Marduk kocha Polskę, przyjeżdża do nas często i gęsto. Fanów ma
lojalnych, jak na wyznawców black metalowego kultu przystało. W tym roku
Mardukowi stuknęła druga dycha. Nadarzyła się więc wspaniała okazja, by
spojrzeć na zespół z pewnej perspektywy. Trasa The Great Northern War Tour 2010 miała dwa przystanki w naszym kraju - ja wybrałem ten pierwszy - na dobry początek nowego roku szkolnego, choć czasy takowe mam dawno za sobą.
Po nich na dechy wyszli Norwedzy z Ragnarok. W porównaniu z wychudzoną ekipą Valkyrja, wyglądali jak zapaśnicy wagi superciężkiej. Przynajmniej można to powiedzieć o basiście i gitarzyście. Zdrowo oblane tłuszczem, napakowane, wielkie, złe pandy czczące rogatego. Aż strach się bać. Dla kontrastu, przy kolegach z zespołu wyglądający jak młodszy brat, wokalista o przeszywającym spojrzeniu i prowokujących gestach. Kapela ma na koncie już sześć albumów, w tym najświeższy "Collectors of the King”, wydany kilka miesięcy temu. Nagranie na przyzwoitym poziomie, lecz wielkiej furory nie robi. Podobnie występ Ragnarok. Szybkie łupanie, dużo melodyjnych bzyczków, dość monotonne numery. Jest groźnie, jest diabelsko, jest podobnie jak wiele innych skandynawskich kapel blackowych, czyli nihil novi. Trochę zamieszania pod sceną, przepychanki, awantura, sala się ożywia. Kapela schodzi przy oklaskach. Dziękujemy, dziękujemy, wypieprzać ze sceny.
"Marduk grać, kurwa mać!” – Tak chwilę później skandowała brać, spragniona metalowej chłosty. Dywizja pancerna wytacza swoje ciężkie działa. Autorzy świetnego, zeszłorocznego "Wormwood” przyjechali złoić tyłki zgromadzonym wiernym. Szwedzi nie biorą jeńców i tym razem. Wspaniały frontman Mortuus sprawia, że cały świat już dawno zapomniał o istnieniu Legiona. Od "Plague Angel” liczy się tylko on. Jego łamiący się, surowy, nieokrzesany głos to element idealnie pasujący do hiperszybkich riffów Morgana i blastbeatów Larsa Broddessona, który również w zespole jest dopiero od kilku lat. Marduk swoim siedemdziesięciominutowym setem dobitnie udowodnił, czemu należy do najważniejszych przedstawicieli nurtu. Mayhem, Immortal, Emperor, Satyricon. To ta sama, pierwsza liga. Koncert składał się przede wszystkim z ponaddźwiękowych petard, przeplatanych dwoma-trzema wolniejszymi numerami. Prawdziwymi wisienkami na tym torcie ze smoły i siarki były wyróżniające się „Phosphorous Redeemer”, „Warschau”, czy „Bleached Bones”. Publika łapczywie żywiła się tymi zgniłymi ochłapami, jak hiena.
Może frekwencja w ten środowy wieczór nie powaliła, ale ci, którzy byli, mogli brać garściami. Marduk to zespół z krwi i kości. Taki, jak powinien być metal. Brzydki, elementarny, zwierzęcy, wybuchający agresją, bez litości walący łokciami po gębie, kopiący po żebrach. Taki jest i zawsze będzie Marduk.
http://www.darkplanet.pl/gallery/photo/99278