Blog :

Poród czyli wypruwanie flaków



Więcej Komentarz

Blog :

I żyli długo i szczęśliwie?

.
.
.

Więcej Komentarz

Blog :

Whatever

You are so pathetic, my darling, that's hell true...

You don't change that and that's true too...












It's not funny...It's a fucking joke of life...



BTW don't forget I still have a claws...







Whatever...                                                                    ;-)

Więcej Komentarz

Blog :

O cycuszkach słów kilka...

Czyli jak zdobyć sobie rzeszę fanów w sieci. 

Więcej Komentarz

Blog :

Zasłyszane

. . .

Więcej Komentarz

Blog :

Miasto Babilon

Więcej Komentarz

Blog :

TragiFarsa socNIErealistyczna

MUZYCZNE MOTTO:

“Bez maski, gdzie się ukryjesz?
Nie odnajdziesz siebie,
Zagubiony w swych kłamstwach.
Teraz znam prawdę. Wiem, jaki jesteś.
I nie kocham Cię ani trochę.
To nigdy nie było i nigdy nie będzie.
Nawet nie wiesz, jak mnie zawiodłeś.
I w jakiś sposób ogłupiłeś wszystkich“


Evanescence, “Everybody’s Fool”
(przekład N. J. Nowak)




OSOBY

Zdzisław Baumfeld (27 lat) - główny bohater “TragiFarsy socNIErealistycznej“, podporucznik, funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa, posługujący się pseudonimem Łowca Onych*. Jest przystojny, wysoki, harmonijnie zbudowany, ma czarne włosy i takież oczy. Postać zdecydowanie negatywna - obłudna, dwulicowa, brutalna, złośliwa i niesprawiedliwa. Jako wysoko postawiony przedstawiciel bezpieki, aresztuje niewinnego człowieka (Wespazjana Cipkę), fałszywie oskarża go o działalność wywrotową, bije, obraża i zastrasza podczas przesłuchania… tylko po to, żeby później się z nim zjednoczyć i zaprzyjaźnić. Dokonawszy pewnego niecnego czynu, przypina sobie do munduru czarną, żałobną wstążeczkę i organizuje stypę (która, de facto, ma być okazją do rozerwania się i wypicia alkoholu). Kochanek Marii Lolity, który sprawia wrażenie, jakby kobieta interesowała go wyłącznie fizycznie. Bezwzględny, niezdolny do odczuwania wyrzutów sumienia, nielitościwy. Łatwo wpada w złość, nie toleruje sprzeciwu, uważa stosowanie przemocy za dobrą zabawę. Kiedy sytuacja tego wymaga, potrafi udawać dobrego i wrażliwego.

Archibald Moździerz (43 lata) - mistrz drugiego planu, UB-ek, używający pseudonimu Nocna Zmora. Gruby, brzydki, niezdarny, ale bystry, elokwentny i obdarzony specyficznym (czarnym) poczuciem humoru. Zawsze wie, kiedy użyć jakiegoś powiedzonka albo rzucić hasło, które rozśmieszy pozostałe osoby. Podobnie, jak Baumfeld, jest zakłamany, brutalny, fałszywy i pozbawiony głębszych uczuć. Postać o tyle komiczna, że do portretu Stalina odnosi się jak do świętego, chrześcijańskiego obrazu.

Kierowca czarnej wołgi (56 lat) - człowiek, który wozi UB-eków po mieście, a co za tym idzie: pomaga im w zwalczaniu przeciwników politycznych. Typ osobowości podobny do Archibalda Moździerza. Wesoły, beztroski, optymistyczny, potrafiący dopasować do sytuacji ciekawy cytat. Nie interesuje go, co się stanie z ludźmi, których zawozi do budynku Urzędu Bezpieczeństwa.

Wespazjan Cipka (24 lata) - młody mężczyzna, szary obywatel obdarzony dosyć sympatycznym wyglądem - miłą, piegowatą twarzą, dużymi, błękitnymi oczami i jasnorudymi (a właściwie: rudoblond) włosami. Pechowiec, który - znalazłszy się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze - zostaje aresztowany przez ubecję pod pretekstem udziału w zebraniu nielegalnej organizacji. Przesłuchiwany przez Zdzisława i Archibalda, zachowuje się w dosyć dziwny, niekonwencjonalny i niezrozumiały sposób - gra funkcjonariuszom na nerwach, pozwala sobie na kąśliwe uwagi, głupie żarty i brzydkie określenia, umyślnie prowokuje, zaczepia i spoufala się z UB-ekami, jakby nie rozumiał powagi sytuacji oraz możliwych konsekwencji swojej bezczelności. Od czasu do czasu, upokorzony i zbity z tropu, zrzuca maskę nonszalanckiego buntownika oraz pokazuje swoje prawdziwe, smutne oblicze. Chociaż może się wydawać nierozsądny, na pewno posiada w sobie dużo dumy, honoru, woli walki i inteligencji. Śmiejąc się ze swoich oprawców i grając cynika, próbuje ratować własną godność. Podobnie jak Baumfeld, zgadza się z teorią o istnieniu kilku rodzajów prawdy, w tym “g***o prawdy”.

Maria Lolita (21 lat) - jedyna w utworze postać kobieca, kochanka Łowcy Onych, Tajna Współpracowniczka Urzędu Bezpieczeństwa. Twierdzi, że chociaż ma komunistyczne przekonania, to współpracuje z ubecją “wyłącznie dla Zdzisia”. Jest śliczną, drobną, atrakcyjną fizycznie panną, podobną do Królewny Śnieżki - białą jak śnieg, rumianą jak krew i o włosach czarnych jak heban. Dysponuje specyficznym głosem: bardzo dziecinnym (a zarazem seksownym), słodkim, miękkim, dziewczęcym, troszkę naiwnym i głupiutkim, podobnym do tego, którego używa amerykańska aktorka Giddle Partridge lub francuska piosenkarka Alizee. Na pierwszy rzut oka tępa, łatwowierna i prymitywna, w rzeczywistości dostrzega wady Zdzisława i niesprawiedliwość ubecji, jednak próbuje wypierać je ze świadomości. Ponieważ okłamuje samą siebie, jej anachroniczne (nierealne, wyprzedzające epokę o 50 lat) nawiązania do filmu “Matrix” brzmią jak czysta hipokryzja. W odróżnieniu od swojego partnera i pozostałych UB-eków, posiada sumienie, uczucia oraz zdolność odróżniania dobra od zła.

Towarzysz Fulgencjusz (38 lat) - funkcjonariusz UB, podwładny Baumfelda, najprawdopodobniej dosyć nisko postawiony. Pomaga Zdzisławowi w zrealizowaniu pewnego przedsięwzięcia. Właściwie, jego rola ogranicza się do wykonywania poleceń przełożonego, jednak parę razy zdarza mu się wtrącić swoje “trzy grosze”.

Kot Mruczek - bohater zwierzęcy, duży, czarny, puszysty, z jedną, białą plamką na główce. Na scenie powinien być grany przez kukiełkę.

OD AUTORKI: Powyższe informacje podaję na wypadek, gdyby któryś z Czytelników nie zrozumiał, o co chodzi w mojej sztuce teatralnej. A sens utworu można łatwo stracić z oczu ze względu na dużą ilość żartów, ciętych ripost i absurdalnych sytuacji. Dramat pt. “TragiFarsa socNIErealistyczna” powstał nie tylko w celach rozrywkowych, ale również po to, aby ośmieszyć poglądy i metody działania komunistów, zainteresować młodych ludzi historią XX wieku oraz zwrócić uwagę na negatywne postawy społeczne, które zdarzają się - niestety - we wszystkich epokach i zakątkach świata (obłuda, nieszczera żałoba, zakłamanie, fałszywa życzliwość, niesprawiedliwość). Pozdrawiam i życzę przyjemnej lektury! Natalia Julia Nowak.



SCENA PIERWSZA



Czas akcji: rok 1948
Miejsce akcji: pusta, ponura uliczka

Kiedy kurtyna zostaje podniesiona, oczom widzów ukazuje się pusta, ponura, nieciekawie wyglądająca uliczka. Grozę tego miejsca potęguje fakt, że jest noc i delikatna mgiełka, a lampy uliczne świecą dosyć słabo. Na scenę powoli wjeżdża staroświeckie, czarne auto marki wołga, w tle słychać złowieszcze bicie zegara, dochodzące z nieznanego źródła. Z samochodu wysiadają dwaj mężczyźni w UB-eckich mundurach: 27-letni Zdzisław Baumfeld (funkcjonariusz Łowca Onych) oraz 43-letni Archibald Moździerz (funkcjonariusz Nocna Zmora). Obaj przez chwilę stoją w miejscu, wsłuchując się w ponure, ślamazarne “biiim-baaam”. Po jedenastym uderzeniu zegara nastaje grobowa cisza.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zszokowany):

Na litość Marksa, więc to dopiero jedenasta?! A, no tak, przecież czas zmienili! Mój zegarek śpieszy o godzinę… (Do Archibalda i kierowcy wołgi) Ej, towarzysze, za wcześnie wyjechaliśmy! Jest dopiero jedenasta, zapomnieliśmy przestawić zegarki! Mamy jeszcze godzinę czasu wolnego. Nie ma co stać w tym miejscu i się nudzić, bo ONI zawsze wychodzą o północy.


KIEROWCA WOŁGI (z samochodu):

Może się co upoluje…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (sceptycznie, krzywiąc się):

Może…


Przez chwilę Zdzisław i Archibald stoją biernie, zastanawiając się, jak wykorzystać następne 60 minut. Kierowca zaś wesoło puka palcami w kierownicę i gwiżdże jakąś wesołą, skoczną melodię. Na scenę wchodzi 24-letni Wespazjan Cipka, który spokojnie maszeruje chodnikiem, nie widząc lub nie zwracając uwagi na funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ucieszony, do pozostałych komunistów):

O wilku mowa, a wilk tuż-tuż! Zobaczcie, towarzysze, idzie jakiś…


W tym samym momencie Cipka uświadamia sobie obecność UB-eków: gwałtownie zatrzymuje się, a potem próbuje zawrócić.


ZDZISŁAW BAUMFELD (dokańcza urwane zdanie):

…krótkowzroczny. (Ostro, do przechodnia) Stać!


Wespazjan staje jak wryty.


ZDZISŁAW BAUMFELD (tym samym, despotycznym tonem):

Dobrze, towarzyszu. A teraz podejdźcie do mnie i spójrzcie mi w oczy.


Obywatel ze strachem, lecz bez szemrania spełnia polecenie Łowcy Onych.


ZDZISŁAW BAUMFELD (prowokacyjnie):

Skąd może wracać młody, energiczny mężczyzna, który wie, że jest godzina jedenasta w nocy, a ta dzielnica raczej nie przyciąga ludzi kulturalnych i przyzwoitych? Skąd może wracać atrakcyjny, lekko ubrany dwudziestokilkulatek, który bynajmniej nie wygląda na robotnika, pracującego na nocną zmianę, ani na lekarza, wezwanego do ciężko chorego pacjenta? Skąd może wracać samotny, roztargniony człowiek, który nie ma przy sobie niczego, co wskazywałoby na to, iż po prostu późno wrócił z podróży? Może z burdelu?!


Funkcjonariusz Nocna Zmora i człowiek w samochodzie wybuchają śmiechem. Wespazjan jest tak przerażony, zszokowany i zawstydzony, że traci możliwość logicznego myślenia oraz udzielania inteligentnych odpowiedzi. Moździerz, widząc jego skrajne zakłopotanie, uśmiecha się z mieszaniną pogardy i politowania oraz nieznacznie kiwa głową, jakby chciał powiedzieć: “Oj, tak, tak, towarzyszu. Wyszło szydło z worka”.


WESPAZJAN CIPKA (chaotycznie):

Nie, nie z burdelu… Nie… W ogóle tam nie byłem… Ja… Ja po prostu sobie wyszedłem na spacer…


ZDZISŁAW BAUMFELD (tryumfalnie, radośnie):

Uderz w stół, a nożyce się odezwą! (Do pozostałych komunistów) Towarzysze, zabieramy go! To jeden z ONYCH! Oświadczając, że nie wraca z burdelu, ten młody człowiek przyznał się, że był w jakimś innym miejscu! A gdzie? Pewnie na zebraniu Podziemnego Klubu Anonimowych Antykomunistów, który ma swoją siedzibę na tej ulicy i obraduje o dziwnych porach dnia! (Do Cipki) Widzicie, towarzyszu, jaki macie długi język? Sami na siebie ukręciliście bat! Cha, cha, cha, cha, cha! Tylko nie próbujcie mi wmówić, że się przejęzyczyliście, bo to i tak wam w niczym nie pomoże! Słowo się rzekło, towarzyszu… Jak mawiają nasi mali przyjaciele: “Pierwsze słowo do dziennika, drugie słowo do śmietnika”!


WESPAZJAN CIPKA:

Nie…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (parafrazuje pewne hasło):

“ONI mówią: nie, a ja mówię: tak!”


WESPAZJAN CIPKA (buntowniczo, z większą pewnością siebie):

Ejże, przecież ja wcale nie powiedziałem, że wracam z posiedzenia Podziemnego Klubu Anonimowych Antykomunistów! To jest nadinterpretacja!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Powiedzieliście to między wierszami, towarzyszu. Językiem ezopowym. Proszę, nie mydlcie mi oczu, że treść waszego zeznania dotyczyła czegoś innego. Ja zawsze byłem najlepszy w odgadywaniu, co autor miał na myśli.


WESPAZJAN CIPKA (nadąsany):

Przykro mi, ale nie ma pan racji. Nie rozumiem, o co mnie pan oskarża. Nigdy nie należałem do Anonimowych Antykomunistów.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Powiedzieliście, towarzyszu, że nie wracacie z burdelu, tylko wyszliście na spacer. To była wyraźna aluzja literacka do zebrania wywrotowej organizacji. (Do kierowcy i Moździerza) ONI zawsze mówią, że nie wiedzą, o co chodzi! Już ja się na tym znam, towarzysze! Za każdym razem taki sam scenariusz… Ale, z drugiej strony, ONI faktycznie mogą być tak zakonspirowani, że nie zdradzają swoim szeregowym członkom wszystkich tajemnic…


Niespodziewanie Wespazjan Cipka bierze nogi za pas, jednak Zdzisław i Archibald - mający przewagę liczebną - natychmiast go łapią, obezwładniają i siłą wprowadzają do czarnej wołgi. Całemu zdarzeniu towarzyszy ostra szamotanina, krzyki i przekleństwa.


WESPAZJAN CIPKA (z samochodu):

Panowie, wypuśćcie mnie, co ja wam zrobiłem?!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

To, co zrobiliście, okaże się podczas śledztwa!


KIEROWCA WOŁGI (chichocząc):

Hehehe, to trochę tak, jak w bajce Ignacego Krasickiego: “Zawżdy znajdzie przyczynę, kto zdobyczy pragnie. Dwóch wilków jedno w lesie nadybali jagnię. Już go mieli rozerwać; rzekł: Jakim prawem? Smacznyś, słaby i w lesie! - Zjedli niezabawem”.


Wszyscy UB-ecy, łącznie z towarzyszem Baumfeldem, wybuchają śmiechem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Archibalda):

Towarzyszu Moździerz, jednak mieliśmy szczęście, że wyjechaliśmy na łowy wcześniej niż zwykle. Dzięki temu udało nam się złapać jednego z ONYCH. Wprawdzie próbował się nam wymknąć, jednak skorzystaliśmy ze zdolności szybkiego reagowania i zaatakowaliśmy go tym… no… tym… jak to się nazywa?… tym…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (podsuwa odpowiednie słowo):

Hurmem?


ZDZISŁAW BAUMFELD (próbuje sobie przypomnieć, co miał na myśli):

Nie… Zaraz…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Taranem?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Nie, nie taranem. Tym… no…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Falangą?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Nie… Czekajcie, towarzyszu, mam to na końcu języka… Zaraz… Takie coś na “r”… A! Tyralierą!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (ironicznie):

Rzeczywiście na “r”…


ZDZISŁAW BAUMFELD (zawstydzony, chcąc się usprawiedliwić):

Tam są dwa “r”, więc miałem prawo się pomylić. Nie czepiajcie się literówek, towarzyszu.


Nagle przybiega do Archibalda wielki, czarny, puszysty kot z białą plamką na głowie. Zwierzę zaczyna się łasić do nóg UB-eka.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zaskoczony):

A cóż to za kocina? Sio, na drzewo! Sio, powiedziałem! No już!


Zwierzę, ku najwyższej irytacji funkcjonariusza, nie reaguje. W pewnym momencie Łowca Onych bierze kota na ręce i przytula go jak pluszową zabawkę.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (do Zdzisława):

To wasz kot, towarzyszu?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Nie, ale będzie mój. (Wybucha dziwnym, demonicznym śmiechem, który wywołuje u pozostałych osób gęsią skórkę. Potem zwraca się z natarczywą czułością do zwierzęcia) Moja kocinka, moja… Przytulanka moja kochana… Futerko czarne jak piórko kruka, na główce plamka jak kropelka mleka… Pysiaczek słodki… Ja zawsze miałem słabość do takich ślicznych zwierzątek!


Obaj komuniści, razem z kotem, wsiadają do samochodu i odjeżdżają w stronę budynku UB.



SCENA DRUGA



Czas akcji: rok 1948
Miejsce akcji: piwnica UB-eckiego budynku

W ciemnym, obskurnym, pozbawionym okien pomieszczeniu przebywają Zdzisław Baumfeld, Archibald Moździerz, Maria Lolita i Wespazjan Cipka. Centralne miejsce sceny zajmuje biurko zawalone jakimiś papierami i długopisami, przy którym siedzi Zdzisław Baumfeld (pozostali UB-ecy spacerują powoli po sali przesłuchań). Naprzeciwko niego, aczkolwiek nieco w oddali, siedzi na skromnym krzesełku Wespazjan, który - pomimo widocznego zmęczenia i niewyspania - usiłuje sprawiać wrażenie pewnego siebie i wyluzowanego. Lampa, stojąca na biurku, świeci prosto na niego, toteż aresztowany młodzieniec jest zmuszony trzymać głowę spuszczoną. Przy ścianie znajdują się jeszcze trzy krzesła (nieco lepsze od tego, na którym usadowiono Cipkę), jednak obecnie nikt ich nie zajmuje. Ważnym elementem wystroju jest wiszący na ścianie portret Józefa Stalina, który podkreśla klimat epoki. W trakcie całej sceny Łowca Onych i Maria Lolita od czasu do czasu posyłają sobie pełne namiętności i tęsknoty spojrzenia, jednak - ponieważ są na służbie - powstrzymują się od jakichkolwiek śmielszych zachowań.


ZDZISŁAW BAUMFELD (uroczyście, poważnie, nawiązując do teorii o istnieniu kilku rodzajów prawdy):

Czy przysięgacie mówić świętą prawdę, szczerą prawdę i tyż prawdę?


WESPAZJAN CIPKA:

Tak. Oraz g***o prawdę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zirytowany):

O to nie pytałem!


WESPAZJAN CIPKA:

Sam ci powiedziałem. To była akurat szczera prawda. Widziałeś kiedyś, żeby jakiś przesłuchiwany był tak szczery z UB-ekiem jak ja?


ZDZISŁAW BAUMFELD (lodowatym tonem):

Towarzyszu, nie jesteśmy ze sobą na “ty”!


WESPAZJAN CIPKA:

A czy jesteśmy towarzyszami?


ZDZISŁAW BAUMFELD (jeszcze bardziej lodowatym tonem):

Zaczynacie mnie denerwować!


WESPAZJAN CIPKA:

Tyż prawda.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ostro, tracąc cierpliwość):

Dobra, koniec tej dyskusji. Nie będę marnował czasu na ceregiele, bo to, czy mówicie prawdę, i tak wyjdzie samo z siebie. Pierwsze pytanie: kto przewodniczył temu zebraniu, które ONI zorganizowali wczorajszej nocy i w którym uczestniczyliście osobiście?


WESPAZJAN CIPKA (ze szczerym zdumieniem):

Jacy ONI?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Chodzi mi o te określone siły**, które wykorzystują was, towarzyszu, do własnych celów.


WESPAZJAN CIPKA (nic nie rozumiejąc):

O jakie określone siły?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

No, o ONYCH. Określone siły to ONI.


WESPAZJAN CIPKA (stanowczo):

Nie mam nic wspólnego z ONYMI.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

G***o prawda. Żaden z ONYCH nie przyznaje się do tego, że jest ONYM.


WESPAZJAN CIPKA (parafrazuje rzymskie przysłowie “Twarde prawo, ale prawo”):

G***o prawda, ale prawda…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (ironicznie):

Aresztant prawdę ci powie!


Zdzisław Baumfeld gwałtownie wstaje z krzesła, aby przestraszyć przesłuchiwanego mężczyznę i zamanifestować swoją złość.


ZDZISŁAW BAUMFELD (z najwyższą pogardą, do Wespazjana):

Gronkowiec!


WESPAZJAN CIPKA (obrażony, zbulwersowany):

Ja jestem gronkowcem?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (sarkastycznie):

Nie, towarzyszu, Lew Trocki!


Łowca Onych z powrotem siada na krześle.


WESPAZJAN CIPKA:

O czym my w ogóle rozmawiamy?


ZDZISŁAW BAUMFELD (groźnie, ostrzegawczo):

Jeszcze nie zaczęliśmy rozmawiać!


WESPAZJAN CIPKA:

Patyczkujemy się od pięciu minut.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Nie, towarzyszu Wespazjanie, to ja was patyczkuję!


WESPAZJAN CIPKA (ze złością, nie przebierając w słowach):

Wsadź sobie w kuper ten patyczek! Ja nie wiem, o co chodzi…


Towarzysz Zdzisław po raz drugi wstaje z krzesła i podchodzi do Cipki, który bynajmniej nie okazuje strachu ani skruchy za swoją bezczelność.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (ze śmiechem, nawiązując do słów aresztowanego):

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze!


WESPAZJAN CIPKA (odważnie, do Baumfelda, podchwytując słowa Archibalda):

Święta prawda. Ile ci płacą, czerwony paciorkowcu, za zawracanie gitary porządnym ludziom?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (wymierzając Wespazjanowi policzek):

Morda w kubeł, tęgoryjcu!


WESPAZJAN CIPKA (nadal grając cynicznego buntownika):

Mam to traktować dosłownie czy uznać za zwykły środek stylistyczny - alegorię lub hiperbolę?


Funkcjonariusz Łowca Onych uderza swoją ofiarę w ucho.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Ej! Ustaliliśmy, że to ja będę zadawał pytania i uzyskiwał na nie odpowiedzi! Wracam do zagadnienia pierwszego: kto przewodniczył tamtemu zebraniu, z którego wczoraj wracaliście?


Wespazjan milczy.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Dlaczego nie odpowiadacie, towarzyszu?


Głucha cisza.


ZDZISŁAW BAUMFELD (groźnie, agresywnie):

Odpowiedzcie na moje pytanie, bo wam wkiełbolę do szpiku kości!


Ponieważ aresztant nadal milczy, Baumfeld uderza go pięścią w głowę. Wespazjan Cipka upada razem z krzesłem, a Zdzisław - lekceważąc zasadę “leżącego się nie bije” - zaczyna go kopać.


WESPAZJAN CIPKA (wyje z bólu):

Aaaauuuuu!!! O co ci chodzi, czerwony pleśniaku?! Sam powiedziałeś “Morda w kubeł”, a teraz bijesz mnie za to, że spełniłem twoje żądanie!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

To była metafora, towarzyszu! Metafora!


Funkcjonariusz UB odsuwa się nieco, aby aresztant mógł się podnieść.


WESPAZJAN CIPKA (wstając z podłogi, podnosząc krzesło i siadając na nim):

A twoje wzmianki o ONYCH to też były metafory czy raczej pytania retoryczne?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (przesłyszawszy się):

Erotyczne?


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Wespazjana Cipki, lekceważąc Archibalda):

Jacy wy jesteście głupi, towarzyszu… Zapamiętam was do końca życia!


WESPAZJAN CIPKA:

Ja ciebie też.


ZDZISŁAW BAUMFELD (nienawistnie):

Patefon!


WESPAZJAN CIPKA:

Wyzywaj mnie dalej…


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Gramofon!


WESPAZJAN CIPKA:

Dalej…


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Adapter!


WESPAZJAN CIPKA (pogardliwie, zaczepnie):

Jakie banalne apostrofy! Na nic więcej cię nie stać, czernidłaku kołpakowaty?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (wyniośle, wracając na swoje miejsce przy biurku):

Stać mnie nawet na dziesięć adapterów, bo jestem UB-ekiem i otrzymuję wynagrodzenie za ciężką, uczciwą pracę na rzecz Ludu, Postępu, Równości i Sprawiedliwości!


WESPAZJAN CIPKA:

Czy to też jakaś metafora?


ZDZISŁAW BAUMFELD (wściekle):

Zaraz będziecie mieli z twarzy metaforę!


WESPAZJAN CIPKA:

Stwierdzenie, że będę miał z twarzy metaforę, samo w sobie jest metaforą.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Chodziło mi o to, że wasza zmasakrowana, zdeformowana facjata będzie groteskową metaforą ludzkiej twarzy.


WESPAZJAN CIPKA (zupełnie niewzruszony):

To są tortury czy lekcja kultury, przygotowująca do matury z literatury?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Na obecnym etapie - to drugie, bo zaczęliście mówić wierszem…


WESPAZJAN CIPKA (zszokowany):

Ja mówię wierszem?! Nonsens! Zrymowało mi się przez przypadek!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (robiąc aluzję literacką do pewnego znanego cytatu):

Dziwne, bardzo dziwne… Dotychczas mieszczanie dowiadywali się, że mówią prozą…


Dłuższa pauza, podczas której Łowca Onych siłą tłumi w sobie gniew, Archibald Moździerz śmieje się z własnego (aczkolwiek bardzo słabego) “żartu“, a Maria Lolita przygląda się Zdzisławowi z fascynacją i uwielbieniem w oczach.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Wespazjana Cipki):

Kiedy wreszcie odpowiecie na moje pytanie, towarzyszu?!


WESPAZJAN CIPKA:

Już ci powiedziałem, że nie mam na ten temat nic do powiedzenia.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (wzdycha, spoglądając na portret Stalina):

O, Stalinie przenajczerwieńszy, widzisz, a nie grzmisz! Pół godziny minęło, a oni nadal są przy pierwszym pytaniu! (Do przesłuchiwanego 24-latka) Towarzyszu Wespazjanie, jak wy przy takim tempie pracy skończyliście liceum?!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Pewnie w ogóle nie skończył…


WESPAZJAN CIPKA (opryskliwie, do Archibalda):

A po co ci to wiedzieć? Jaki to ma związek z tematem przesłuchania?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Żaden. Po prostu byłem ciekaw.


WESPAZJAN CIPKA (mentorskim tonem):

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.


ZDZISŁAW BAUMFELD (kpiąco, do Wespazjana):

Jeszcze zobaczymy, towarzyszu, kto komu zgotuje piekło. Jak na razie, jesteście jedynym, któremu grozi wbijanie igieł pod paznokcie, bicie po stopach albo coś w tym stylu. Pytam: kto przewodniczył zebraniu, które ONI zorganizowali wczorajszej nocy?


WESPAZJAN CIPKA:

Nie wiem, bo mnie na nim nie było.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Radzę wam odpowiedzieć.


WESPAZJAN CIPKA (zniecierpliwiony):

Nie odpowiem, bo nie wiem! Chcesz, żebym kłamał, czy co na świecie?!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Kto przewodniczył tamtemu zebraniu?


WESPAZJAN CIPKA:

Nie wiem.


ZDZISŁAW BAUMFELD i ARCHIBALD MOŹDZIERZ (chórem):

Kto?!


WESPAZJAN CIPKA:

Nie wiem!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Zacięła wam się płyta?!


WESPAZJAN CIPKA (ironicznie):

Wyobraź sobie, że tak! Przecież sam powiedziałeś, że jestem gramofonem!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Towarzyszu, chyba wspominałem coś o metaforze… Oczywiście, wy jak zwykle próbujecie obrócić wszystko w żart, co raczej kiepsko wam wychodzi i czyni was jeszcze głupszym niż jesteście. Przyjmijcie do wiadomości, że czasami robienie dobrej miny do złej gry może nie pasować do powagi sytuacji. I tylko spróbujcie palnąć, że to prowokacja artystyczna albo inna awangarda! Nie przyszedłem tu po to, żeby słuchać wykładów teoretycznoliterackich, tylko po to, by wydobyć z was konkretne informacje na temat ONYCH i ich wczorajszego zebrania.


WESPAZJAN CIPKA (wyprowadzony z równowagi, krzyczy na całe pomieszczenie):

Ale ja nie wiem, kim ONI są! I założę się, że ONI sami słabo się w tym orientują! Kuźwa! (Parafrazując słowa z pewnej zabawnej rozmowy telefonicznej opublikowanej na YouTube.com) “Ty się zastanów: jacy ONI i jakie zebranie!”


ZDZISŁAW BAUMFELD (także wyprowadzony z równowagi):

Towarzyszu Archibaldzie - zróbcie coś z tym chromoplastem!


Towarzysz Moździerz, znany również jako funkcjonariusz Nocna Zmora, podchodzi do Wespazjana Cipki i przez chwilę bije go po plecach. Wówczas rzekomy przedstawiciel ONYCH załamuje się i porzuca maskę wiecznie wyluzowanego buntownika.


WESPAZJAN CIPKA (z rozpaczą):

Cóż mogę wam powiedzieć, skoro nie było mnie na tamtym zebraniu?! Wyszedłem na chwilę z domu, żeby zanieść coś stryjkowi, mieszkającemu dwie ulice dalej, a wy wrobiliście mnie w jakąś działalność konspiracyjną! Przetrzymujecie mnie już dwadzieścia godzin, bijecie, wyzywacie, poniżacie… Nawet nie daliście mi nic do jedzenia!


W pomieszczeniu panuje absolutna cisza, przerywana jedynie przez odgłosy kroków dwojga komunistów, którzy spacerują po UB-eckiej piwnicy. Wespazjan zaczyna płakać jak dziecko, a Maria Lolita, wykorzystując chwilę spokoju, posyła Baumfeldowi całusa oraz trzepocze do niego rzęsami. Zdzisław uśmiecha się do niej zalotnie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (po długim milczeniu, do Cipki, dosyć łagodnym tonem):

Towarzyszu, jeśli powiecie mi, jak się nazywa i gdzie mieszka ten wasz stryjek, to dostaniecie coś do żarcia.


WESPAZJAN CIPKA (bez wahania):

Stryjek ma na imię Siestrzemił… Siestrzemił Cipka… Mieszka przy ulicy Czerwonej Podwiązki 14... Ma żonę Trzebiesławę, syna Bożeciecha oraz trzy córki: Cirzpisławę, Dziadumiłę i Niesiebądkę…


ZDZISŁAW BAUMFELD (zapisując informacje w zeszycie):

Siestrzemił Cipka, tak? Ulica Czerwonej Podwiązki… ile?


WESPAZJAN CIPKA:

Czternaście…


ZDZISŁAW BAUMFELD (zapisuje):

Czternaście. (Do przesłuchiwanego, chcąc się upewnić, czy dobrze zapamiętał pozostałe dane) Żona Trzebiesława, syn Bożeciech, córki: Cirzpisława, Dziadumiła i… kto? Kogo on tam jeszcze ma, towarzyszu?


WESPAZJAN CIPKA:

Niesiebądkę…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (przesłyszawszy się):

Kto niesie bombkę?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (zapisując ostatnie słowo):

Niesiebądkę. W porządku.


Funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa wstaje z krzesła i idzie w stronę drzwi.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do wszystkich zgromadzonych):

Obywatele, muszę na chwilę wyjść, aby osobiście przygotować dla naszego towarzysza coś specjalnego. Właściwie, mógłbym zlecić to zadanie Tajnym Współpracownikom, ale chcę, by towarzysz Wespazjan Cipka przekonał się, jak bardzo mi na nim zależy i jak wiele dobrego potrafię dla niego uczynić. (Kładąc rękę na klamce, spogląda na pozostałe osoby, uśmiecha się cynicznie i mówi dokładnie takim tonem jak filmowy Terminator) “I’ll be back!”


Po tych słowach funkcjonariusz Łowca Onych wychodzi z katowni, zostawiając przygnębionego aresztanta z dwojgiem komunistów. Maria Lolita wzdycha smutno, jak gdyby chwilowe rozstanie ze Zdzisławem miało być dla niej trudnym przeżyciem.



SCENA TRZECIA



Czas akcji: rok 1948
Miejsce akcji: to samo co w poprzedniej scenie

Miejscem wydarzeń jest dokładnie ta sama piwnica, którą widzieliśmy w scenie drugiej. Różnica polega na tym, że teraz w pomieszczeniu jest jasno - mała lampka została zgaszona na rzecz centralnego oświetlenia. Sala przesłuchań, chociaż obskurna i słabo wyposażona, nie wygląda już aż tak strasznie jak przedtem. Wespazjan Cipka siedzi na krześle i nie wydaje z siebie żadnych dźwięków, natomiast Archibald Moździerz bez większego zainteresowania przegląda papiery na biurku. Jeśli chodzi o Marię Lolitę, siedzi ona na jednym z krzeseł przy ścianie.


MARIA LOLITA (przerywając długie milczenie):

Coś długo nie ma tego Zdzisia… Powiedział, że wychodzi na chwilę i przepadł jak kamień w wodę… (Do Archibalda) Zaczynam się nudzić, towarzyszu Moździerz. Jeśli Zdzisio nie wróci w ciągu najbliższych pięciu minut, wezmę nogi w troki i pobiegnę go szukać.


WESPAZJAN CIPKA (znowu bezczelnie spoufala się z prześladowcami):

Zdzisiek obiecał, że przygotuje dla mnie coś specjalnego. Nie dziwię się, że tak długo nie wraca, bo bez pracy nie ma kołaczy.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Dokładnie. Nie od razu Kraków zbudowano.


MARIA LOLITA (zbulwersowana, do Cipki):

Coście powiedzieli? “Zdzisiek”?! Dla was, obywatelu, to Towarzysz Podporucznik Zdzisław Baumfeld albo po prostu Funkcjonariusz UB Łowca Onych!


WESPAZJAN CIPKA:

A ty - kim jesteś?


MARIA LOLITA (skromnie, jakby od niechcenia):

Ech, ja jestem tylko Tajną Współpracowniczką. Właściwie, nie powinno mnie tutaj być, ale Zdzisław zgodził się, bym mu towarzyszyła podczas pracy, bo nie mogę bez niego wytrzymać.


WESPAZJAN CIPKA:

Jaka z ciebie Tajna Współpracowniczka, skoro już się ujawniłaś?


MARIA LOLITA (zawstydzona):

Och, dajcie mi spokój, towarzyszu! Jestem tu wyłącznie dla Zdzisia! No, prawie wyłącznie… Ja też mam komunistyczne poglądy, Zdzisio przekonał mnie do nich już dawno. Myślę, że wszystko idzie w dobrym kierunku. To znaczy… patrzę w przyszłość z optymizmem, rozumiecie? Wydaje mi się, że kiedyś świat będzie taki, o jakim Zdzisio opowiada podczas spotkań w marksistowskim gronie. Ja mu ufam, towarzyszu. Zdzisio nie może się mylić.


WESPAZJAN CIPKA (szczerze zaciekawiony):

Jesteś kochanką Zdzisława Baumfelda?


Kobieta krzywi się z niesmakiem.


MARIA LOLITA:

Szczerze mówiąc, wolę określenie “dziewczyna”. Tak… “Dziewczyna” to idealne słowo…


WESPAZJAN CIPKA (wzdycha):

Jakaż ta miłość musi być ślepa… No, bo jak wyjaśnić fakt, że młoda, delikatna kobitka spotyka się z takim brutalnym łajdakiem, który pasuje do niej jak wiersz “Rzygające posągi” Brunona Jasieńskiego do uroczystości pogrzebowych albo obraz “Sen spowodowany lotem pszczoły wokół jabłka granatu na jedną sekundę przed przebudzeniem” Salvadora Dalego do kaplicy szpitalnej?!


MARIA LOLITA (urażona, wyniośle):

Proszę, towarzyszu, zachowujcie swoje uwagi dla siebie! Zdzisio to cudowny człowiek, który mnie kocha!


WESPAZJAN CIPKA:

W aucie, w sianie czy na dywanie?


MARIA LOLITA (obrażając się):

Hydrofit!


Po tym wyzwisku znowu następuje nieprzyjemne milczenie. Archibald Moździerz, który najwyraźniej też się nudzi, podchodzi do portretu przywódcy ZSRR i wpatruje się weń przez chwilę.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (wzdychając, do obrazu):

O, Stalinie przenajczerwieńszy, miej cierpliwość nad nami!…


W pewnym momencie Maria Lolita podchodzi do Wespazjana i spogląda na niego w dziwny, intrygujący sposób. Podczas gdy kobieta przemawia do aresztanta, w tle gra kompozycja “Clubbed To Death” z pierwszej części filmu “Matrix” (słyszalna TYLKO dla widzów!).


MARIA LOLITA (konspiracyjnym tonem, dostosowując tempo do muzyki):

Myśleliście kiedyś o tym, towarzyszu, że wasz mały światek może nie być prawdziwy? Że wizja rzeczywistości, którą wmawiali wam w dzieciństwie rodzice i księża, może być zwykłą iluzją? Czy nie chcielibyście poznać prawdy? (Strasznym głosem, wyprzedzając swoją epokę o jakieś 50 lat) Matrix was więzi!


WESPAZJAN CIPKA (ponuro, z niesmakiem):

UB mnie więzi…


Kochanka Łowcy Onych wyjmuje z lewej kieszeni czerwoną tabletkę, a z prawej - niebieską.


MARIA LOLITA (wyciągając do Wespazjana dłonie z tabletkami i naśladując sposób mówienia Morfeusza):

Wybierzcie czerwoną pigułkę, a pokażę wam prawdziwy świat i uczynię was wojownikiem rewolucji. Wybierzcie niebieską, a pozostaniecie przy swoich błędnych poglądach i poniesiecie klęskę jako wróg ludu. Królicza nora stoi dla was otworem. To od was zależy, czy zdecydujecie się poznać prawdę czy opowiecie się po stronie fikcji. Czerwona pigułka to oświecenie i rewolucja. Niebieska to reakcja i sabotaż. Nadeszła chwila, w której musicie podjąć ostateczną decyzję.


Wespazjan Cipka bardzo, bardzo powoli wyciąga rękę w stronę czerwonej pigułki i już ma ją chwycić, kiedy komunistka kieruje do niego słowa ostrzeżenia.


MARIA LOLITA (w ostatniej chwili):

Pamiętajcie, towarzyszu, że macie tylko jedną szansę. A kto nie jest z nami, jest przeciwko nam.


Cipka, nie cofając ręki, zamiera w bezruchu, jakby pojawiły się w jego głowie jakieś wątpliwości. Nagle mężczyzna zmienia zdanie, błyskawicznie chwyta tabletkę niebieską, wrzuca ją sobie do ust i połyka. Kompozycja “Clubbed To Death” urywa się jak Hejnał Mariacki. Parodia filmu “Matrix” dobiega końca.


MARIA LOLITA (oburzona i zszokowana, chowając czerwoną pigułkę z powrotem do kieszeni):

A to skurczybyk! Jaki bezczelny!


W tej samej chwili wchodzą do sali przesłuchań dwaj UB-ecy: 38-letni towarzysz Fulgencjusz (który otwiera drzwi) oraz Zdzisław Baumfeld, niosący miskę gorącej zupy.


ZDZISŁAW BAUMFELD (wesoło, do Wespazjana):

A nie mówiłem, towarzyszu, że przyniosę wam coś na ząb? To w nagrodę za piękne zeznanie, dotyczące waszego wujka i jego rodziny! Nasi funkcjonariusze już tam jadą… z wizytą.


Wespazjan nie wygląda na zadowolonego z faktu, iż przedstawiciele Urzędu Bezpieczeństwa interesują się jego rodziną, jednak wyraźnie ożywia się na widok jedzenia. Łowca Onych kładzie miskę na biurku, a aresztant przysuwa się z krzesłem do prowizorycznego “stołu”, mówi Baumfeldowi: “Dziękuję” i zaczyna jeść. Kiedy UB-ek odchodzi od biurka, Maria Lolita bez ostrzeżenia rzuca się w jego ramiona.


MARIA LOLITA (piskliwie, do Zdzisława):

Och, Zdzisiu, tak za tobą tęskniłam! Nie zostawiaj mnie więcej w takich miejscach, ja się ich boję! Dlaczego nie zabrałeś mnie ze sobą?! Myślałam, że uschnę z tęsknoty!


ZDZISŁAW BAUMFELD (mocno przytulając kobietę):

Obiecuję, że już nigdy więcej cię nie zostawię! Obiecuję!


MARIA LOLITA:

Pocałuj mnie, Zdzisiu!


Łowca Onych i Maria Lolita, całując się, wykonują kilka kroków w stronę ściany. W pewnym momencie kobieta opiera się plecami o mur, a jej kochanek wyraźnie zaczyna się do niej dobierać. Archibald Moździerz, który bacznie obserwuje tę scenę, postanawia interweniować.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (ostro, despotycznie):

Ej! Co tu się dzieje?! To ma być utwór SCENICZNY, a nie OB-SCENICZNY!


Zdzisław i Maria Lolita odskakują od siebie jak oparzeni, a potem - wyraźnie zawstydzeni - rozchodzą się po pomieszczeniu. Od tej pory mężczyzna i kobieta nawet na siebie nie patrzą. Tymczasem Wespazjan Cipka wielkimi krokami zbliża się do końca jedzenia.


ZDZISŁAW BAUMFELD (widząc, że aresztowany włożył sobie do ust ostatnią łyżkę strawy):

I co, towarzyszu? Smakuje?


Wespazjan nie może odpowiedzieć słowami, toteż kiwa głową twierdząco.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Świetnie. A chcecie wiedzieć, co żeście zjedli? (Głośno, na całą salę) ZUPĘ Z KOTA!!!


24-latek gwałtownie wypluwa to, co miał w ustach i zaczyna kasłać. Potem wstaje z krzesła i samodzielnie klepie się po plecach, jakby chciał wykrztusić z siebie resztki paskudztwa. Maria Lolita jest tak wstrząśnięta, że zamiera w bezruchu, Zdzisław i towarzysz Fulgencjusz głośno się śmieją ze swojego “dowcipu”, a Archibald Moździerz nieśmiało chichocze. Kiedy Wespazjan powraca do siebie, krzyczy: “Ty podły, pokiełbolony, czerwony socjopato! Żeby cię tak pokręciło!”, po czym podbiega do Baumfelda i zaczyna go szarpać, odrywając mu od munduru jeden guzik.


TOWARZYSZ FULGENCJUSZ (zachłystując się zachwytem, dokładnie takim tonem jak bohater pewnego zabawnego filmiku opublikowanego na YouTube.com):

“Ale urrrwał! Ale to było dobre!”


Funkcjonariusz Łowca Onych z całej siły uderza aresztanta w głowę, a ten upada na podłogę. Wówczas podbiegają do Cipki Archibald i Fulgencjusz, którzy biją go przez chwilę, aby go uspokoić. Potem podnoszą swoją ofiarę i sadzają z powrotem na krześle. Wespazjan natychmiast pokornieje i rezygnuje z dalszej walki.


MARIA LOLITA (do Łowcy Onych, lodowatym, wyniosłym tonem, przywodzącym na myśl nadętą arystokratkę zwracającą się do niezdarnego lokaja):

Zdzisławie! Zdzisławie, podejdź tu na moment!


Towarzysz Baumfeld spełnia polecenie swojej kochanki.


MARIA LOLITA (tym samym, “damulkowatym” tonem):

Zdzisławie, chciałabym z tobą pomówić. Co ma znaczyć ta “zupa z kota”?


ZDZISŁAW BAUMFELD (chichocząc):

To, co usłyszałaś, hehehe… Zrobiłem ONEMU dowcip i podałem mu zupę z kota. Chyba miałem do tego prawo, nie? Wszyscy… no, wielu UB-eków stosuje tortury. Dlaczego ja miałbym się wyróżniać?


MARIA LOLITA:

Zdzisławie, nie chciałabym niczego insynuować, ale onegdaj zaginął mi kot. Proszę, powiedz mi, jak wyglądało zwierzę, które z zimną krwią zamordowałeś?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Prawdę powiedziawszy, nie przyglądałem mu się zbyt uważnie, hehehe… To był czarny kot… Duży… Hehehe… Bardzo puszysty…


MARIA LOLITA:

Duży, czarny kot? Bardzo puszysty? Z białą plamką na główce?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Tak, z białą plamką na główce. A o co chodzi?


MARIA LOLITA (szybko, piskliwym głosikiem):

To był mój Mruczek!!!


Maria Lolita wybucha głośnym, dziecinnym płaczem. Oprócz niej, nikt nie wydaje z siebie żadnych dźwięków. Wespazjan Cipka odwraca wzrok i spuszcza głowę.


MARIA LOLITA (zanosząc się płaczem):

Morderca! Zabił mojego ukochanego kota! Morderca! Co ja teraz zrobię?! Mruczek był dla mnie wszystkim! Moim słońcem! Moim skarbem! Co ja teraz zrobię?! Ach, morderca, morderca, morderca!…


Funkcjonariusz Łowca Onych próbuje przytulić kobietę, jednak ta mu się wyrywa i ucieka na drugi koniec sceny. Aresztowany 24-latek ukrywa twarz w dłoniach.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (stanowczo, wyzywająco):

Nie płakałem po Mruczku!


MARIA LOLITA (ze złością, przez łzy):

Zamknijcie się, towarzyszu Moździerz! To nie czas na żarty!


Kochanka Baumfelda pada na jedno z krzeseł i - podobnie jak Cipka - ukrywa twarz w dłoniach (nadal łkając i szlochając). Zdzisław bez namysłu siada obok niej i obejmuje ją ramieniem. Tym razem Maria Lolita nie protestuje.


MARIA LOLITA (z pretensją w głosie):

Zdzisiu, jak mogłeś mi to zrobić?! Jak mogłeś?! Przecież ja zawsze byłam dobra dla twojego psa Doriana i suczki Lei!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Wybacz mi, Mario Lolito… Nie miałem pojęcia, że to twój kot…


MARIA LOLITA:

A Wespazjan Cipka? Dlaczego mu nie powiedziałeś, z czego zrobiłeś tę zupę?


ZDZISŁAW BAUMFELD (pogardliwie, zerkając z wyższością na aresztanta):

Ten zimoziół powinien był sam się zastanowić, co bierze do ust. A gdyby specjał mojej kuchni był zatruty? Pewnie towarzysz Cipka już dawno by nie żył! Nie wiem, jak jemu, ale mnie nieustannie powtarzano, że od czasu do czasu należy zadać sobie pytanie: “Czy wiesz, co jesz?”.


TOWARZYSZ FULGENCJUSZ:

A mnie zawsze uczono: “Jesteś tym, co jesz”!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (cytuje inną maksymę):

“Powiedz mi, co lubisz, a powiem ci, jaki jesteś”


MARIA LOLITA (obrusza się):

Towarzysze, czy wy naprawdę nie potraficie zachować powagi?!


Zdzisław Baumfeld całuje Marię Lolitę w głowę.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Och, Marysiu, my po prostu chcemy podnieść cię na duchu…


MARIA LOLITA (ze złością i niedowierzaniem):

Sam zabiłeś mojego kota, a teraz mówisz, że chcesz mnie podnieść na duchu?! Ty chyba siebie nie słyszysz, Zdzisław! Doprawdy, jestem bardzo niemile zaskoczona twoją postawą! Zachowujesz się jak maturzysta!


Kobieta wstaje z krzesła i podchodzi do Wespazjana Cipki. Aresztowany mężczyzna także wstaje. Zdzisław Baumfeld wyjmuje z szafki od biurka krótką, czarną tasiemkę, a potem - za pomocą agrafki - przypina ją sobie do munduru na znak żałoby. Następnie Łowca Onych robi dwie kolejne, funeralne wstążeczki i wręcza je pozostałym UB-ekom.


MARIA LOLITA (pochylając się i patrząc na brzuch Wespazjana):

Mruczku… Mruczku, jeśli mnie słyszysz… Mam nadzieję, że po tej stronie jest ci lepiej, że już nikt nie zakłóca twojego spokoju… Wybacz, że nie było mnie przy tobie w tych ostatnich chwilach… Że nie zdążyłam się z tobą pożegać… Jeśli kiedyś będzie nam dane spotkać się ponownie… Wytłumaczę ci wszystko… Od początku do końca… (Prostuje się i kieruje dalszą część monologu do Cipki) Towarzyszu Wespazjanie, wasz układ pokarmowy jest miejscem ostatniego spoczynku mojego ukochanego kotka. Proszę, opiekujcie się Mruczkiem, dopóki proces defekacji was nie rozłączy. Bycie żywym, zwierzęcym cmentarzem to ogromna odpowiedzialność.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (złośliwie, poprawiając czarną wstążeczkę, którą przypiął sobie do munduru):

A kiedy ekshumacja zwłok?!


MARIA LOLITA (z pogardą, do Moździerza):

Glista końska!


TOWARZYSZ FULGENCJUSZ (śpiewa kościelnym głosem):

“Anielski orszak niech twą duszę przyjmie,
uniesie z ziemi ku wyżynom nieba.
A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi
aż przed oblicze Boga Najwyższego”


WESPAZJAN CIPKA:

Amen.


Maria Lolita wychodzi na środek sceny i popełnia kolejny gruby anachronizm - w niezwykle wzruszający, emocjonalny, chwytający za serce sposób wykonuje piosenkę “Bittersweet” (“Słodko-gorzka”) holenderskiego zespołu Within Temptation (NIE mylić z utworem grupy Apocalyptica pod tym samym tytułem!). Kiedy kobieta kończy śpiewać, odsuwa się na bok, a jej miejsce na środku sceny zajmuje Łowca Onych.


ZDZISŁAW BAUMFELD (uroczyście, do wszystkich zgromadzonych):

Słuchajcie, obywatele! Skoro już pogrążyliśmy się w zbiorowej żałobie, to może byśmy zorganizowali małą stypę ku pamięci Mruczka? Myślę, że w obecnej sytuacji jest to najlepsze, co możemy zrobić. Marysiu, co ty na to? (Widząc, że Maria Lolita uśmiecha się przez łzy i kiwa głową) Zgadzasz się. Bardzo dobrze. Towarzysz Fulgencjusz zaraz pobiegnie po wódkę i coś słodkiego. Jeśli Wespazjan Cipka wyrazi taką chęć, on także będzie mógł uczestniczyć w smutnych uroczystościach stypowych. W obliczu tej niewypowiedzianej tragedii, która się dzisiaj wydarzyła, powinniśmy być solidarni oraz zrezygnować ze sztucznego podziału na “swoich” i “ONYCH”. Nie sposób się ze mną nie zgodzić. Towarzyszu Fulgencjuszu - lećcie po “wodę ognistą“! I zaproście kogoś do towarzystwa!


Towarzysz Fulgencjusz salutuje i wychodzi z sali przesłuchań.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (śmieje się):

Cha, cha, cha! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Błagajmy los o to, towarzysze, żebyśmy mieli więcej okazji do urządzania styp! Nie wiem, jak wy, ale ja zawsze uwielbiałem takie prywatki! Hej, dlaczego wytrzeszczacie oczy?! Mówię to, co myślę! Mam specyficzne poczucie humoru, groteska wasza mać!


WESPAZJAN CIPKA (chichocząc, do UB-eków):

Powiem tak: towarzysz Archibald Moździerz jest Mistrzem Drugiego Planu i powinien dostać Oscara. Naprawdę! Należy mu się Nagroda Akademii Filmowej za najlepszą drugoplanową rolę męską!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Za to wy, towarzyszu Wespazjanie, powinniście dostać Medal za Odwagę, bo jeszcze nigdy nie widziałem, by ktokolwiek pozwalał sobie na kąśliwe uwagi pod adresem funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Jeśli ja jestem Mistrzem Drugiego Planu, to wy jesteście Mistrzem Ciętej Riposty!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Ja proponuję uhonorować Medalem za Odwagę Marię Lolitę, ponieważ dzielnie zniosła ból i rozpacz po stracie ukochanego kotka.


MARIA LOLITA (przytulając się czule do Baumfelda):

Moim zdaniem, Zdzisio powinien otrzymać Pokojową Nagrodę Nobla za pojednanie UB-eków z ONYMI i zaproszenie Wespazjana Cipki do udziału w stypie. (Smutno) Ech, szkoda, że Mruczka już nie można nagrodzić…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

A towarzysz Fulgencjusz? Czy już o nim zapomnieliście? A co z kierowcą czarnej wołgi? On też od macochy?


ZDZISŁAW BAUMFELD (obruszając się lekko, do Archibalda):

Eeee tam, “od macochy”! Myślę, że obaj zasłużyli na duuużą czekoladę!


WESPAZJAN CIPKA:

No proszę, jak się miło zrobiło… A dopiero mnie torturowali, wyzywali od patefonów, grozili biciem po stopach i wbijaniem igieł pod paznokcie!


ZDZISŁAW BAUMFELD (siląc się na to, by być przekonującym):

To była zabawa.


WESPAZJAN CIPKA:

Zależy, dla kogo.


MARIA LOLITA (ostro, despotycznym tonem):

Ej! Co to za przekomarzania?! Znowu zaczynacie się kłócić?!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Nie zaczynamy się kłócić. Po prostu dyskutujemy. Chyba nie ma w tym nic złego, prawda?


MARIA LOLITA (krzywiąc się):

No, chyba nie. Swoją drogą, i tak wolę to niż obłudę, hipokryzję i zakłamanie do potęgi ósmej.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Mario Lolito, nie tobie oceniać, czy to, co się tutaj działo, dzieje i będzie dziać, jest właściwe. To historia nas osądzi. Mamy rok 1948. Spotkamy się, dajmy na to, za sześćdziesiąt lat i dopiero wtedy będziemy mogli orzec, czy nasze czyny były słuszne i potrzebne. Jednak dzisiaj, moja droga Marysiu, powinniśmy się powstrzymywać od wszelkich komentarzy. Tak. Ufam, że przyjmiesz to do wiadomości.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (z zachwytem):

Funkcjonariusz Łowca Onych - autorytet moralny!


Kochanka Zdzisława Baumfelda siada na jednym z krzeseł i ostro wzdycha z irytacji.


MARIA LOLITA (głęboko niezadowolona, oburzona):

To woła o pomstę do Moskwy!!!


WESPAZJAN CIPKA (bardzo wyraźnie, głośno, powoli, jakby chciał przypieczętować okrzyk Marii Lolity, odnoszący się do treści całego utworu):

Święta prawda.



K O N I E C

Natalia Julia Nowak,
16-22 kwietnia 2010 r.




-----------------PRZYPISY-----------------

* "Oni – tajne stowarzyszenie pozarządowe, mające na celu zawładnięcie światem. Gdy nie wiadomo, kto jest sprawcą jakiejś afery, to za wszystkim stoją Oni. Nikt niewtajemniczony nie wie, kim są Oni, mało kto wie o ich istnieniu, dlatego nazywa ich się Onymi" (źródło: Nonsensopedia.wikia.com)

** "Określenie Określone siły określa nieokreślone siły, o których wiadomo tylko tyle, że są określone" (źródło: Spieprzajdziadu.com)



Więcej Komentarz

Blog :

Muzyka Przeciwko Aborcji

Gdyby ktoś powiedział, że w krótkich formach filmowych, jakimi są teledyski, pokazuje się wyłącznie taniec, śpiew i proste, zazwyczaj pozbawione sensu scenki, byłby w błędzie. Napisałam już o tym w moim długim artykule pt. “Teledyski, małe dzieła sztuki”, który można znaleźć w Internecie (tekst zawiera analizy i interpretacje kilku video clipów, poruszających poważne tematy i zachęcających odbiorców do refleksji).

Więcej Komentarz

Blog :

rysunek i malarstwo

Więcej Komentarz

Blog :

Libre Daimon

Gdzieś pośród pola krwi, w nagiej otchłani usianej przedwiecznym jękiem potępionych, gdzieś poza czasem, błąkał się Apollyon. Nie nasycony ,,Anioł Czeluści’’ narodzony z całej rzeszy martwych płodów, został skazany na ciągłą tułaczkę w ciemności. Jemu jednemu dane jest ciągłe poznanie, ciągłe dochodzenie do pierwotnej drogi, która zwie się Genezis Demonicum.

Więcej Komentarz

Blog :

Odyssey 5

Odyssey 5

Więcej Komentarz

Blog :

Zapamiętajmy 10 kwietnia 2010





Więcej Komentarz

Blog :

Dziesięć grzechów głównych

Ostatni raz u spowiedzi byłam w zeszłym stuleciu. Wysłuchaj mnie, ojcze.

Więcej Komentarz

Blog :

My Dying Bride - For Lies I Sire

Po pierwsze konsternacja. Okładka rewelacyjna, nieziemska, eteryczna... Ale czy może to tylko oprawa?

Więcej Komentarz

Blog :

Demony przeszłości demonów c.d.

Zapadła noc. Czarna siedziała przed lustrem rozczesując swoje długie, ciemne włosy i wpatrywała się w swoje odbicie. Pobladła jeszcze bardziej niż zwykle twarz, podkrążone, "przyozdobione" cieniami oczy, prawie białe usta. Oto co robi z człowieka udręczanie się - pomyślała cynicznie się uśmiechając. Nagle poczuła na twarzy powiew zimnego powietrza. Odwróciła się w stronę okna i spostrzegła, że jest uchylone.
- Irichtiam? - zapytała w przestrzeń, aż jej głos odbił się słabym echem.
- To ja, siostro - miauknął jej szary, pręgowany kot - Kacapy idą, kacapy - miauknął nerwowo, jakby ostrzegawczo, po czym zniknął w odmętach ciemności.
- Stój, co ty pleciesz? Dokąd to? - Czarna wychyliła się przez okno, aby choć wzrokiem dogonić kota, jednak dostrzegła tylko niewyraźny, migający cień. Nie zastanawiając się jednak ani chwili, wyskoczyła przez okno w koszuli nocnej i pobiegła w kierunku widzianego cienia. To nie było zwykłe kocie miauczenie, to było wołanie o pomoc i Czarna czuła to całym swoim roztrzęsionym sercem.
- Gdzie jesteś, kocie?!- zawołała przedzierając się przez jakieś chaszcze, biegnąc prawie w całkowitych ciemnościach, po omacku.
-Kacapy! - miauknął nagle kot wyrastając przed nią dosłownie znikąd. Czarna zachwiała się tracąc równowagę po czym zaczęła spadać w dół ześlizgując ze skarpy. Wtedy straciła przytomność.
Kiedy ją odzyskała zaczęło już świtać. Spostrzegła, iż leży na jakimś betonie i ma poodzierane ręce, nogi i podartą brudną od ziemi i krwi koszulę.
- Dobrze się spało? - wtedy z ciemności wyłoniła się postać. Czarna dobrze znała ten głos, jednak nie mogła uwierzyć, że to mogłaby być właśnie ta osoba. Podniosła się szybko i przetarła oczy aby lepiej widzieć. Jednak nie myliła się. Znienawidzona postać bolszewickiego pochodzenia kroczyła w jej kierunku stukając obcasami.
- Zaskoczona? - zaśmiała się młoda kobieta potrząsając burzą rudych loków - Zabrakło Ci języka w gębie? No cóż, nigdy nie byłaś zbyt gadatliwa, ale myślałam, że przez tyle lat się zmienisz -
- Jak mnie znalazłaś? - Czarna próbowała dumnie wstać, ale była zbyt obolała.
- Cóż... Twoja słabość do kotów...- ruda przewróciła oczami wskazując palcem na zebrane dookoła nich zwinięte ze strachu nieruchome figurki o świecących oczach. - Jakaś ty głupia... No tak. Poczekaj. Czy to dlatego Cię nie chciał? - zaśmiała się.
- Nie mów...-
- Milcz! - wrzasnęła ruda rzucając przed Czarną szable, która z brzękiem odbiła się od betonu - Podnieś to!-
- Oszalałaś!- teraz Czarna się zaśmiała - Co chcesz zrobić? -
- Wyrównamy rachunki - ruda wyciągnęła drugą szable i wymierzyła ją w przeciwniczkę.
- Widzę, że nie tylko ja żyję przeszłością - Czarna spojrzała na nią z nienawiścią.
- Chyba nie myślisz, że o tym zapomniałam?! - na twarzy rudej pojawiła się wściekłość - Nie, ty nie myślisz w ogóle. Dlatego wolał mnie od Ciebie. To mnie wybrał, ty mała, żałosna, zazdrosna wywłoko! Walcz! - zamachnęła się, ale nie widząc reakcji przeciwniczki zatrzymała ostrze szabli przy jej twarzy.
- No dalej. Zabij mnie. Zasłużyłam przecież. Odebrałam ci ukochanego.- Czarna spojrzała z pogardą w zielone oczy rudej. - Nie masz odwagi? Rozdzieliłam was przecież - zaśmiała się cynicznie.
- Nie. Nie rozdzieliłaś. Jesteśmy znów razem.- rozpłakała się ruda.- Ktoś taki jak ty nigdy nie mógłby nam stanąć na przeszkodzie.-
- Kłamiesz. - Czarna nie przestawała się uśmiechać. - On nic nie pamięta. Wiem, bo z nim rozmawiałam. Zapomniał. Chciał zapomnieć. O Tobie też. -
- Nie prawda! - wrzasnęła ruda jeszcze raz biorąc zamach na Czarną, lecz nagle osunęła się na ziemię, a z ust popłynęła jej krew.
- Prawda - Czarna przybliżyła się do niej, by sprawdzić co się stało - Chciał zapomnieć o Tobie i swoim życiu, tak jak ty teraz chcesz zapomnieć o swoim nic nie wartym, zmarnowanym bezsensownymi marzeniami żywocie- wyszeptała jej do ucha patrząc, jak umiera ściskając w dłoni szable.
- Nie żyje? - z ciemności wyłonił się Irichtiam.
- Dlaczego to zrobiłeś? - Czarna spojrzała na niego z wyrzutem.
- Chciała cię zabić. Poza tym... wiesz przecież - pomógł siostrze wstać po czym wyciągnął sztylet z pleców rudej - To moje. -
- I co teraz, mądralo? Kiedy to się skończy? - westchnęła Czarna obejmując brata. Ten nic nie odpowiedział odprowadzając ją ostrożnie do domu. - Zaraz.- zaniepokoiła się w pewnym momencie - Kot miauczał " kacapy"...

Więcej Komentarz

Blog :

Game over

.
.
.

Więcej Komentarz

Blog :

Carlos Ruiz Zafon - Marina

Piętnaście lat później nawiedziło mnie wspomnienie tamtego dnia. Zobaczyłem chłopca błądzącego pośród mgieł spowijających dworzec Francia i imię Marina zabolało znowu jak świeża rana. Wszyscy skrywamy w najgłębszych zakamarkach duszy jakiś sekret. A oto moja tajemnica.

Więcej Komentarz

Blog :

2010-04-08 19:50:08

Już nie na naście, samotność, macierzyństwo, koniec świata.

Więcej Komentarz

Blog :

Przyjdź Do Mego Snu... znowu

Generalnie wiersze, czy też raczej teksty Nick Cave'a są z reguły mocno katolickie, ale zawsze średnio mi to przeszkadzało.
Teraz kiedy nastrój mi towarzyszy taki, a nie inny, dobrze mi się je czyta.
Nawet jeden utkwił mi teraz w głowie, kiedy tak sobie myślę przed snem o tych wszystkich rzeczach, które nie ułatwiają zasypiania.

Trochę jak modlitwa, przeprosiny, taka mała tęsknota...





C



PRZYJDŹ DO MEGO SNU

Teraz, gdy góry bezsensownych słów
I oceany nas rozdzielają
I obydwoje mamy własne konstelacje gwiazd
Kojących nas i prowadzących
Przyjdź do mego snu
Przyjdź do mego snu
Osusz łzy i nie szlochaj
Przyjdź do mego snu

Przypłyń do mnie przez głębokie, błękitne morze
Na żaglowcach rozsypanych gwiazd
Przyleć do mnie przez tę noc rozświetloną miłością
Przebądź tysiące mil
I przyjdź do mego snu
Przyjdź do mego snu
Gdy północ blisko i cienie pełzają
Przyjdź do mego snu

Zwiąż me sny splątanymi włosami
Bo moje serce jest zbolałe, kochanie
Zwiąż me sny splątanymi włosami
A smutek przeminie, kochanie

Zbierz swe oskarżenia i zarzuty
I ciśnij je w błękit morza
Zostaw żale i niemożliwe pragnienia
Rozsyp je za sobą na niebie
I przyjdź do mego snu
Przyjdź do mego snu
Utulić mą duszę i podtrzymać
Przyjdź do mego snu
Osusz oczy i przyjdź do mego snu


C



I składając łzy na poduszce, mogę próbować znów zasnąć...

Więcej Komentarz

Blog :

Święta, leń i koniec mitu Star Trek TNG

ni ma streszczenia - poszło się po krzakach wycierać

Więcej Komentarz

Blog :

Nie tak miało być ! ;-(

Kanał
 Kanał
  Kanał
   Kanał
    Kanał
     Kanał
      Kanał
       Kanał
        Kanał
         Kanał
          Kanał
           Kanał
            Kanał
             Kanał
              Kanał
               Kanał
                Kanał
                 Kanał
                  Kanał
                   Kanał
                    Kanał
                     Kanał
                      Kanał
                       Kanał
                        Kanał
                         Kanał
                          Kanał
                           Kanał
                            Kanał
                             Kanał
                              Kanał
                               Kanał
                                Kanał
                                 Kanał
                                  Kanał
                                   Kanał
                                    Kanał
                                     Kanał
                                      Kanał
                                       Kanał
                                        Kanał
                                         Kanał
                                          Kanał
                                           Kanał
                                            Kanał
                                             Kanał
                                              Kanał
                                               Kanał
                                                Kanał
                                                 Kanał
                                                  Kanał
                                                   Kanał
                                                    Kanał
                                                     Kanał
                                                      Kanał
                                                       Kanał
                                                        Kanał
                                                         Kanał
                                                          Kanał
                                                           Kanał
                                                            Kanał
                                                             Kanał
                                                              Kanał
                                                               Kanał
                                                                Kanał
                                                                 Kanał
                                                                  Kanał
                                                                   Kanał
                                                                    Kanał
                                                                     Kanał
                                                                      Kanał
                                                                       Kanał
                                                                        Kanał
                                                                         Kanał
                                                                          Kanał
                                                                           Kanał
                                                                            Kanał
                                                                             Kanał
                                                                              Kanał
                                                                               Kanał
                                                                                Kanał
                                                                                 Kanał
                                                                                  Kanał
                                                                                   Kanał
                                                                                    Kanał
                                                                                     Kanał
                                                                                      Kanał
                                                                                       Kanał...
                                                                                       
                                                                                      

Więcej Komentarz

Blog :

"Wierze w siebie, a nie w boga..."

Więcej Komentarz

Blog :

Czas nie leczy ale zmienia

Czas nie leczy ale zmienia...

Więcej Komentarz

Blog :

Międzynarodowy Dzień Ptaków

Nastał wreszcie ten dzień. 1 kwietnia czy też prima aprilis, jak kto woli.
 Dzień w którym można mówić różne głupie rzeczy, jakie przyjdą nam do głowy, różnym ludziom, bez większych konsekwencji. Dzień głupich dowcipów, ściemniania, ale też popuszczenia swoim emocjom. Można przecież wygarnąć, albo dopiec komuś kogo nie lubimy, a potem powiedzieć, że to był tylko żart.

Ja osobiście, jako anima vilis, mogę dzisiaj poczuć się, jak w swoim żywiole. Trochę pościemniać, pośmiać się, podręczyć. No może z tym dręczeniem nie tak bardzo, ale podokuczać, ponabijać się z innych. Pobawić w takiego nieznośnego chochlika, tudzież poltergaista, jak się uda, choć to może jeszcze nie teraz.
Przy okazji również zniżając się do poziomu klauna, przypomnieć sobie dziecieństwo i pośmiać się z samej siebie.
Tylko ostrożnie. Trzeba uważać, aby ostatecznie tym klaunem nie pozostać. Nie pogubić się w graniu roli, bo istnieje ryzyko, że ta maska przylgnie do twarzy i nie będzie chciała się odkleić.
 A grać tak cały czas? Pozostawać śmiesznym głupcem i udawać kogoś kim się nie jest? Uśmiechać, kiedy chce się płakać? Kłamać, że ma się dobry nastrój?  Albo kłamać, że nic się nie układa, że jest źle. I karmić się emocjami, mieć satysfakcję, że kogoś udało się wkręcić?

Wybór pozostaje każdemu z osobna, według sumienia, zasad, moralności...i co tam człowiekiem kieruje. Przy wyborze warto pamiętać też, że to co czynimy kiedyś zemści się na nas, w taki czy inny sposób. Paradoksalnie, nawet jeśli wydawało nam się, że czynimy dobrze.

Na mnie obecnie mści się wydarzenie (czyn owego klauna) sprzed wielu lat i zdaje się, nie starczy mi życia, aby o tym zapomnieć. Nawet osoby, które kocham nie są w stanie tego zmienić. Jedna by była, ale...
Problem w tym, że zawsze jest jakieś "ale", przeszkoda mniej lub bardziej znacząca. Zawsze "coś"( albo "ktoś"), co zmienia zaplanowany tor wydarzeń. Ale tak widocznie wpierdala się w życie przeznaczenie.

I widzę tylko jeden plus tego fatalnego zdarzenia z przeszłości. To uczucie ciepła w sercu, które budzi się nawet po baaaaaardzo długim czasie, kiedy pomyślę o pewnej rzeczy. Ciągle takie samo, przez lata, wydawałoby się przez wieki. To miłość i nadzieja.  Tak, miłość może trwać latami i to jest piękne i zarazem przerażające.







A ogólnie to wyszedł z tego istny bełkot, ale myślę, że całkiem adekwatny do dzisiejszej daty. Ponieważ jest prima aprilis, to tekst nawet pasuje, ponieważ nie jest to coś co należy brać poważnie, czy nawet się nad tym zastanawiać.
 Ot, taki głupi żart kogoś, kto tak naprawdę nic o życiu nie wie, wydaje się, że jest zła, choć wcale tak nie jest i nawet nie potrafi kochać. Choć może odwrotnie, bo pewne rzeczy mają się tylko wydawać, a to jest wpis primaaprilisowy czyli nie do końca prawdziwy i bezsensowny.







P.S.  Faktycznie w kalendarzu 1 kwiecień zaznaczony jest, jako Międzynarodowy Dzień Ptaków.

Więcej Komentarz

Blog :

Mały syrenek

Bajulka o syrenku

Więcej Komentarz