Poznański koncert Shrinebuilder był niewątpliwie dużym wydarzeniem niszowej i marginalizowanej w Polsce sceny sludge/stoner/doom. Jestem pewien, że żadna z osiemdziesięciu osób, które poddały się mocy gitarowego riffu w ten sobotni wieczór, nie trafiła do klubu przypadkowo. Dotarli ludzie, którzy kochają wolne, masywne i tłuste brzmienia, gdzie nikomu nigdzie się nie spieszy, a to, że grasz solówki najszybciej na świecie, nie ma żadnego znaczenia.
Finowie z genialnej Apocalyptici, mimo wszelkich przeciwności losu, zamknięcia Eskulapa, a co za tym idzie, braku supportu, zagrali genialny koncert w poznańskim Zamku. Bilety zostały wyprzedane, a tłumy fanów radośnie bawiły się przy dźwiękach wiolonczel. Brak Livingston był co prawda odczuwalny, ale mimo wszystko koncert był świetny, bardzo energetyczny i każdy wyszedł zadowolony, aczkolwiek z lekkim niedosytem.
Warunki pogodowe jak na taki koncert były wręcz idealne - o ile przed samą Warszawą świeciło słońce i między miarowym turkotaniem kół wlokącego się niemiłosiernie pociągu linii Gdynia-Warszawa dało się jeszcze słyszeć świergoczące ptaszęta, o tyle sama Warszawa przywitała nas mgłą i nieprzyzwoitą wręcz piździawą. Nabrawszy więc w płuca ożywczego smogu przepchaliśmy się, ja i mój kumpel Grzech, przez śmierdzące rozmaitymi fast foodami (jak również nieodłącznymi konsekwencjami tychże, deponowanymi w dworcowych zaułkach przez co mniej pruderyjnych podróżnych) dworcowe kazamaty prościutko na Aleje Jerozolimskie, gdzie, nie licząc kilku starć z żądnymi drobnych żulami, wpakowaliśmy dupska do autobusu 105 i pojechaliśmy raźno ku warszawskiej Progresji.
Trasa Rebellion Tour Vol. II bezsprzecznie należy do najważniejszych rodzimych wydarzeń koncertowych tej jesieni. Głównym powodem wysokiego zainteresowania trasą jest fakt, że w roli headlinera występuje Decapitated, który po 3 latach muzycznego niebytu powrócił do metalowego światka. Pytanie brzmiało, czy w nowym składzie Vogg będzie w stanie wskrzesić ducha zespołu i wycisnąć z niego spontaniczność jaką czarowali przed kilku laty. W poniedziałkowy wieczór, 18 października miałem okazję przekonać się o aktualnej dyspozycji najlepszego moim zdaniem deathmetalowego tworu jaki powstał w kraju. Zanim jednak to nastąpiło, zebrana publiczność mogła bawić się przy dźwiękach supportów, którego tego wieczoru, jak i na całej trasie były Nerve, Nammoth, Vedonist, Christ Agony oraz Hate.
No i, motyla noga, po raz już bodajże trzeci w tym roku przedziwne czynniki związane z tą przeklętą ziemską grawitacją, która złośliwie spowalnia człowiecze ruchy (szczególnie wtedy gdy chce istota poczciwa na koncert zdążyć), nie dane mi było zobaczyć maestro Jelonka na żywo. Na szczęście głównym celem mojej wizyty w klubie Wytwórnia, było zobaczenie folk-metalowego Eluveitie, także dość szybko przełknąłem gorycz i w oczekiwaniu na galijskojęzycznych Szwajcarów, koiłem swe nerwy podziwiając występ Godnr.universe!... który to zespół, jak się okazało, jest pobocznym projektem piękniejszej części Eluveitie - Anny Murphy i Meri Tadić.
Grać ciężką muzykę instrumentalną nie jest łatwo. Całkiem nieźle robią to Pelican, ale pierwsze miejsce w tych zawodach należy się bezsprzecznie Red Sparowes. Niedawno, po kilkunastu latach działalności, spokój dali sobie Isis. Kapela wybitna, ale są już świetni następcy. Członkowie zespołu od zawsze mieli coś na boku i ze sceny znikać nie zamierzają. Bryant Clifford Meyer już od 2003 roku udziela się w Red Sparowes. Początkowo w składzie był też inny Isis-owiec Jeff Caxide, oraz związany z Neurosis Josh Graham. W 2010 roku już ich nie ma w szeregach, ale kapela zupełnie nie straciła inwencji twórczej i wyobraźni. Trzeci long-play „The Fear Is Excruciating, but Therein Lies the Answer” przyniósł bardzo dobry materiał. Trzy koncerty, które Red Sparowes zagrali w Polsce we wrześniu, zapowiadały się niezwykle interesująco.
Mając świadomość, że czwartkowy wieczór mam wolny, zdecydowałem się odwiedzić poznański klub Reset, aby zobaczyć na żywo jednego z przedstawicieli nowej fali thrash metalu - kanadyjski Riotor. Choć Kanada kojarzy mi się głównie z technicznym graniem (Gorguts, Cryptopsy, Ion Dissonance, Martyr, Unexpect), to miałem świadomość, że tego wieczora będę miał do czynienia z muzyką niekoniecznie wymagającą.
Plaża nad Wisłą, piękny jeszcze letni, choć już wrześniowy wieczór i cztery formacje na scenie: kielecki Jelonek, norweska Sirenia, niemieckie In Extremo i Edguy. 11 września plaża miejska w Płocku stała się areną mocnych muzycznych wrażeń. Rock, gothic metal, power metal i wiele pokrewnych im gatunków zakrólowały na scenie.
Pewien koncert w pewną piątkową czerwcową noc w scenerii pewnego pięknego polskiego zamku z pewnym wyjątkowym szwedzkim zespołem w roli głównej był niezapomnianym wydarzeniem. Tym pewnym zespołem - gwiazdą wieczoru - był oczywiście Sabaton, czyli zespół, którego nie trzeba nikomu przedstawiać, tak wielką popularność zyskał już sobie w Polsce. Coat of Arms Malbork Feast to jednodniowy festiwal z klimatem - w scenerii krzyżackiego zamku w Malborku tłumy fanów ciężkiego brzmienia zebrały się wieczorem 4 czerwca, aby wysłuchać utworów z najnowszego albumu grupy zatytułowanego "Coat of Arms". Oprócz szwedzkiej grupy zagrali także: lokalna formacja Lont, heavymetalowa grupa Turbo oraz Blaze Bayley - zespół byłego wokalisty Iron Maiden. Ale po kolei.
Gość nazywa się Tim "Ripper" Owens. Co należy do tego dodać? Według mnie - nic. Dlatego wkurza mnie, że chyba w każdej reklamie koncertu, oprócz oficjalnego plakatu, musiano dopisać w nawiasie "ex-Judas Priest", a co ambitniejsze jednostki potrafiły nawet dorzucić do tego zdjęcie zespołu z Robem Halfordem na wokalu. W ten sposób można zrobić z Rippera kogoś w stylu Paula Di'Anno, który do końca życia będzie "ex-Iron Maiden". Jako fan Priestów Tim pewnie by się nie obraził, ale na koncert wybrałem się dlatego, że on sam jest dla mnie wystarczającą marką.
Marduk kocha Polskę, przyjeżdża do nas często i gęsto. Fanów ma
lojalnych, jak na wyznawców black metalowego kultu przystało. W tym roku
Mardukowi stuknęła druga dycha. Nadarzyła się więc wspaniała okazja, by
spojrzeć na zespół z pewnej perspektywy. Trasa The Great Northern War Tour 2010 miała dwa przystanki w naszym kraju - ja wybrałem ten pierwszy - na dobry początek nowego roku szkolnego, choć czasy takowe mam dawno za sobą.
Jest w Ameryce kilku czarnoskórych obywateli, na których mówię "Kolorowi" i wbrew temu, co ktoś przewrażliwiony na punkcie politycznej poprawności mógłby pomyśleć, robię to z sympatii. Ludzie owi tworzą równie stary jak ja, tylko bardziej utytułowany, zespół o inspiracjach tak rozmaitych, że jego twórczość wstępnie nazwę po prostu muzyką. Muzyka to natomiast coś, co lubię najbardziej.
W dzieciństwie symbolami - bo nie znałem chyba jeszcze w pełni znaczenia słowa "ikona" - hałaśliwego grania, których nazwy poznałem wcześniej niż muzykę, były dla mnie Nirvana, Metallica, Sepultura i Depeche Mode. Zanim dałem tym zespołom szansę wzbogacić mój świat, większość z nich przeszła poważne zmiany ujmujące im dawnego blasku. Od tamtej pory minęło kilkanaście lat, jednak co mi się wryło w mózg, już tam zostało. Sepultura we Wrocławiu? Po co pisać zachęcający wstęp, gdy sama nazwa jest wystarczająco głośna?
W dniach od 12 do 14 sierpnia odbyła się XV jubileuszowa edycja Brutal Assault. Festiwal, który bez wątpienia jest jedną z największych tego typu imprez w Europie Środkowej, zgromadził w twierdzy Josefov muzyków światowej klasy. Tło całego przedstawienia tworzyli złaknieni dobrej zabawy fani ekstremalnego grania i setki tysięcy cegieł gotowych na przyjęcie zmasowanego ataku. Brutalowa przygoda rozpoczęła się w piękny wtorkowy wieczór w stolicy
Wielkopolski. Chwile po północy gnijąc w brutalowym busie, w pełnym
rozluźnieniu wspólnie z towarzyszami podróży roztaczaliśmy wizję ponurej
zabawy.
8 sierpnia w krakowskim klubie Rotunda miał miejsce koncert zespołów Converge, Kvertelak, Gaza oraz Kylesa. Niestety na pierwsze dwie grupy - czyli norweski Kvertelak i Gazę nie udało nam się zdążyć, w wyniku pewnych perturbacji podróżniczych. Zacznę zatem od występu Kylesy, którą można było już zobaczyć w tym roku, w naszym kraju, podczas drugiej odsłony Asymmetry Festivalu. Muzyka prezentowana przez ten zacny band najczęściej jest określana jako sludge a ich twórczość chwilami porównywana jest do dokonań Mastodon.
No cóż, przyszła pora na podsumowanie i ocenę tegorocznego Castle Party
Dark Independent Festival w Bolkowie. Przyznaję, że długo się zbierałam
do sklecenia więcej niż kilku słów... niezadowolenia z tegorocznych
wydarzeń. Oczywiście nie zabrakło tu zdań pochwały i zadowolenia, bo w
sumie nie było tak źle, ale... niestety... brak na braku brakiem
poganiał.
Po pierwsze – muzyka. Zabrakło gwiazd – jak to podsumowała jedna z moich
towarzyszek (skądinąd w przepięknym różowym irokezie na głowie!), to
był najdroższy koncert Behemotha w jej życiu, bo tylko oni zasługiwali
według niej na miano „gwiazdy”.
Po drugie – ludzie. Zabrakło tłumów, które od lat dokonywały zmasowanego
najazdu na Bolków, siedząc, leżąc, przechadzając się, tańcząc, jedząc i
pijąc w każdym możliwym miejscu miasteczka.
24 i 25 lipca na terenach Tanzbrunnen odbyła się kolejna edycja Amphi Festiwal - cyklicznego festiwalu dark independent organizowanego nieprzemiennie w niemieckiej Kolonii od 2005 roku. Tym razem obsada przedstawiała się jeszcze bardziej obiecująco niż w poprzednich latach, zatrali między innymi And One, Anne Clark, Blutengel, Funker Vogt, Nachtmahr, Project Pitchfork czy Skinny Puppy.
Hasłem przewodnim tej edycji festiwalu może być tytuł utworu "Metal Is Forever". W tym roku od 15 do 18 lipca w czeskich Vizowicach królował niepodzielnie metal w jego najróżniejszych odmianach: heavy, thrash, power, black, death, gothic, symfoniczny. Nie zabrakło dinozaurów gatunku jak Manowar, oraz wybijających się dopiero młodych zespołów a wśród nich Rising Dream czy Euthanasia. Klimat festiwalu nieco przypomina ten "woodstockowy". Pełno ludzi, namioty, zbiorowy prysznic pod gołym niebem, charakterystyczny zapach wysuszonej ziemi i brudu. Ale to jednak nie Przystanek Woodstock - dużo mniej ludzi, płatny wstęp, mniej chamstwa, a dzieciaki stanowiły niewielki procent publiczności.
Inwazja z Belgii - tak można krótko określić przyjazd trojga zamieszkałych, choć niekoniecznie urodzonych, w sercu Europy DJ-ów do Polski. I chociaż nasłuchałem się ostatnio teorii o tym, że muzyka elektroniczna należy do najskuteczniej łagodzących obyczaje i uczących tolerancji, wolę terminologię wojenną: byłem spragniony rytmicznych salw, chciałem zostać podbity. Ale czy mogłem wiedzieć, czego dokładnie powinienem był się spodziewać?
Pierwszy festiwal pod tą nazwą skupił 3500 fanów i po raz kolejny zagraniczni goście stali się częścią ważnego niemieckiego eventu. Tym samym narodził się nowy świetny festiwal - miejmy nadzieję, że cykliczny. Ponownie nasi sąsiedzi pokazali, jak z rozmachem robi się się profesjonalnie imprezy. Pisząc "profesjonalne" mam na myśli bez opóźnień, odwołań występów oraz w idealnym miejscu. Obok Wave Gotik Treffen , Amphi Festiwalu oraz M'Era Luny, E-tropolis ma szansę na stałe znaleźć swoje miejsce w kalendarzu alternatywnych wydarzeń.
AFI to amerykańska grupa pochodząca z Ukiah w stanie Kalifornia. Ich muzyczne korzenie wywodzą się zdecydowanie od punka, jednak w trakcie swojej prawie już 20-letniej kariery (zespól w 1991 założył Davey Havoc) ich muzyka przeszła przez cały szereg transformacji. Można by ją w obecnym stanie określić jako mroczna, bardzo introspektywną odmianę punk-core-rocka. Największymi inspiracjami, co znajduje dość widoczne odzwierciedlenie w charakterze otworów AFI, byli The Cure czy Ramones. Z łatwością możemy jednak usłyszeć mieszankę takich gatunków jak death rock, hard core czy emo/screamo.
Środowy wieczór, 2 czerwca A.D. 2010 – wigilia Bożego Ciała tym razem była świadkiem iście szatańskiej ceremonii, jaka miała miejsce na deskach poznańskiego klubu „U Bazyla”. W ramach szóstej odsłony festiwalu Death Dealers Fest stolica wielkopolski gościła hiszpańskich bluźnierców z zespołu Proclamation, któremu sekundowały formacje Doombringer, Goat Tyrant, Persecutor oraz Bestial Raids.
Że w rockowym zespole wystarczy perkusista i śpiewający gitarzysta, pokazało już całemu światu The White Stripes. Na zdominowanej przez kwartety scenie stanowi od tamtej pory mały ewenement. Lata później wrocławskiej publiczności zaprezentowały się dwie grupy, które nie mają na koncie kupy przebojów, ale udowadniają, że z takiego składu można wydusić znacznie więcej, niż widać w mainstreamowych mediach.
28 kwietnia w klubie Dragon odbył się koncert dwóch wyjątkowych artystów. Swoją twórczość zaprezentowali wrocławski projekt audiowizualny Job Karma oraz angielski multiinstrumentalista i skrzypek Matt Howden, znany jako Sieben.
Gdy wszedłem do toalety, zbierający się właśnie do wyjścia z niej
mężczyzna w żółtej bluzie z udanym oburzeniem oznajmił mi, że zaraz
zaczynają koncert. Bez namysłu usprawiedliwiłem swoją wizytę przy
pisuarze właśnie przygotowaniami do obejrzenia występu. Rozmówcę
odpowiedź zadowoliła, a już kilka sekund później usłyszałem, jak wita
publiczność. Mogłem go jednak poprosić, żeby na mnie poczekał.