W nowej Progresji byłem już trzeci raz, ale pierwszy na małej scenie. Dlatego zdziwiłem się, że wejście na Noise Stage jest w ogóle z innej strony budynku i cała przestrzeń, przynajmniej ta dostępna dla gości, nie jest połączona z całą resztą klubu. Salka kameralna, skromna scena i niewielki bar. W pewnym momencie czułem się jak na domówce. Po pewnym czasie ludzie szczelnie wypełnili to pomieszczenie i zrobiło się ciasno, tak, że wszędzie trzeba było się przeciskać. Mimo to, uważam, że zorganizowanie koncertu w tym miejscu było słusznym pomysłem gdyż na głównej scenie zgromadzona publiczność zginęłaby w wielkiej pustej sali, a tak klimat był odpowiedni.
Początek lutego to w Łodzi start sceny eliminacyjnej Międzynarodowego Festiwalu Rockowego. Konkurs młodych kapel to łącznie 12 scen w Polsce i w Europie. Kto zdobędzie tytuł najlepszego rockowego zespołu i 10 tysięcy zł w 15. edycji? Kilkanaście miast w Polsce i w Europie organizuje każdego roku konkurs dla młodych kapel rockowych pod jednym szyldem: Międzynarodowy Festiwal Rockowy "Rock Nocą".
Jeśli ktoś powiedziałby mi, że instrument kojarzony w Polsce głównie z biesiadą, można wykorzystać w art rocku, miałabym mieszane uczucia. Ale sposób gry, jaki zaproponował akordeonista Janusz Kowalski, budzi wielki szacunek. To pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, kiedy pojawiłam się w łódzkiej Scenografii na koncercie kapeli Tune.
Po przeczytaniu zapowiedzi trasy koncertowej "Czarna polska jesień" niektórzy stwierdzili, że Behemoth dobrał sobie interesujące supporty. Ja również zaliczam się do tego grona. Choć w Nergala i jego ekipę nigdy nie zwątpiłem, a dodatkowo na żywo nie widziałem zespołu już od kilku lat, zelektryzowała mnie dopiero wiadomość, że przed gwiazdą wystąpi Obscure Sphinx. Styl inny, ale poziom wcale nie tak bardzo różny.
Satyricon to znakomity przykład na to, jak wspaniale można łamać konwencje. Za cel nadrzędny panowie od zawsze stawiali sobie chęć zaskoczenie słuchacza, a nie kurczowe trzymanie się obranej drogi. Z takim podejściem łatwo jest narobić sobie wrogów. Z drugiej strony, jeśli przekraczasz granice stylistyczne na swoich warunkach, masz do tego odpowiedni warsztat i jesteś skrupulatny to niewątpliwe są szanse na sukces. Nie wiem czy wypełnienie Progresji można nazwać sukcesem, ale Frost i koledzy z całą pewnością posiadają cechy, które wypisałem powyżej. Bardzo miło było w końcu zobaczyć ich na żywo, ale za nim przejdę do przyjemności, z obowiązku wspomnę o poprzedzających zespół Satyricon, Tajwańczykach z Chthonic.
Nie ma co ukrywać, że Children Of Bodom gwiazdą sceny jest i basta. Owa gwiazda nie świeci już jednak tak pełnym blaskiem jak choćby kilka lat temu. Dla ludzi, którzy śledzą losy tego bandu od momentu wydania pierwszego albumu („Something Wild” 1997) słychać gołym uchem, że lata świetności ma on już za sobą.
Tego festiwalu nie wymyślił normalny człowiek. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyszło by do głowy by imprezę na której mają zagrać kapele takie jak: Wire, Agent Side Grinder, Aluk Todolo, IRM, czy In The Nursery osadzić w samym środku, dobrze poukładanego, modelowego, dolnośląskiego miasta. Dwunasta edycja tego festiwalu dobitnie ukazała, że kultura industrialna dostosowuje się do nowych czasów, otwierając się na nowe niecodzienne rozwiązania. Od czasu zakończenia imprezy minął ponad tydzień, a w mojej pamięci nadal pozostało kilka wspomnień i nimi chce się teraz podzielić.
Zamierzałem się wybrać na koncert Marii Peszek. Plan uległ zmianie, gdy dzień przed wydarzeniem na przystanku tramwajowym zobaczyłem plakat zespołu Tymon & The Transistors. Obok zareklamowane były jednak jeszcze Drekoty. Ze względu na miejsce, brakowało tylko napisanego wielkimi literami refrenu utworu "Tramwaj", jednego z wielu kawałków grupy, które od roku, czyli od wydania "Persentyny", albo i dwóch, czyli od mojego pierwszego kontaktu z tercetem, obijają mi się o mózgoczaszkę. Decyzja została podjęta.
Za siedmioma górami, przed dziewięcioma latami, gdy moja szklana kula odbierała jeszcze Vivę Plus, często widywałem w niej bandę trolli grających żywą, chwytliwą piosenkę o pewnym młocie. Zespół ten szybko stał się dla mnie jedną z dwóch - obok odnoszącego wtedy pierwsze sukcesy Korpiklaani - ikon folk metalu. Niestety dużo czasu minęło, zanim spotkałem tę pochodzącą z odległej krainy kapelę na moich ziemiach. Nie stłumiło to jednak mojego entuzjazmu. Wiedziałem, że czeka mnie rozrywkowy wieczór.
Kiedyś bym nawet nie pomyślał, że będę chodził na koncerty zespołu, który wypłynął na szersze wody dzięki telewizyjnemu talent show. Do głowy by mi też nie przyszło, że All Sounds Allowed będzie iskrzyło podczas rejsu po rzece. Wreszcie nie spodziewałem się, że Podwodny Wrocław, który od pierwszej edycji odbywał się głównie w Browarze Mieszczańskim, przeniesie się prawie całkowicie na pięć kursujących po Odrze statków. Skoro już nagromadziło się tyle zaskakujących mnie elementów, postanowiłem móc się pochwalić, że to wszystko widziałem.
Kiedy podchodziłem do bram Progresji parę minut przed 19 Ogotay już grał. Zdziwiło mnie to bo zasugerowałem się zapowiedzią w radiu, gdzie podano rozpoczęcie koncertu na godzinę 19. Niestety trzeba było odstać swoje w kolejce więc załapałem się na końcówkę koncertu. Szkoda, bo chciałem się przyjrzeć dokładniej temu nowemu zespołowi złożonemu ze „starych” muzyków. Materiał był oczywiście z ubiegłorocznej, jedynej płyty zespołu, ale załapałem się też na singiel „Bastards And Orphans” z nadchodzącego albumu. Muzykę na pewno mogę określić jako intensywną. Aż jakoś nie mogłem przebić się przez tą lawinę dźwięków. Zdecydowanie zabrakło mi osłuchania z albumem. Niezbyt podobało mi się też brzmienie wokalu. Było trochę ogłoszeń parafialnych i pozdrowień. Śvierszcz próbował zachęcać ludzi do zabawy. Pod koniec nawet niektórzy trochę się ruszyli, jednak ogólnie na sali, jeszcze o tej porze, były widoczne spore luzy.
Dobrze się ostatnio dzieje w naszym kraju odnośnie jakości koncertowej. Najpierw Septic Flesz i reszta, teraz Amoni. Za taki rozwój wydarzeń dla Knock Out Productions należą się brawa i gratulacje. Należy się cieszyć, że polska agencja koncertowa tak świetnie sobie radzi na tak trudnym rynku. Za duży sukces należy uznać sprowadzenie do Polski Generation Kill i Heathen’a, zwłaszcza tego pierwszego bandu, albowiem Amerykanie dość rzadko koncertują na starym kontynencie.
Czekałem na ten gig i to bardzo. Złożyło się na to kilka powodów. Po pierwsze – jako, że jestem człowiekiem, który to nie ogranicza się do jednego podgatunku metalu ogólnie pojętego, z wielką ochotą chciałem obejrzeć na żywo nieznane mi wcześniej bandy - pochodzący z Grecji Descending oraz holenderski black metalowy Carach Angren. Po drugie - gwiazda wieczoru – Septic Flesh - trzy swoje ostatnie albumy miała ponadprzeciętne i niejako szturmem wdarła się do metalowej ekstraklasy. Stało się to dokładnie w 2003 roku, kiedy to na rynek trafił „Sumerian Daemons”, który swoją siłą, magią i energią zaskoczył większość metalowego świata. Doskonałą formę Greków potwierdziły wydane w 2008 roku „Communion” i „The Great Mass” z 2011 roku.
Zdarzyło mi się kilka razy pisać relacje z pozycji kolan i muszę się przyznać, że bardzo tego nie lubię. Ale czy stając naprzeciw kapeli Meshuggah nie oddałem się we władanie mocy, niemal piekielnych? Oczekiwałem czarów, spektaklu osadzającego się w pamięci na długi czas. Udało się! Szwedzi podcinają ścięgna w ekstremalnie precyzyjny sposób. Działając przy tym w sposób mocno wywrotowy, atakując z obłędnym impetem, pchając słuchacza w krańcowe stany muzycznego opętania, który nieraz kończył się na podłodze klubu Kwadrat.
Choć black metal najczęściej kojarzy się z chłodem i mrokiem, poznański koncert w ramach trasy Choroba Ogień Kwiecień, był ważnym wydarzeniem sceny ekstremalnej, które miało miejsce na sam koniec zimy oraz początek długo oczekiwanej wiosny. Mimo tego w klubie U Bazyla prym wiodły dźwięki wcale nie kojarzące się z wiosną i słońcem.
Parę lat temu wrocławskie Karbido zachwyciło polskich i zagranicznych krytyków spektaklem "The Table", podczas którego wykonywało muzykę na spreparowanym, elektroakustycznym stole. Mimo pozytywnych recenzji i wyróżnień zespół czuł jednak, że nie wykorzystał w pełni możliwości dawanych przez instrument. Efektem dalszych poszukiwań jest audioperformance "Table Around Cage", którego prapremiera odbyła się w październiku w bydgoskim, legendarnym już klubie Mózg.
"Gorączka sobotniej nocy", a raczej "sobotniego wieczoru" - tak można określić to co wydarzyło się w poznańskim klubie Reset 8 grudnia 2012 roku pańskiego. Co prawda białostocki The Dead Goats nieźle namieszał na deathmetalowym rynku, ale gdyby przed koncertem ktoś mi powiedział, że będzie taka rozpierducha to chyba popatrzyłbym krzywo i się zaśmiał. Tymczasem trzeba szczerze powiedzieć, że ów sobotni wieczór zaowocował najlepszym koncertem jaki widziałem na deskach Resetu.
Takiego szturmu na Progresję jeszcze nigdy nie widziałem. Owszem, bywałem już na wyprzedanych koncertach, ale żeby tyle ludzi próbowało się dostać bez biletów, tego jeszcze nie spotkałem. Było również sporo busów z różnych miejsc w Polsce. Utworzyła się długa i bardzo wolno posuwająca się kolejka. Ludzie bez biletów nie byli wpuszczani i blokowali dostęp do wejścia tym z biletami. Do tego dokładne sprawdzanie, więc trzeba było w ścisku odstać swoje. Pod klub podjechałem punktualnie, dokładnie o 17:45. Właśnie zaczynał się koncert. Wchodziłem pół godziny, czyli dokładnie tyle, ile grał Fueled By Fire. Zdążyłem zobaczyć jak schodzą ze sceny.
Czasy się zmieniają. Kilka lat temu metalowcy mogli liczyć najwyżej na kilkanaście minut w talk show emitowanym po godzinie 22. Dzisiaj o liderze Behemoth pisze już wiele poczytnych serwisów o tematyce innej niż muzyczna, a telewizja publiczna nie krępuje się zapraszać do współpracy ludzi pokroju Titusa z Acid Drinkers. W takich warunkach "Spowiedź heretyka", czyli wywiad-rzeka z Nergalem, nie miała szans przejść bez echa, jednak główny bohater nie omieszkał ruszyć w Polskę, by promować ją na spotkaniach.
Od koncertu Katatonii w Warszawie minęły dwa dni, a ja do tej pory nie mogę sobie poukładać w głowie tego, co usłyszałam i zobaczyłam w Progresji. Milion myśli w jednym czasie, tylko słów brakuje. Być może dlatego, że choć Szwedów słucham od X lat, 17 listopada byłam na ich koncercie po raz pierwszy. Jednak na próbę krótkiego podsumowania to chyba właśnie najlepszy moment - kiedy emocje jeszcze gdzieś tam we mnie mocno się gotują, ale i czas na konkretne przemyślenia powoli zaczyna pukać do drzwi.
Tak samo jak w roku ubiegłym na deskach krakowskiego Studia miało miejsce święto fanów folk metalowego grania, albowiem po raz drugi do naszego kraju zawitał Heidenfest. I tym razem organizator zadbał o znakomitą obsadę - nie zabrakło starych wyjadaczy w postaci fińskiego Korpiklaani. Dano także szansę do zaprezentowania się szerszej publiczności debiutantom na metalowej scenie - pochodzącemu z Italii zespołowi Krampus. Gwiazdą wieczoru był tym razem Wintersun, a rozgrzać publikę miały za zadanie: niemiecki Varg i grający na zeszłorocznej edycji festiwalu norweski Trollfest. Tak więc wieczór w Krakowie zapowiadał się nadmiar znakomicie.
Nie będę ukrywał, że z niecierpliwością oczekiwałem tego koncertu. Raz, że dawno, dawno, a nawet bardzo dawno nie widziałem Nicka Holmesa i spółki na żywo, dwa - ostatnia płyta zespołu po prostu wbiła mnie w ziemię (oczekiwałem więc co najmniej dobrego występu) i trzy – bardzo chciałem zobaczyć jak na scenie zaprezentuje się nowo poznany przeze mnie szwedzki Soen (z byłym perkusistą Opeth, niejakim Martinem Lopezem w składzie).
Podobno do 3 razy sztuka. Tyle to prób zobaczenia na żywo kanadyjskiego Voivod podejmowałem w ostatnich latach i nic z tego nie wychodziło. Za punkt honoru postawiłem sobie więc, że październikowy koncert w stołecznej Progresji musi zostać zaliczony bez względu na okoliczności. Szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać po Voivod i jak ta trudna w odbiorze muzyka będzie oddziaływać ze sceny.
Po takiej płycie jak „Tragic Idol” pewnie dużo osób z niecierpliwością czekało żeby zobaczyć czy Paradise Lost utrzyma wysoką formę również na żywo. Myślę, że po koncercie nikt nie mógł być zawiedziony. Soen to nazwa nic mi wcześniej nie mówiąca, jednak gdy dowiedziałem się, że na basie pogrywa tam legendarny Steve DiGiorgio moja ciekawość znacznie wzrosła. Niestety gdy wszedłem do Progresji i koncert właśnie się rozpoczął, od razu zwróciłem uwagę, że ten młodzieniec z długimi dredami to nie jest on. I choć grał naprawdę nieźle i zmieniał gitarę z czterostrunowej na sześcio i odwrotnie to pewien niedosyt pozostał.
Już na długo przed koncertem braci Cavanagh zastanawiałam się, czy Anathema może mnie jeszcze czymś zaskoczyć. I zaskoczyła. Najpierw najnowszym albumem "Weather Systems", później tą samą jak sprzed lat energią na koncertach, tak zupełnie różną o klimatu płyty. To właśnie z jej promocją przyjechali do nas po raz kolejny do kraju, który uchodzi za mekkę miłośników progresywnej muzyki zza morza.