Nieczęsto się to zdarza, aczkolwiek i takie przypadki mają miejsce. Chodzi mi o to, że jest naprawdę niewiele zespołów, których nie miałem do tej pory okazji zobaczyć na żywo, a do takowych zaliczał się norweski Satyricon, więc gdy pojawiła się informacja o ich przyjeździe do Polski, nie mogłem, po prostu nie mogłem odpuścić krakowskiego występu, albowiem do stolicy jest dalej, a i miasto generalnie (delikatnie mówiąc) mi nie odpowiada.
Jak wiele w życiu zawdzięczamy przypadkowi, karmie, boskiej opatrzności czy przeznaczeniu przekonałem się w piątek, wieczorową porą, kiedy na miękkich nogach opuszczałem poznański Fort Colomb. Nie była to tym razem sprawka podstępnie przenikającego do krwiobiegu alkoholu, ani innych substancji psychoaktywnych. Takie wrażenie wywarł na mnie koncert, który o mały włos nie doszedłby do skutku.
Prawdziwy zawrót głowy mieli warszawscy fani metalu w tym tygodniu. Najpierw we wtorek Arch Enemy i Jinjer w Progresji, następnie w piątek w Proximie zabójczy zestaw Immolation, Azarath, Melechesh, In Twilight’s Embrace i Sincarnate, a na sobotni deser w Voo Doo równie potężny skład w postaci Hate, Saltus, Hate Them All i Proch. Łał, jakby to tak wszystko połączyć w jedno, to wyszedłby z tego zajebisty festiwal. A tak jedni mają ciężki mataron, a inni musieli wybierać. Ja postawiłem na piątkowy koncert Immolation, głównie dlatego, że do tej pory nie dane mi było zobaczyć na żywo nowojorskiej legendy death metalu.
Minął niewiele ponad rok od ostatniej wizyty Finów w Polsce, kiedy Amorphis zdecydowało się ponownie odwiedzić nasz kraj. Będąc (kiedyś) dużym fanem zespołu, byłem wielokrotnie na ich koncertach w wielu krajach, w tym w ich rodzimym, ale jakoś nigdy nie udało mi się dotrzeć na ich koncert w Polsce. Kiedy jednak okazało się, że kapela zagra na moim fyrtlu zdecydowalem, że nie wypadałoby nie dotrzeć.
Bracia Cavanagh w naszym kraju od lat cieszą się bardzo dużą popularnością. Już od początku ich muzycznej drogi, którą nadal podążają, zostali w naszym kraju niezwykle polubieni. Tak czasami bywa i jest kilka zespołów na tym świecie, które, co by nie było, zawsze Polskę podczas trasy koncertowej odwiedzą. Jest to oczywiście powód do dumy, albowiem polska publiczność jest uważana przez wielu, jak nie większość, za czołówkę światową.
Szósta edycja festiwalu „Uwolnić Muzykę” w Środzie Śląskiej przeszła już do historii, ale z pewnością można powiedzieć, że była to edycja bardzo udana. Z roku na rok impreza się rozwija. Widać, że organizatorom zależy na jakości technicznej jak i na doskonałym zapleczu festiwalu. Ale po kolei…
Kolejna edycja Castle Party za nami. Już dwudziesta czwarta. Moja jedenasta i na pewno nie ostatnia. Muzycznie była dla mnie najlepsza ze wszystkich, na których do tej pory byłam. Coś wspaniałego! Ziściły się moje dwa marzenia o zobaczeniu i posłuchaniu na żywo ulubionych kapel. To były niezapomniane przeżycia i cudowne muzyczne uniesienia. Jakby tego było mało, sporo zespołów, których do tej pory nie znałam, okazało się dla mnie mega pozytywnym zaskoczeniem.
Nie będę ukrywał, że Knock Out Productions robi u nas naprawdę kawał dobrej roboty. Ludzie pracujący w tej agencji wylewają siódme poty, aby naszego kraju nie pominięto podczas tras koncertowych znanych, bądź mniej znanych kapel metalowych. Tak też się stało w przypadku trasy legendy sceny - greckiego Rotting Christ, który to daje upust swoim muzycznym emocjom już od 30 lat. Sakis i spółka dość regularnie odwiedzają Polskę i nie inaczej było w tym przypadku.
Dawno temu, mniej więcej na przełomie roku 2003 i 2004 mój przyjaciel polecił mi z czystym sercem, jak on to powiedział, polską Anathemę. Było to niejako w rewanżu, ponieważ jakiś czas wcześniej ja zareklamowałem mu muzę jaką tworzą bracia Cavanagh. Jako, że zarówno on jak i ja cały czas szukamy i przez to szukanie staramy się poznawać i zarazem poszerzać swoja muzyczną wiedzę, na Riverside prędzej czy później bym trafił. Na moje szczęście stało się to wcześniej i jako, że twórczość warszawiaków przypadła mi do gustu od razu, nabyłem ich debiut.
„Ja pierdolę jak zajebiście”. Taka mniej więcej była moja reakcja kiedy dowiedziałem się, że w tym roku, znowu w Spodku, będzie Metalmania. Po dziewięciu latach niebytu miała wrócić ta super impreza i niezależnie od tego kto by miał na niej zagrać, od razu wiedziałem, że pojadę. A plany były wielkie. Nie wiem na ile to były plotki, a na ile prawdziwe zamierzenia, ale w internecie pojawiały się takie nazwy jak King Diamond i Running Wild. No, to by było naprawdę wydarzenie, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Lista zespołów była ujawniana partiami, co jakiś czas, a kiedy wszystko było już jasne, od razu zaczęło się narzekanie. Że nic szczególnego, że słabo, że nie ma wielkich gwiazd. Ja jednak byłem innego zdania.
Kilka lat minęło od czasu kiedy to po raz pierwszy i zarazem ostatni widziałem Soen na żywo. Miało to miejsce w katowickim Mega Clubie jakieś 4 i pół roku temu. Wtedy to właśnie ten nowo poznany i słyszany zespół miał zaszczyt wystąpić jako support Anglików z Paradise Lost i z tego co pamiętam zagrali lepiej, niż gwiazda tamtego wieczoru. Kariera Soen nabrała rozpędu, czego owocem były dwa kolejne wydawnictwa - "Tellurian" z 2014 oraz promowany najnowszy album "Lykaia". Nie będę ukrywał, że ze trzech wydawnictw zespołu najbardziej podoba mi się debiut "Cognitive" z 2012 roku.
W Wielką Sobotę we Wrocławiu odbyło się święto dla fanów muzyki dark independent. W klubie Firlej odbył się koncert meksykańskiej gwiazdy dark electro – Hocico. Jako support zaprezentowały się rodzime zespoły – Reactor7x i Controlled Collpase. Tuż po godzinie 19 przed klubem zaczęli pojawiać się ludzie w czerni. Co prawda niezbyt fortunna dla tego wydarzenia data zapewne przyczyniła się do nie w pełni zadowalającej organizatorów frekwencji, na szczęście znalazła się grupa osób, dla których czas przedświąteczny nie okazał się wymówką i tym bardziej dało się zauważyć, że Ci, którzy tego wieczoru pojawili się w Firlej’u nie są tam z przypadku i wiedzieli, po co przyszli.
Całkiem niedługo kazał czekać na ponowny przyjazd do naszego kraju szwedzki Sabaton, albowiem ostatni raz widziałem Joakima i spółkę pod koniec sierpnia ubiegłego roku. Od tamtego czasu sporo się wydarzyło w obozie tego znakomitego bandu. Zespół wydał w międzyczasie nowy krążek oraz (jak to dość często bywa) doszło do kolejnego przetasowania w składzie, mianowicie Thorbjörna "Thobbe" Englunda zastąpił niejaki Tommy Johansson.
Choć tego dnia termometry wskazywały jedynie parę kresek powyżej 0°C, koszulki z logiem zespołów Epica i Powerwolf dominowały w kolejce oczekującej na wejście do sali koncertowej Turbinenhalle, gdzie potężna dawka "metalowej adrenaliny" miała rozgrzać do czerwoności zziębnięte ciała wiernych fanów. Tak długiej kolejki oczekującej na wejście do klubu już dawno nie widziałem....trzeba było wykazać się nie lada cierpliwością i wytrwałością by dostać się do środka
Krakowscy prekursorzy rocka industrialnego w Polsce nie wydają się w tym dziesięcioleciu zbyt aktywni. Od dwóch wydanych na przełomie lat 2011 i 2012 albumów - zbioru przeróbek utworów Republiki oraz bardziej ambientowego "Ummmet" - ich dyskografia nie wzbogaciła się o ani jedną pozycję. Nie oznacza to jednak, że nic nie tworzą. Ostatnio podstawiają na żywo muzykę do filmu niemego "Berlin: symfonia wielkiego miasta", pojawiły się też zapowiedzi nowego albumu. Obecnie natomiast są w czymś, co nazwali trasą koncertową, chociaż bardziej pasowałby opis "weekendowe wypady raz na miesiąc".
Złote lata muzyki psychodelicznej są już dawno za nami. Od boomu na pustynne granie również minęło parę dekad. Mimo to wciąż, nawet w Polsce, powstają instrumentalne kapele czerpiące z tradycji stoner rocka, doom metalu i space rocka, mieszające elementy tych gatunków do osiągnięcia stylu, który z odkrywczością i nowoczesnością niewiele ma wspólnego, za to przejawia ponadprzeciętną żywotność. Dwie z nich ruszyły w krótką trasę po kraju zatytułowaną "Space Invaders".
Od dawna już nie bardzo mogę wybierać sobie koncerty, na które chce pójść, a jest odwrotnie. Jak mogę iść to patrzę co akurat jest. A, że dzieje się dużo, to zazwyczaj można trafić na coś ciekawego. Na przykład w sobotę miałem do wyboru Bloodthirst w Voodoo i Hammerfall w Progresji. Ponieważ w Voodoo byłem raptem we wtorek przy okazji trasy Christ Agony, tym razem postawiłem na większą imprezę. W dodatku Bloodthirst już widziałem na żywo, a na mistrzów power metalu miałem pójść po raz pierwszy.
Nastał czas taki z lekka dziwny, że się niestety muzykom chyba pomysły skończyły. Bracia Cavalera zamiast knuć nowe spiski w swej konspiracji zaczęli ryć w starych korzeniach. Powiedzmy, że ich trochę rozumiem, bo w końcu nie grają tego materiału na co dzień. A główny rynek muzyczny jest niestety na tyle wtórny, że takie rzeczy się doskonale sprzedają.
Niełatwo mnie czymś muzycznie zauroczyć, naprawdę niełatwo. Jakiś czas już chodzę po tej naszej matce ziemi i niejedno już słyszałem. Kolejną rzeczą jest fakt, że nie każdy album, który mnie interesuje kupuję w najbardziej limitowanej edycji z możliwych, płacąc za takową kilkaset złotych. Takim albumem, który powalił mnie w tym roku na kolana jest najnowsze wydawnictwo francuskiego Alcest pt. "Kodama". Patrząc subiektywnie, poprzedni album tej formacji był dobry, natomiast, co by nie było, następca "Shelter" z 2014 roku jest nader wyśmienity.
Vader powrócił i to podwójnie. Raz, za sprawą nowej - trzynastej w dorobku zespołu z Olsztyna płyty, dwa - bardzo dobrze rozbudowanej trasy koncertowej, bo ten jakże zasłużony dla muzyki zespół odwiedził aż 12 polskich miast. Do rzeczy, album promowany na trasie Imperium Poloniae nazywa się po prostu "The Empire" i jest, co tu dużo mówić - dobry. Wiemy już, że jak na razie grupa swoje najlepsze wydawnictwa ma za sobą, jednak poniżej pewnego poziomu zespół Petera nie schodzi, za co należą się oczywiście słowa szacunku.
Oczekiwałem tego koncertu i to bardzo. Chciałem zobaczyć legendę sceny na żywo, nie tylko podczas koncertu festiwalowego, gdzie Annihilator prezentuje się naprawdę znakomicie, ale móc poczuć tę energię utworów Jeffa, spotęgowaną przez ściany klubu. Udało się doświadczyć tego fantastycznego uczucia 16 listopada, kiedy to ten zasłużony zespół, a właściwe projekt Jeffa Watersa, zawitał do Wrocławia. Oprócz stolicy Dolnego Śląska, polscy fani kanadyjskich klasyków mieli możliwość zobaczenia i usłyszenia ich na żywo w Gdańsku i Poznaniu.
W alternatywnej teraźniejszości tego koncertu mogłoby nie być. Voivod miało się przecież rozwiązać po nagraniu albumu wykorzystującego ścieżki zostawione przez zmarłego gitarzystę, natomiast Entombed A.D. to jeszcze jeden przykład zejścia się byłych członków kapeli, którzy nawet nie mają prawa do grania pod jej właściwym szyldem. Jeśli tak na to spojrzeć, to można nazwać to dowodem nieśmiertelności metalu i uznać za cud fakt, że kanadyjska grupa znalazła życie po Piggym, zaś szwedzka się rozdwoiła. Żeby ostatecznie uwierzyć, trzeba jeszcze jednak było zobaczyć.
Zobaczyć na żywo Zdradę Pałki miałem ochotę, odkąd pierwszy raz usłyszałem utwór "Onanizuję". Twórczość grupy błyskawicznie stała się dla mnie świetnym przykładem na to, jak można robić toporne electro tak, aby kiczowatość była jego zaletą, współgrającą z luzackimi - może wyzwolonymi, a może jajcarskimi - tekstami. Od tamtej pory przegapiłem niestety co najmniej jeden występ projektu, aż w końcu, przy okazji kolejnego Festiwalu Równych Praw, czujność i upór zaprowadziły mnie we właściwe miejsce, o właściwej porze - prawie.
Dokładnie 2 dni po Capital Of Rock do Wrocławia zawitał kolejny kram muzyków, na który składali się członkowie Huntera, Illusion oraz szwedzkiego Sabaton. Każdy z wymienionych zespołów ma swojego lidera i każdy z owych liderów umie zjednać sobie publiczność, co jeszcze bardziej przekonało mnie, aby pójść na ten koncert. Miał on się odbyć w miejscu dość niezwykłym, patrząc na historię Wrocławia, jak i historię naszego kraju. Chodzi mianowicie o pierwszą zajezdnię tramwajową w stolicy Dolnego Śląska przy ulicy Grabiszyńskiej.
W piątek 7 października, w Muzeum Filumenistycznym w Bystrzycy Kłodzkiej, odbył się wernisaż wystawy Michała Pietrzaka pt. „PSPACE”. Wstawa jest elementem składowym wydarzenia pt. „96_16: Michał Pietrzak / Jarek Kujda”, na które składa się wspominana wystawa oraz spotkanie z muzyką elektroniczną „Strefa” Jarka Kujdy, która miała miejsce w Kawiarni Kulturalnej, także w Bystrzycy Kłodzkiej