W coś trzeba wierzyć. Wierzycie w magię symboli? Krucyfiksy, pierścienie atlantów? W klątwy, czarne koty, zbite lustra? A może w magię pradawnych duchów drzew?
Człowiek powinien w coś wierzyć. Tak uważam. Choć moja wiara pozostawia wiele do życzenia.
Staram się zrobić coś dla siebie, udowodnić sobie, że potrafię zrobić coś indywidualnego, coś czego nikt inny jeszcze nie zrobił... a tu, proszzzz...okazuje się, że ktoś to już wcześniej zrobił.
Nie potrzebuję zachwytu, komplementów. Nie zrozumcie mnie źle.Nie potrzebuję, żeby ktoś mnie docenił. Chciałabym sama sobie udowodnić, że jestem w czymś dobra...a raczej...NAJLEPSZA! Żeby sobie udowodnić jakąś wartość. Znaleźć w życiu jakiś cel swojej egzystencji, bo skoro jestem taka, to przecież łatwo można mnie we wszystkim zastąpić. A wtedy dochodzę do wniosku, że jestem zbędna.
Chciałabym wiedzieć, że nie jestem tak przeciętna, że aż nudna... tak przewidywalna jak angielska pogoda. A jednak.
W pracy jestem PRZECIĘTNA, na studiach jestem PRZECIĘTNA, kiedy zaczynam coś robić np. rzeźbić, malować, robić lepianki z modeliny też dochodzę do wniosku, że są one PRZECIĘTNE. I znowu jestem zła na siebie, że nie potrafię zrobić nic oryginalnego.
Może to jesienna chandra, może jakieś logiczne wnioski. Sama nie wiem. Nie mam myśli samobójczych, ani nic w tym stylu. Po prostu szukam czegoś, czym powinnam się zająć. Czegoś, czego przynajmniej nie spieprzę... A takich rzeczy ostatnio znajduję coraz mniej.
Po pierwsze: polityka to dno, wszyscy mieszają się z błotem, zamiast coś robić dla obywateli- jakże zuchwale chowają pieniążki do przepastnych kieszeni a głowę chowają w piasek...bo tam, gdzie pojawia się problem nikt nie próbuje go rozwiązać, tylko roztrząsanie, afery, komisje i wzajemne oskarżenia lub przeprosiny.
Żałosne.
Po drugie: od kiedy to wracamy do średniowiecza, żeby się ekskomunikami straszyć? W dupie mam cały ten instytucjonalny rozgardiasz... kościół,który nadal myśli, że włada ciemnym tłumem. Te lata ich panowania minęły. Czas się obudzić. Chcecie sobie wierzyć, wierzcie. Chcecie się zbawiać...zbawiajcie. Ale mnie zostawcie w spokoju.
"Nie ma winnych, wszyscy święci..."
Po trzecie: TOLERANCJA. To coś, co nawet mi czasami nie wychodzi. Nie mogę sobie zarzucić jednak, że się nie staram.
Nie mam racji - bywa.
Mam rację - przypadek.
Moje racje nie są lepsze czy gorsze od twoich racji, bo są po prostu inne.
Gdybym wysłała w kosmos wszystkich, którzy mnie denerwują - 99% ludzkości po prostu by zniknęło. Nie byłoby przeludnienia, korków na ulicach, kolejek w sklepach, polityki... a co by się stało, gdyby ktoś inny miał możliwość wysłania w kosmos wszystkich, którzy denerwują jego?
I wtedy znalazłabym się w kosmosie z resztą homo sapiens. Wracamy do punktu wyjścia... TOLERANCJA
Przed konikowym ogólniakiem posadzono drzewo. Symetryczne, proste, grubości damskiego ramienia. Idea chwalebna. Sęk w tym, że przed drzewkiem wyrosła tablica z napisem "dąb katyński". Konika lekko wmurowało.
Od dawna mam coś do piosenki "Protect me from what I want" zespołu Placebo. Piosenka ma jakiś głębszy sens. Próbowałam ustalić czego dokładnie ten sens dotyczy. Pojawiały się w mojej głowie myśli na wszelaki temat. Niżej wkleję tekst i tłumaczenie wzięte ze strony tekstowo.plhttp://www.tekstowo.pl/piosenka,placebo,protect_me_from_what_i_want.html
Powiało grozą. Rzecz jasna nie tą taką, jak w horrorach, ale rzeczywistą, dającą popalić naprawdę. Przyszedł bowiem kryzys. Tak - oto ukazała się bieda, ze wszystkimi jej konsekwencjami.
Zmuszona do kombinowania przyszedł mi do głowy iście diabelski plan. Mój wzrok bowiem zatrzymał się na biblioteczce mojego ojca. Gdyby to widział, pewnie próbowałby wyperswadować mi ten pomysł z głowy. Ale nie widzi. Tak myślę. Zresztą stop, bez nadmiernej paniki, czy ekscytacji.
Wiem przecież doskonale, że już i tak kolekcja została mocno uszczuplona, a ja wcale nie zamierzam pozbywać się perełek, czy też pozycji, które nie do końca mogłabym ogarnąć moim kocim rozumkiem.
Ale po kolei. Najpierw trzeba to przejrzeć, co też moja siostra tu zostawiła. I tak. Ładny przesiew. Zniknęło kilka książek, które pamiętałam, że były, a teraz ich nie ma. Te opowieści dla nastolatków jej wybaczę, bo to już nie mój etap, ale gdzie jest Nietzsche? Mam tylko nadzieje, że go zatrzymała u siebie, a nie sprzedała. Wyparowały też powieści Jacka Londona, ale za tym płakać nie będę. Lem - to chyba u mojej mamy, bo ona zawsze była jego fanką. Nie mogę też znaleźć łacińskich cytatów, a szkoda, bo czasem się przydają (głupek - tak, wiem). Ktoś też się nie bał i podprowadził Biblię - taka była w czarnej, grubej oprawie. No szkoda, chociaż wierząca nie jestem, ale uważam, że w każdej biblioteczce (jak sama nazwa wskazuje) powinna być ta książeczka. Tak, dla zasady.
Muszę też wyznać, że za to, jakby dla równowagi, znalazłam książki, których się nie spodziewałam znaleźć. Tak, jasne, historyczne - mój ojciec miał na ich punkcie fioła. Czy też takie o sporcie, mitologii z różnych krajów (jak i bajek), lektur szkolnych, leksykonów, sztuce, czy też o łowiectwie albo o psach! Mój ojciec uwielbiał książki, kochał czytać. Chociaż będąc realistką, nie jestem pewna, czy przeczytał je wszystkie od deski do deski. No, teraz to nawet połowa nie została z tamtej sterty...
Ale te o astrologii ? Ciężkie lektury. Ciekawe co z tego rozumiał? No, ale może, co ja tam wiem. Dużo też książek o polityce, jakieś propagandowe i w ogóle. Znalazłam też książkę z lat osiemdziesiątych o wpływie ropy naftowej na świat, inną o Wałęsie i jakąś o Fidelu Castro. Ale najbardziej zainteresowały mnie trzy małe tomiki "Studium tyranii". WTF? No, ale nic, poczytam. Chętka też zebrała mi się na parę innych książek. O, nie wspomniałam o kulinarnych, kuchnia staropolska - to może trochę za tłuste potrawy, ale może coś się tam wyszuka ;-) Są też o roślinkach, różnych zwierzątkach i właściwie wszystko. Kurczę, nawet trochę się zdziwiłam znajdując już nie książkę, ale jakieś stare czasopismo, które pewnie w pośpiechu chowała moja matka, a potem o nim zapomniała. Taki zmiętolony, wciśnięte między książki gazeta - poradnik o seksie. Nie będę może wyjawiać z którego roku, ale artykuły jak najbardziej aktualne. Może następnym razem wrzucę tu jakiś z tej gazetki ;-)
A ostatecznie, walcząc godzinami z kurzem i małymi literkami na pożółkłych stronach, wybrałam z tego wszystkiego może pięć książek, które jutro spróbuje opchnąć w antykwariacie. Jeśli się nie rozmyślę, ale kasa by się przydała nawet niewielka.
Ach, te dołki finansowe. I pomyśleć, że kiedyś jak się miało, to szastało się, nie umiejąc docenić.
Przez ostatnie lata, słuchając nowych Depeszy kierowałem się sentymentem, mając przed oczami i w uszach ich wiekopomne, genialne dzieła: "Some Great Reward", "Black Celebration", "Music for the Masses", "Violator", czy "SOFAD"... Jak widać i słychać : "to se ne wrati".
Mglisto, szaro, zimno. Taka niby normalność, jak na tę porę roku przystało. No bo w końcu jak ma być w październiku?
Do lata już nie tęsknię. Albo na razie. Śłońce może się schować, odpocząć, przestać już napierdalać po zmęczonych oczach i ustąpić mroźnemu powietrzu na tyle, że wreszcie pod kurtką przestanie się człowiek pocić, jak taki idiota, który nie wie jak ciepło ma się ubrać.
Teraz czas na letarg, na to ogłupienie, przejściowe spowolnienie czasu, które jak co roku poprzedza zimę.
Zupełnie nie wiem, dlaczego niektórzy lubią tę porę roku? Bo nostalgia, chwila czasu na zastanowienie się?
Kompletna bzdura, nikomu niepotrzebna. No chyba, że ktoś cieszy się, iż skończyły się wreszcie upały i można odetchnąć rześkim powietrzem. Ewentualnie zachwyca się barwami jesieni - ognistym, rdzawym, złotym. Cieszy się widokiem ostatnich w tym roku kwiatów i... ech nie wiem. Powiedzmy sobie szczerze, że ów romantyzm wymiera. Tak, czasem nawet mam wrażenie, że i u mnie. Kiedy dopada smutna, martwa rzeczywistość, wszystko trafia szlag, jakby mróz potraktował delikatne ździebełko trawy.
Silnym chyba trzeba być, by dostrzec pozytywy jesieni - pory roku kojarzącej się realnie z przemijaniem, śmiercią, grypą i dolegliwościami żołądkowymi. Cholera wie, czym jeszcze.
Zimno to nie jest to, co kotki lubią najbardziej. Łatwo się przeziębić, rozchorować i mieć potem pod wpływem gorączki głupie myśli, odczucia i spostrzeżenia. I nie trudno nawet o dołek, czy napad natręctw i schizofrenicznych lęków. A z takiej małej paranoi trzeba potem umieć wyjść. Olać pewne rzeczy i nie słuchać głosu paranoika, który podpowiada w głowie teorie spiskowe i rzeczy, których nie ma.
Bo przecież dziwne chmury na niebie, choć wydają się nienaturalne, w rzeczywistości nie są rozpylonym halucynogennym gazem, który wojsko testuje na ludziach, a zwyczajnym smogiem, spalinami, które tak brzydko-ładnie się skotłowały i są zbyt ciężkie, by wznieść się wyżej, więc zawisły nad ziemią.
A staruszkowie mijani ma klatce schodowej wcale nie wyglądają jak zombie, nie mają czarnych oczodołów i nie spowija ich wysuszonych ciał czarna poświata, jakby pochłaniała ich jakaś mroczna energia. I na ten widok wcale nie przebiegają po plecach ciarki i włosy wcale nie stają dęba. To tylko wyobraźnia. Rozgrzany gorączką umysł, jakby półprzytomny, jakby w połowie był tylko na jawie.
I myślę, że tęsknię już do zimy, kiedy te mało śmieszne zarazki wreszcie zamarzną, kiedy lód i szron uśpi je chociażby do wiosny.
Chociaż byłaby to sroga zima, a mróz to też nie jest coś, co kotki lubią najbardziej, ale wolę już to, niż tą niezdecydowaną, wampiryczną jesień.
Kolejna porcja bzdur. Tym razem radosna twórczość Zelen bawiącej się gumową żabą mojego syna:)
Spojrzałem na kolejkę do kasy, wijącą się jak wąż Midgardu i stanąłem na jej końcu. Oto kolejne ziarenko połknięte (prawie sobie to wyobraziłem, że jestem elementem w grze „snake” w psychodelicznym umyśle właściciela marketu). Jak dzisiaj wyglądała by doktryna chrześcijańska, gdyby Tomasz z Akwinu, żył dzisiaj. Gdyby swoją Sumę (zawsze gdy o niej myślę – sumuję się) oparł na nam współczesnych archetypach, jak bardzo chrześcijaństwo było by nam bliskie i zarazem obce...
Za ciasno zamknęłam powieki. Chciałam zatamować szklany krwotok skapujący powoli po zamarzających policzkach. Nie czułam chłodu, to ja byłam chłodem. Przenikliwym mrozem spowijającym senne szyby. Tuliłam się do Ciebie kruchością zwiędłego kwiatu. Poruszałam bezwiednie oszronionymi wargami. Skaleczyłam swoje istnienie patrząc w gorejące słońce. Rozpieszczana promieniami zieleniałam bagnistą brunatnością. Porastałam naiwnie zieloną trawą jak wilgotny głaz. Otwierałam nie zamknięte drzwi. Pochylałam się nad lustrem bez odbicia. Zbierałam blizny, myśląc że to kwiaty, które wprawią Cię w zachwyt. Kusiłam dekadencką czernią nocy. Rozlewałam wino do kryształowych kieliszków. Roztapiałam się gdzieś na rozstaju leśnych ścieżek. Chyliłam głowę w pokutnym wstydzie. Uciekałam do szafy, by nie zatonąć w rozlewającym się błękicie Twych oczu. Teatralnym śmiechem rozkrwawiałam wargi. Pieściłam Twą sztywniejącą racjonalność. Wciągałam Twój beztlenowy zapach. Malowałam rzęsy Twymi czerniejącymi myślami. Zanurzałam w malinowych przestworzach. Tkwiłam w pokoju bez ścian. Któregoś dnia obudziłam się i zgwałcił mnie brak nieba. Pozostała przerażająca, nęcąca kremową bielą nagość. Spłonął mój malinowy chruśniak, spaliły się dzieci. I proszę, "Nie pytaj mnie, dlaczego myślę, że... że nie ma dla mnie innych miejsc".
Troszke tekstów z radosnej twórczości mojej i różnych bliższych i dalszych znajomych po pijaku i na trzeźwo:)
Kiedy żołnierz zamierzył się włócznią, by przebić bok Jezusa, ten od dawna był już nieprzytomny. Nie poczuł jak żelazny grot wgryza się jego pierś i rozrywa serce, powodując gwałtowne krwawienie, które w kilka minut spowodowało śmierć. Ukrzyżowany nie słyszał rozpaczliwego płaczu swojej matki i innych, stojących u stóp wzgórza kobiet, ani nie czuł zimnych powiewów wiatru, chłodzącego rozpaloną przez nieludzkie katowanie skórę.
Pytam dlaczego tak drażni mnie tyle rzeczy? No pytam się!
Skąd we mnie takie pokłady niepohamowanej niechęci wobec bogu ducha winnym istotom?
Szlak jednak mnie trafi jak sobie pomyśle że jakaś blond panna może śmieć dotknąć pośladków mojego chłopaka. Ręce bym jej powyrywała... i kazała zjeść.
Sabaton. Szwedzki zespół powermetalowy. Dzisiaj znany niemal każdemu.
Nie trzeba słuchać muzyki metalowej, żeby słyszeć chociaż raz o
Sabatonie. Wszystko przez utwór "40:1" który opowiada o polskich żołnierzach. Piosenka ta trzeba przyznać jest naprawdę świetna - i do
tego o Polakach! Jednak ja, w tych wypocinach chciałbym zauważyć, że
pod względem melodycznym, wszystkie ich piosenki są bardzo do siebie
podobne. Niekiedy mógłbym nawet sądzić, że to autoplagiat.
Witajcie! Z tym pytaniem często spotykam się w służbie kaznodziejskiej. Pewnie i niektórzy z Was je sobie zadawali. Często zarzuca nam się, że robimy to po to by przekonać czy też w języku świeckim "przekabacić na swoją stronę". Nic bardziej mylnego. Nie przekonujemy nikogo. Głosimy Słowo Boże, a tym co chcą lepiej zrozumieć Biblię - pomagamy w tym. To człowiek sam pod wpływem wiedzy z Pisma Świętego dochodzi do wniosku, że trzeba coś zmienić. W Liście apostoła Pawła do Hebrajczyków 4:12 czytamy: "Bo słowo Boże jest żywe i oddziałuje z mocą, i jest ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, i przenika aż do rozdzielenia duszy i ducha, a także stawów i ich szpiku, i jest zdolne rozeznać myśli i zamiary serca". Właśnie ta moc z Biblii, jej oddziaływanie skłania szczere osoby do dokonywania zmian. Ale dlaczego głosimy?
Recenzja płyty pojawi sie juz w październiku.