nieme. Nie miały żadnej wartości, odbijały się
o mnie jak piłki pingpongowe o ścianę. Zbyt daleko byłem myślami, aby
czuć ich uderzenie. Pytam się - co zrobiłem źle? Odpowiada cisza ciszą.
Gwizdek konduktora rozległ się w tle - oooodjeżdżamyyy!!! - słyszę. Ona
wsiada z kimś z mrowiska, a ja tylko siedzę i macham białą chustą.
Podchodzę do baru, zamawiam jedno, bo zastanowieniu się, doszedłem do
wniosku, że zamówię pięć. Rzuciłem kasą, reszty nie trzeba
powiedziałem. Czułem się jak zawiedziony amerykaniec. Odwróciłem się. I
z wrażenia puściłem wszystkie butelki.
Bo to tylko moje myśli, moje słowa...
Pierwszy błysk porannego słońca i rozwiane sny, które niosły
nadzieję na inny świat. Nie ma, uciekły sny, marzenia, wyobrażenia o
czymś dobrym. Znowu trzeba wstać, znów trzeba ruszyć przed siebie. Cóż
z tego, że nikt nie ma ochoty Cię widzieć? Ty musisz iść... Brak sił
zarówno fizycznych jak i psychicznych, myśli drążące umysł w
poszukiwaniu kolejnej żywej komórki, która może zmusić Cię do
działania... Jak trudno jest czasami żyć... Jednak są i takie chwile,
kiedy nareszcie możesz przytulić się do tej jedynej wymarzonej osoby i
zapomnieć o tym, co powoli zjada Cię każdego dnia. Jak trudno jest
jednak pokonać niektóre bariery...
Idalia Jagodzińska jak co wieczór zapaliła lampeczkę przed świętym obrazem, z którego zezowała na nią błękitem swych namalowanych oczu Matka Boska, po czym z ciężkim plaśnięciem opadła na tłuściutkie kolana i pogrążyła się w modlitwie. „Ojcze nasz któryś jest w niebie” wymamrotała starucha i mechanicznie wypowiadając kolejne słowa pogrążyła się w rozmyślaniach nad bezsensem egzystencji sąsiadów spod piątki.
Zapadał już wczesny, zimowy wieczór i wokół panował półmrok. I cisza. Ewa nie miała pojęcia, czy ogarnięta szaleństwem horda szuka jej, czy może czai się gdzieś niedaleko, tuż za granicą coraz bardziej malejącego pola widzenia, ciesząc się strachem ofiary. Bo dziewczyna bała się. Nie, to mało powiedziane. Z przerażenia skręcały jej się wnętrzności i ledwie mogła ustać na drżących nogach.
Trzydziestoletni mężczyzna i osiemnastoletnia,regularnie bita dziewczyna.
To mogłaby być przyjaźń, gdyby nie jego obojętność i jej strach i niedostępność. Opowieść o tym, co mogłoby być, a zostało bezpowrotne zatracone, o przyjaźni, która mimo różnicy wieku mogła coś dać obojgu, ale nie zdążyła nawet zaistnieć, pozostawiając jednego człowieka w samotności, zwątpieniu, wyrzutach sumienia i jednym, dręczącym go pytaniu.
Przyjaźń, śmierć i morderstwo.
Ona jeden raz wybuchła, jeden raz wystarczyło, by pochować wszystko w grobowcu, którym była piwnica.
Smród, brud, wyrzuty sumienia i jeden trup - jako towarzystwo.
Dzień.
Ufff ale się spociłam. Przykrył się całą kołdrą, że oddychać nie mogłam. Tlenu wołam, tlenu wołam. A on twardo śpi. A może nie śpi. Może wyzionął ducha. No ale czachę ma ciepłą, więc jest chyba wszyskto w porządku. Zaraz się obudzi i wykona te swoje poranne obowiązki. Wstanie – nałoży te swoje szkła, rocznik 1956. Najlepsze. Totalny klasyk. Na świecie mała ilość posiadaczy tego rocznika już jest. Z roku na rok coraz mniej. Zagrożeni wyginięciem. Włoży chuderlawe stopki w ciepłe kapcie i skieruje się w stronę łazienki. Poranne doprowadzenie ciała do porządku po przespanej nocy. Potem już przyszykowany i pachnący lawendą skieruje się do komody. Rozsunie szufladę. W szufladzie kilka pojemników z kolorowymi kapsułkami, z każdego pojemnika weżnie jedną. Położy na talerzyku, delikatnie, następnie wleje niegazowanej wody do szklanki i po każdej kapsułce popije łykiem wody, nie więcej. Podejdzie do otwartego okna, zacznie przysłuchiwać się głosom życia. Zaczerpnie powietrza. Krzyknąłby sobie – FREEEDOOM, ale już nie ta werwa. Młodość szybko przemija. I zacznie z lubością przysłuchiwać się ćwierkaniu ptaszków. Dla niego to symfonia. Dla mnie normalny element poranka. Kiedyś miał małego ptaszka. Ale odebrali mu bo miał uczulenie na pióra. Więc pozostały mu tylko śpiew ptaszków o poranku.
Po długim wsłuchaniu się muzycznej symfonii IX – jemu się zawsze wydaje, że ptaszki ćwierkają IX symfonię - odwraca się i zaczyna się szykować na śniadanie. Nigdy nie pamięta jakie menu jest. Potem będzie wiele krzyku, że śniadanie nie godzi się z menu. Nakłada na siebie koszule. Białą, wyprasowaną, pachnącą rokiem 1949. Potem sięga po kalesony. Szarawe już. Też ledwo zipią. Na zadzie kalesonów jest jeszcze klasyczna zapinka na dwa guziki. Używało się ją tylko w celu gdy nastąpił stan „pełnej gotowości”. Ale on nigdy jej nie używał. A teraz też jej nie użyje.
Przysiaduje na stołeczku, i wkłada w nogawki swoje chuderlawe, lecz umięśnione nogi. Wstaje i sięga po spodnie ze sztywnym kantem. Zakłada je. Zapina szelki, bo na chudym tyłku spodnie spadają. Sięga po sweter i zakłada go przez głowę. Patrzy na siebie w lustrze. Pojawia się myśl – przystojniak. Ale w majtkach przystojniak już się nie chowa. Taka kolej rzeczy. Czas nie ubłaganie szybko mija. Potem tylko czekamy na koniec. Oczekujemy go. Nawet nie oglądamy się już za plecy. Jak ma nadejść nadejdzie. I tak pewnie zaskoczy, jak to zawsze bywa.
I tak już trzeci rok jestem złączony z moim panem. Jak żona i mąż. W cierpieniu i radości. Aż do śmierci. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. A i on pewnie nie. Choć wątpię aby był świadomy tego, że ja istnieje. Że ma kogoś i wcale nie powinien czuć się samotny. Ale faktem jest takim, że nie drapie się, więc jestem pewien, iż nie wie o moim istnieniu. Ale młodość już dawno w nas odeszła. I razem egzystujemy w domu siwych włosów.
Południe.
Przysiedliśmy w fotelu w naszym pokoju. Zawsze siedzimy w stronę otwartego okna. On lubi patrzeć. I słyszeć swoją ulubioną melodie czyli IX symfonię. Wiatr coraz bardziej powiewał zasłoną. Zamknął oczy. Zasnął. W jego uszach zabrzmiały ćwierkanie ptaszków. Uśmiecha się i zasypia.
Noc.
Nie noc. Gdzie jestem. Cholera, jak tu cicho. I wilgotno. Cała mokra jestem. Tlenu wołam. Tlenu wołam.
- Śpij mój przyjacielu.- przemówił - Jesteśmy w naszym domu.
Nałożył na mnie swoją dłoń. Przytulił do siebie. A więc wiedział. Przez cały ten czas wiedział. Uśmiechnąłem się.
Zamknąłem oczy i wkroczyliśmy w świat naszej prawdziwej wiecznej przyjaźni.
Dawno temu... Wiosną z dalekiej wyprawy wracał do swego domu pewien starszy mężczyzna. Spieszył się, bowiem tęsknił mocno do swych córek, które czekały w domu.
Noc zastała go w pobliżu tajemniczego zamku. Ogromna budowla była odpychająca, jednak niczym światełko w mroku, rozświetlała ponurą atmosferę niezwykłej urody róża, rosnąca na dziedzińcu zamku. Dopiero niedawno ostatnie śniegi stopniały, a ona obsypana już była mnóstwem białego, skrzącego się kwiecia, jakby odchodząca zima pozostawiła na pamiątkę ten kwiat zamknięty w lodowym krysztale.
Podróżnik otrzymał serdeczną gościnę na zamku. Zostało mu jednak zastrzeżone, że krzewu na dziedzińcu nie wolno dotykać. Ale świtem, tuż przed odjazdem, stary człowiek zawahał się chwilę przy białej róży.Ciszą opowiadała mu swe sny. Głazem wykrzykiwała pełne goryczy słowa. Nic nie zrozumiał, nawet nie starał się. I tak wie swoje. Nie ma sensu ciągnąć tego dalej. Po prostu nie ma. Trudno, może i jest ładna, inteligentna jednak... nie jest ciągle gotowy. Rodzinie mówi nie. Trzydzieści lat to nie koniec świata. Chyba nie potrafi kochać. Nie ta to znajdzie się inna. Ma szczęście w tych sprawach. Jutro ona się spakuje, wyjdzie bez słowa lub wręcz przeciwnie, zrobi mu scenę i... papa, nie ma ICH. Znowu będzie tylko ON. Pieniądze ma, zawsze znajdzie się jakaś chętna. Uśmiechnął się cicho do siebie i wyszedł z sypialni. Zamknął cicho za sobą drzwi. Usłyszał szloch. Paskudny uśmiech wpełzł na jego usta. Kolejna do kolekcji...
I znowu zawaliłem egzamin! Co prawda część teoretyczna poszła mi wyśmienicie – zdobyłem maksymalną ilość punktów, ale cóż z tego, jeśli oblałem na placu. Nie sądzę, aby było to winą mojego lenistwa bądź niestarannych przygotowań, ja po prostu mam pecha.
Kocham te rzadkie chwile, gdy jestem sama w mieszkaniu, kładę się na dywanie, zamykam oczy i słucham...odgłosów miasta...
Zbliżający się wieczór pochłaniał resztki światła dziennego. Deszcz lał strumieniami, zasłaniając świat kurtyną wody a po popękanych płytach zrujnowanego tarasu płynęły wartkie potoki deszczówki. Stojący na tarasie człowiek był przemarznięty i zmoczony do nitki. W ręku trzymał zapieczętowany list.
No i zostałem sam. Nie, nie rzuciła mnie dziewczyna – nic z tych
rzeczy. Po prostu w zeszły piątek obudziłem się a wokół mnie nie było
nikogo. Z jakiejś nieznanej mi przyczyny znikli gdzieś wszyscy ludzie,
a ja jestem prawdopodobnie ostatnim człowiekiem w Warszawie.
Widzicie, już od tygodnia przemierzam moje miasto wzdłuż i wszerz,
zaglądam do domów, do sklepów, ale wszędzie napotykam tylko pustkę. Tak
jakby wszyscy spakowali się, podczas gdy ja spałem i bez pożegnania
gdzieś wyjechali, nie zostawiając za sobą żadnego śladu. Zastanawia
mnie jak to możliwe, że dosłownie wyparowali wszyscy mieszkańcy,
przecież to zupełnie nieprawdopodobne.