Miniatura, ktorej matka jest chwila natchnienia, a ojcem slodka tesknota...
Nabrawszy pewności, ciało me zaczął poznawać. Zrosił me włosy, ramiona wodą oznaczył. Chłodnymi palcami penetrował ubranie, szukając drogi do skóry pod nim skrytej. Gdy tak coraz głębiej i szybciej docierał, strach mnie ogarnął. Zaczęłam uciekać, czując, jak z jego czułości namiętność się rodzi.
Wtedy poczułam zapach znajomy, usłyszałam szept tak mi bliski. Krople złagodniały i teraz na mej piersi wystukiwać zaczęły rytm, na pamięć wyuczony przez wszystkie wieczory, gdy zasypiałam w Twoich ramionach.
Gdy cztery dni temu ze smutkiem w chmur szarość spoglądałeś, duszy Twej okruch stęskniony, ujścia dla pragnień swych nie znajdując, z wiatrem porywistym popędził i z tumanem wędrownym się scalił. Przemierzył pola, miasta, rzeki, płacząc i grzmotami nawołując, aż w końcu mnie dostrzegł, gdy stałam wśród zieleni.
Zamknęłam oczy i, tańcząc na trawie, kochałam się z deszczem.