Wstał trochę później niż zwykle, około dziesiątej. Siedział na łóżku przez kilka minut patrząc tępo w sufit. Ubrał się, jego stroje były raczej pozbawione finezji, niezmienne : biała koszula, czarny, wygnieciony garnitur. Wyszedł z domu punktualnie o jedenastej dzierżąc w prawej ręce furerał z nieco podniszczoną gitarą akustyczną. W końcu dotarł do miejsca na rogu ulicy Marjackiej gdzie grywał wyłącznie, jak mu się wydawało, utwory o miłości. Nieopodal pojawiało się w tym czasie jeszcze kilku grajków, którym robił niewątpliwie konkurencję. Nie był wybitnym muzykiem, ale wkładał w swoją grę dużo serca.
"-słucham wyłącznie radia"
ale on ją namalował na płótnie swojej wyobraźni. Może lektury, wypełniające cały jego wolny czas, stanowiące jedyną płaszczyznę na której czuł się dobrze, albo nadmiernie wybujała wyobraźnia kazała mu walczyć o jej względy za wszelką cenę, nawet grajka na brudnej ulicy. Miał w sobie duszę romantyka, malarza ulicznika malującego pstre obrazy. Był kimś kogo łatwo było "wystrychnąć na dudka" (jak mawiali lokalni geszefciarze) : naiwny, oczytany, podpierający się ideami które kolejno łamały się jak zapałki pod ciężarem życia.