Po zmroku miasto wygląda inaczej. Rzędy bloków uśmiechających się to w jedną to w drugą stronę swymi różnokolorowymi balkonami za dnia, teraz są tylko ciemnymi bryłami geometrycznymi opisanymi w przestrzeni za pomocą ludzkich przyrządów, materiałów i sił robotników. Fakt prawie na każdym balkonie świeci się światło a jeśli ktoś ma wyjątkowe szczęście zauważy ruch jakiejś sylwety ludzkiej przewijającej się od czasu do czasu na tle oblanych światłem szyb własnego mieszkania, ale to i tak już nie wygląda jak za dnia. Tak samo jest z ulicami. W ciągu dnia szare chodniki porosłe glonem czy innym zielskiem paskudnie zerkają na ludzi, którzy po nich chodzą, biegną lub drepczą. Te bardziej zawistne, brutalne w swym wyglądzie oddają w zamian za ludzkie traktowanie ukradkowymi spojrzeniami pod sukienki panienek lub szyderczymi wyzwiskami w stronę panów. Dopiero wieczorem, kiedy światło słoneczne dawno już opuści linię horyzontu a mdłe żółtawo-pomarańczowe lampy rozleją swe światło po chodnikowej tafli, zapada cisza i spokój zaś wszelkie zapędy chodnikowych kafli milkną i odchodzą w zapomnienie ustępując miejsca gładkiej czułości o nogi tych, którzy tej nocy przesadzili lub przesadzą z którąś z substancji mających na celu podnieść ich morale na kilka godzin, tylko po to by nazajutrz wyrzygiwali sobie to do południa.
Ten dodatkowy czas, kiedy wciąż skazani na milczenie mogli po prostu się sobie przyjrzeć uświadomił im obojgu jak bardzo boją się tego spotkania. Było to widać zwłaszcza po Elfi. Co tu się zresztą dziwić. Wprawdzie dziewczyna znała Pokmina od ładnych paru miesięcy… poznali się przecież na początku roku szkolnego, dowiadując się, że będą chodzić do jednej klasy… i nie raz już widziała się z nim w tym lub innym miejscu, jednak to spotkanie miało być zupełnie inne. Miało wiele zmienić, zwłaszcza w życiu Pokmina, ona to wiedziała, była tego pewna, problem w tym czy on to też zrozumie, a może już wie… Tak czy owak Elfi była załamana, choć nie chciała tego po sobie pokazać, kiedy w końcu odpowiednia ilość osobówek przejechała, a Pokmin ruszył w jej kierunku dziarsko kryjąc swoje wątpliwości szerokim uśmiechem, który –wiedziała – zaraz złoży się do pocałunku, który muśnie jej lewy lub prawy policzek pozwoliłaby ta sama udawana beztroska wymalowała się jej na twarzy.
Powitanie było krótkie i standardowe, tak jak zresztą następne parę zdań wymienionych czy to z grzeczności czy z niewyjaśnionej konieczności młodych umysłów, które jakoś tak – całkiem niezrozumiale dla osób dorosłych – po prostu padły. Po kilku chwilach któreś z nich podjęło decyzję, że czas zniknąć z widoku skoro już spotkali się w tym a nie innym celu. Elfi wyszła z propozycją obrania pobliskiej bramy za cel wędrówki, co też spotkało się z aprobatą Pokmina.
Brama, w której znaleźli się w kilka minut później posiadała wszystko, czego było im trzeba. Szerokie i wysokie drzwi po delikatnym przymknięciu wjazdu idealnie chroniły przed wiatrem. Niewielka żarówka – jedyne źródło światła – dawała go tyle ile było potrzeba do przeprowadzenia całej „operacji” bez przeszkód. No i sam klimat miejsca robił swoje. Pokmin był wniebowzięty. Długi czas dowiadywał się i obserwował grono ludzi, do których niebawem dołączy. Jak zawsze jego decyzja była zaplanowana i dokładnie przemyślana, choć nie brała pod uwagę wszelkich okoliczności. Mimo to odczuwał ogromną chęć mieć już to za sobą. Spojrzał na Elfi i widząc jej –tym razem już zupełnie nieudolnie – skrywane przerażenie i niechęć do tego czynu zapytał:
- Hej.. coś nie tak? Długo będziemy tutaj stali?
- Nie… wiem. A może dalibyśmy sobie spokój? Mamy jeszcze pieniądze, można kupić jakieś piwo czy coś i byłoby idealnie
- Heh…. Lepiej przyznaj się od razu, że nie udało ci się skręcić!
- Nie, nie o to chodzi… widzisz ja bardzo się boję żebyś ty czasem… a zresztą palimy!
Te słowa były wystarczającym znakiem dla Pokmina. Wyjął z kieszeni czystą lufkę i podał koleżance. Ta ze zwinnością myszy włożyła kulę palenia do środka zwilżyła śliną i ściągnęła pierwszego bucha. Chwilę później lufa była już w ręce Pokmina. Ten z nieco egzaltowanym gestem podniósł ją do góry i włożył do ust. Trawka wciąż się paliła wystarczyło tylko wciągnąć dym, co też jego płuca posłusznie zrobiłyby chwilę później zwijając się z bólu zmusić do kaszlu inną część ciała chłopaka. Błyskawicznie pojawiły się łzy i duszność. Elfi nie zwracała na to uwagi. Odebrała lufę od Pokmina i ściągnęła kolejnego bucha. Dopiero, kiedy wypuściła go z ust spojrzała na wciąż kaszlącego nowicjusza. Nauczycielskim tonem stwierdziła, że to normalne, zaraz mu przejdzie a następny buch będzie już łatwiejszy do przyjęcia. Jednak to wcale go nie uspokoiło, a tym bardziej jego mózgu, który właśnie zaczynał inaczej pracować.
W końcu się opamiętał. Kaszel minął pozwalając kolejny raz wypełnić po brzegi płuca Pokmina dymem marihuanowym. Kolejny buch rzeczywiście wszedł lżej, choć też wiązał się z chwilowym kaszlem. Teraz już chłopak był gotowy. Mimowolny uśmiech wypełznął mu na twarz, niezrozumiała euforia i miłość do świata, do ludzi zastąpiła jego pesymistyczną codzienność kolorami radości i szczęśliwego optymizmu. Spodobało mu się zakochał się w tym uczuciu od razu.
Elfi też wydawał się zadowolona. „Dobrze, udało się i jak się czujesz?” – powiedziała z uśmiechem na twarzy. Odpowiedzi nie było, była zbędna, jeden uśmiech stanowił kilka zdań. Dziewczyna wybuchła śmiechem i naprawdę zadowolona – nie wiedzieć – czy bardziej z siebie, Pokmina czy całej tej sytuacji złapała za rękę nowicjusza i pocwałowała miastem.
Następne kilka godzin upłynęło im pod znakiem wspólnych tripów (jak dopiero tego wieczora dowiedział się Pokmin trip to nic innego jak podróż). Podczas nich śmiali się bez opamiętania opowiadając niestworzone historie lub wpadając na irracjonalne pomysły. W końcu jednak nadszedł czas pożegnania (równie standardowego jak powitanie) i w końcu Pokmin został sam ze sobą.