We wrześniu pod szyldem "Metal de la Muerte" na koncerty do Grudziądza, Lublina i Poznania zawitały dwie ekipy z Ameryki Południowej. Co tu dużo mówić, takie death metalowe soboty jak ta, która odbyła się U Bazyla, to jest to, czym żyje podziemie. Undercroft, legenda podziemnego metalu śmierci z Chile to zespół, który zdecydowanie warto zobaczyć na żywo. Ich wulgarnie bezpośrednie kompozycje robią na żywo piorunujące wrażenie.
Dziewiętnasta już edycja Castle Party za nami, emocje dawno opadły i zanim czas zatrze wspomnienia pora na (bardzo subiektywne) podsumowanie. Tym razem, po doświadczeniach z lat ubiegłych, postanowiłam odpuścić sobie czwartkowe klubowe „atrakcje” i pojechać na część główną festiwalu. Do Bolkowa wybrałam się z mocnym postanowieniem uczestniczenia we wszystkich koncertach na zamku, szczególnie, że w tym roku część zespołów została wybrana przez publiczność w ramach głosowania przeprowadzonego przez organizatorów. Cieszył mnie fakt, iż wiele kapel będę mogła zobaczyć po raz pierwszy.
Takich tłumów w Progresji dawno nie widziałem. Tuż przed 20.30 kolejka sięgała daleko za klub, a i widok ludzi z kartkami, że potrzebują biletów też do codziennych nie należy. Podobno wielu ludzi odeszło sprzed bram z kwitkiem. Oczywiście wszystko to oznaczało, że w środku będzie niemiłosierny ścisk, no i tak właśnie było. Ludu nadźgane gdzie się da tak, że ciężko się było przebić w pobliże sceny. Dodając do tego temperaturę z piekła rodem można sobie wyobrazić, że lekko nie było.
W Progresji to nigdy nic nie wiadomo. Raz się przyjdzie pięć po i już grają, innym razem jest się punktualnie i trzeba czekać w nieskończoność. Człowiek się spieszy po robocie, wpycha w siebie ten obiad na wyścigi, leci przez całe miasto, żeby zdążyć, wchodzi równo z gwizdkiem, a tam puchy, nic się nie dzieje. Wiem, że ciężko zaczynać jak sala świeci pustkami ale to chyba nie trudno przewidzieć, że jest dzień roboczy, a klub dość daleko od cywilizacji i nie każdy może zdążyć na tą dziewiętnastą. Wystarczy ustalić późniejszą godzinę. A wiele osób po prostu nie interesują występy suportów i specjalnie przychodzą później. Po co to więc czekać na nich i uszczęśliwiać ich na siłę?
Gwiazdą tegorocznego festiwalu Malta w Poznaniu był - można by powiedzieć, że już nawet legendarny - kalifornijski zespół Faith No More z charyzmatycznym wokalistą Mike'm Pattonem na czele. Koncert odbył się w drugim dniu festiwalu, 4 lipca i był jedynym polskim przystankiem w czasie europejskiego tournee formacji z okazji 20-lecia działalności grupy. Trasa koncertowa zespołu w tym roku przebiegała w "nekrologowej" konwencji, o czym świadczyła choćby oprawa sceniczna występów oraz plakat promujący tournee.
W ciągu czterech dni jedna z najważniejszych death metalowych kapel w historii zagrała w Polsce dwa koncerty. Pierwszy, który odbył się w Krakowie był przede wszystkim występem Children of Bodom. We Wrocławiu zaś Kanibal występował w charakterze absolutnej gwiazdy. Półtorej godziny brutalnego walenia po mordzie dało zgromadzonej publice przynajmniej tyle radości, co gol Jakuba Błaszczykowskiego strzelony Rosji podczas mistrzostw Europy.
Wczoraj w krakowskim klubie „Studio” odbył się koncert fińskiego Children of Bodom oraz Cannibal Corpse. Na kilka godzin przed koncertem pod klubem zaczęli zbierać się ludzie, choć o godzinie, kiedy otwierano klub, frekwencja wciąż była niska. Zwłaszcza w porównaniu z tym, co działo się rok wcześniej pod warszawską Stodołą. Nie mniej jednak wszyscy oczekiwali nadchodzącego widowiska, a większość na headlinera, czyli samych dzieci bodomskich.
Przyznam szczerze, że z nazwą Xandria spotkałem się po raz pierwszy, choć ten niemiecki zespół istnieje już piętnaście lat i ma na swoim koncie pięć pełnych krążków. Właśnie promowali swoje ostatnie wydawnictwo "Neverworld's End" i set opierał się w większości na nowych kawałkach. Muszę przyznać, że nawet zdziwiło mnie gorące przyjęcie jakie fani zgotowali temu zespołowi.
Oj długo kazało czekać Rhapsody na swój koncert warszawskim fanom. Tak długo, że ja na przykład, nie mogłem się doczekać i w zeszłym roku wybrałem się zobaczyć ich występ w Katowicach. Myślę jednak, że większość zebranych w czwartkowy wieczór, w Progresji osób widziało ich po raz pierwszy. A fani byli nie tylko z Warszawy. Ludzie przyjechali z różnych miejsc by zobaczyć czołową potęgę symfonicznego power metalu. I choć Progresja nie pękała w szwach, to myślę, że każdy kto był nie może czuć się zawiedziony. Ale po kolei.
Jechałem do Krakowa, aby przekonać się, że na żywo Julia Marcell to też postać wyjątkowa. Artystka, która zachwyca nie tylko dziewczęcą świeżością, ale przede wszystkim na wskroś współczesnym brzmieniem i wysublimowaną wrażliwością, która wzmaga efekt zróżnicowania muzycznego. Nastroje, dramaturgia, dynamika i ciśnienie zmieniały się na koncercie, niczym pogoda na górskim szlaku. Trasa wybrana przez Julię zaliczała się do tych, malowniczych, ambitnych, pozostających w pamięci słuchacza na dłużej.
Amerykanie z Kylesa kolejny raz odwiedzili Polskę przy okazji swojej europejskiej trasy, tym razem goszcząc u nas jedynie w Poznaniu, gdzie wystąpili 29 stycznia u boku Kanadyjczyków z KEN Mode i swoich rodaków z Circle Takes The Square. Mówiąc szczerze, liczyłam głównie na gwiazdę wieczoru, traktując zespoły supportujące jako jedynie ciekawostkę muzyczną, gdyż - nie owijając w bawełnę - fanką hardcoru nie jestem...
W ostatni weekend we wrocławskim klubie Liverpool wystąpił amerykański zespół A Pale Horse Named Death, będący spuścizną po grupie-legendzie - Type O Negative. Wydaje się, że dojazd na koncert z Poznania do stolicy Dolnego Śląska powinien przebiec szybko i komfortowo. Nic bardziej mylnego. Kolej i tym razem nie zaskoczyła (pozytywnie oczywiście), więc na miejsce wydarzenia dotarłem z niewielkim opóźnieniem.
Pod koniec stycznia islandzka, założona w 2006 roku formacja Bloodgroup, po raz drugi odwiedziła Polskę i zagrała cztery koncerty: w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu oraz Poznaniu. Pierwszy krążek grupy, wydany w 2007 roku „Sticky Situation” otrzymał bardzo dobre recenzje, a zespół szybko został okrzyknięty jedną z najciekawszych, prezentujących ambitne popowe brzmienie, nowych grup z Islandii. Bloodgroup znani są już z tego, że ich koncerty są bardzo energiczne i potrafią szybko rozgrzać publikę do czerwoności. W krótkim czasie zdobyli w Polsce wielu fanów, więc na brak publiczności nie mogą narzekać.
Takie ogromne wydarzenie, jakim był tegoroczny Thrashfest, nie mogło ominąć w tym roku naszego kraju. Mimo tego, że nad tym koncertem wisiało widmo odwołania z powodu zawirowań wokół polskiego promotora, to jednak wszystko dobrze się skończyło i śląska ziemia raz jeszcze stała się prawdziwą mekką dla każdego szanującego się metalowca, a zwłaszcza thrashera.
Ledwie cztery miesiące minęły od koncertu bogów death metalu w katowickim Spodku, a już objawili się z powrotem w naszym wszechwierzącym kraju. W swojej bałwochwalczej wierze nie mogłem opuścić tego wydarzenia i w czwartkowy wieczór, parę minut po dziewiętnastej stawiłem się w Progresji aby celebrować to nabożeństwo.
26 listopada w poznańskim klubie Fabrika wystąpiła rockowo industrialna formacja Agressiva 69. W ostatnim czasie doszło w zespole do sporych zmian personalnych i obecnie grupę tworzą: Tomek Grochola, Jacek Tokarczyk, Robert Tuta i Filip Mozul. Agressiva 69 skończyła ostatnio nagrywać swój najnowszy materiał do płyty "Republika 69", na który składają się covery utworów polskiej legendy - Republiki. Poza tym muzycy zakończyli prace nad swoim dziewiątym albumem, zatytułowanym "UMMET", który łączy w sobie klimaty ambientowe i industrialne. Muzycy od zawsze czerpali inspiracje z wielu różnych gatunków muzycznych, nie zaniedbując jednak własnych idei i stylu.
Piątek, 25 listopada 2011 - to niewątpliwie będzie pamiętna data. Tegoż oto dnia deski krakowskiego Klubu Studio zaszczyciła thrashmetalowa legenda ze Szwajcarii - Coroner. I to właśnie występ tej formacji był dla mnie głównym celem podróży, zważywszy na fakt, że można było w sieci znaleźć szereg sprzecznych opinii co do jedynego jak dotychczas występu grupy na jednej z pierwszych edycji Metalmanii. Teraz więc nadarzyła się okazja aby zobaczyć - nie boję się użyć tego zwrotu - najlepszy tech/thrashowy zespół jaki widział ziemski padół. Pominę tutaj cała żenującą otoczkę związaną z katowickim występem grupy, ale bardzo się cieszę, że KnockOut Productions miał rękę na pulsie i upchnął Szwajcarów w line-upie w związku z nieobecnością As I Lay Dying i Septic Flesh.
Listopadowy piątek był ucztą dla miłośników nowoczesnych death metalowych brzmień. Niedawno odrodzone Decapitated zabrało ze sobą na dużą europejską trasę aż cztery zespoły. W Polsce miały miejsce trzy koncerty: w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. Rola pierwszego rozgrzewacza przypadła kanadyjskiemu Archspire. Pochodzący z Vancouver kwintet, którego debiut "All Shall Align" ukazał się kilka miesięcy temu, za punkt honoru obrał sobie granie najbardziej zagmatwanego i arcytechnicznego metalu. Zapewne te dźwięki przypadną do gustu wielbicielom Origin, Necrophagist czy Despised Icon.
Rykarda Parasol, amerykańska wokalistka, kompozytorka i gitarzystka wystąpiła 22 listopada w poznańskim klubie Fabrika. Poznań był jednym z sześciu miast, w których artystka wystąpiła w ramach swojej listopadowej mini trasy po Polsce. Urodzona w San Francisco, Rykarda to córka szwedzkiej emigrantki i polskiego Żyda ocalałego z Holocaustu. Jej muzykę można porównać do twórczości PJ Harvey, Nicka Cave'a, Black Heart Procession czy Johnny'ego Casha, a artystka sama określa swoje mroczne i tajemnicze brzmienie, jako „Rock Noir”.
W bydgoskiej Estradzie zagrały w ostatni październikowy weekend trzy zespoły: Forma, Thesis oraz gwiazda wieczoru Tides From Nebula. Tides From Nebula to niesamowity zespół, który zawsze wypełnia kluby do pełna a i tym razem fani kapeli nie zawiedli i na sali nie dało się wcisnąć nawet szpilki. Zanim jednak muzycy zjawili się na scenie publiczność starały się należycie rozgrzać supporty.
Jeden z najlepiej zapowiadających się poznańskich dni na listopad tego roku. Wtorek, 8.11.2011 - koncert Crippled Black Phoenix w Blue Note. Jako support dla tej post-rockowej super grupy organizatorzy wybrali rodzime Obscure Sphinx. Zespół co prawda mieści się w zakręconej, postowej stylistyce, jednakże na tle CBP wypada zdecydowanie ciężiej. Z tego co udało się podsłyszeć w tłumie, dla niektórych aż za ciężko. Nie mogę jednak się z tym zgodzić, gdyż występy Obscure Sphinx na żywo bardzo lubię.
Po przesłuchaniu nowego albumu Nosowskiej zacząłem się nawracać na twórczość artystki. Przez lata trochę się kobieta zmieniła. W jej tekstach dostrzegam teraz jeszcze większą dojrzałość i coś jak poczucie spełnienia. Zdaje się też zwracać większą uwagę na naturę i płynący z niej spokój. Muzyka nastrojem dobrze się w tę tematykę wpisuje, więc - chociaż "8" na kolana mnie nie powaliło - poczułem potrzebę wybrania się na koncert i sprawdzenia, jak Kaśka prezentuje się na żywo bez zespołu, z którym zdobyła sławę.
Steven Wilson pojawiał się w Polsce już kilka razy wcześniej za sprawą koncertów zarówno podstawowego składu Porcupine Tree, jak i projektu pobocznego Blackfield, jednak dopiero teraz, tuż po ukazaniu się drugiej płyty solowej artysty, zaprezentował się pod własnym nazwiskiem z towarzyszącym mu zespołem muzyków. Na trasie koncertowej pod nazwą "Grace for Drowning Tour 2011" i podtytułem "An Evening with Steven Wilson" znalazły się dwa polskie przystanki - 20 października w Poznaniu i dzień później w Krakowie.
Kobiety w muzyce zawsze zwracają moją uwagę. Nie tylko ze względu na inną budowę ciała. Nie należę do tych, którym wiolonczelistki kojarzą się tylko z seksem. Tak naprawdę również twórczo kobiety w wielu przypadkach, np. Kittie lub Angela Gossow, od swoich kolegów po fachu się nie różnią. Jeśli jednak uwzględnić, jak rzadko się pojawiają w projektach innych niż orkiestra lub kręcenie tyłkiem do radiowego chłamu, zauważy się, że stosunkowo często pokazują charakter. Właśnie tego oczekiwałem po koncercie Julii Marcell.
Legenda polskiego metalu po dłuższej przerwie zawitała ponownie do Poznania. "Biało-czarna", ostatnia płyta nagrana z Romanem Kostrzewskim, wydana przez Kata na wiosnę tego roku, okazała się być strzałem w dziesiątkę. Eskulap prawie po brzegi zapełnił się fanami mającymi duży apetyt na heavymetalową ucztę.