Sukces często rodzi kolejny sukces, o ile nie spocznie się na laurach. I tak było w tym przypadku, gdyż za ponowną organizację Merry Christless (tak jak i w 2017) wziął się Knock Out. Tak jak w roku poprzednim headem całego przedsięwzięcia był gdański Behemoth z czołowym bluźniercą kraju – Nergalem na czele. Tym razem formuła imprezy była inna, albowiem zdecydowano się na 3 koncerty w trzech różnych miastach, a nie jak rok wcześniej tylko 2 w stolicy. Tak czy inaczej efekt był tak samo zadowalający. Każdy z nich został w 100 procentach wyprzedany, a o to właśnie zespołom i organizatorom chodzi.
Austriacka formacja Serenity już poraz drugi w roku 2018 wyruszyła w trasę koncertową pod szyldem "Symphonic Metal Nights". Jednym z przystanków jesiennego tour było holenderskie miasto Enschede.
Lubię kiedy na scenie muzycznej (i nie chodzi mi tylko o rock czy metal) pojawi się coś nowego, zjawiskowego w jakiejkolwiek postaci. Coś co zaskakuje, co poprzez swoje działanie sprawia, że w muzyce nie powiedziano jeszcze wszystkiego, co daje poczucie, że można dać ludzkości coś więcej. Raz na jakiś czas trafia się taka perełka. Jest nią niezwykły projekt założony przez Amalie Bruun - Myrkur. Ta drobniutka istota ma w sobie tyle ogólnego piękna, że nie sposób przejść koło jej twórczości obojętnie.
Jak dotąd Nightwish miałem okazję widzieć kilka razy, jednak za każdym razem odbywało się to na festiwalach, więc rozmach widowiska był po prostu mniejszy. Tym razem miało być inaczej, albowiem koncert niekwestionowanej gwiazdy miał się odbyć jako część wielkiego przedsięwzięcia, jakim jest Decades Tour, mającym na celu promowanie płyty pod tym samym tytułem obejmującej, jak sama nazwa wskazuje, działalność grupy od ponad 20 lat. Byłem niezmiernie rad, że będę mógł zobaczyć Tuomasa i spółkę na żywo podczas ich występu, tym niemniej, że słyszałem od zaprzyjaźnionych osób, że takowe są nader znakomite.
Na Prąd zwróciłem uwagę kilka miesięcy temu, powierzchownie zapoznając się z jego nagraniami. Gdy przed paroma tygodniami wróciłem do nich, by się w nie wgłębić, wciągnęły mnie na dobre. Uznałem grupę za naprawdę obiecującą, może nawet jedną z najlepszych młodych kapel na lokalnej scenie. Gdy się dowiedziałem, że wkrótce nadarzy się okazja, bym mógł zobaczyć ją na żywo, nie wahałem się. Na koncert czekałem przepełniony entuzjazmem, pewny, że grupa mnie nie zawiedzie i jedyne złe, co może się wydarzyć, to słabe supporty, których jednak wcześniej nie znałem, więc po cichu liczyłem na to, że może i one mnie pozytywnie zaskoczą.
HammerFall to zespół legenda. Na przestrzeni 20 lat, czyli de facto od pierwszej płyty jaką wydali do opisywanego koncertu, widziałem ich tylko raz, tym niemniej byłem niezmiernie rad, że dane mi będzie zobaczyć ten zasłużony dla sceny zespół po raz drugi. Jeśli Wrocław, to wybór musiał paść na A2, ponieważ alternatywa w postaci Zaklętych Rewirów przechodzi prawdopodobnie jakiś remont. Fani heavy metalu zameldowali się przy ulicy Góralskiej w dość sporej liczbie, choć z tego co wiem, koncert w całości nie został wyprzedany.
Jak to przeważnie bywa, kiedy zespół wydaje nowy materiał, od razu przygotowywana jest trasa ten materiał promująca. Nie inaczej było w przypadku rosyjskiej Arkony. Bardzo byłem ciekaw jak wypadnie na żywo ich najnowsze wydawnictwo „Khram”, choć w duszy wiedziałem, że będzie co najmniej dobrze, albowiem Arkona złych koncertów po prostu nie gra. Nie byłem zdziwiony, kiedy dowiedziałem się, że trasa po Polsce będzie dość okazała, ponieważ Rosjanie są naprawdę bardzo popularni w naszym kraju, a co za tym idzie wiedziałem, że publika dość licznie stawi się w miejscach, gdzie występy z trasy będą się odbywać.
Piszę do Was ze słonecznej Kalifornii, gdzie przybyłem trochę pojeździć z rodziną. Lecąc do USA, oprócz polowania na płyty, których nazbierałem tu już 20, bardzo chciałem trafić na jakiś koncert. A dzieje się tu dużo. W czerwcu te okolice demolował Behemoth ze Slayerem, Cannibal Corpse i Napalm Death będą dopiero w październiku. W San Diego o dwa dni mijam się z trasą Amorphis, Moonspell i Dark Tranquility i nie wyrabiam się na Wintersun w San Francisco. O to wszystko nie trudno jednak w Polsce, a w końcu udało się znaleźć coś znacznie lepszego. Gdy mieszkałem w Los Gatos, znalazłem koncert lokalnego, thrashowego Phantom Witch, który wieńczył ich tour po Kalifornii o nazwie „Blood On The Coast”.
Polska death i black metalem stoi. Może nie zgodzi się z tym przeciętny Kowalski, a większość rodaków nie ma o tym żadnego pojęcia, ale fakt faktem, że wiele tych najcięższych zespołów z naszego kraju święci po świecie nieświęte triumfy. Tymczasem nie brakuje u nas i bardzo dobrych klasycznych, heavymetalowych bandów, które, choć powinny, nie cieszą się aż taką popularnością. Z założenia promocji takiej muzyki wyszli pomysłodawcy i organizatorzy Helicon Metal Festiwal. Impreza, której pierwsza edycja odbyła się w ubiegły piątek w warszawskim klubie Voo Doo, z założenia ma być cykliczna i ma promować polski heavy metal.
Aż dziw mnie bierze, że tak samo jak w przypadku chociażby In Flames, o których miałem okazję pisać poprzednią relację, Combichrist również nie było mi dane zobaczyć do tej pory na żywo. Okazja pojawiła się dość niespodziewanie, albowiem P.W. Events zorganizował dwa koncerty tego zacnego bandu, w tym jeden we Wrocławiu. Nie mogłem odpuścić takiej muzycznej gratki, więc z wielką ochotą i nadzieją czekałem na gig, który miał nastąpić 26 lipca.
Zespół Grave Pleasures, czyli post-punkowcy z Helsinek, z charyzmatycznym Anglikiem na wokalu, przyjechał w ten weekend do Polski zagrać dwa klubowe koncerty. Poznański gig niestety już za nami i nie ukrywam, że zazdroszczę wszystkim, którzy wybierają się dzisiaj do warszawskiego Pogłosu. Grave Pleasures promuje swój ostatni, rewelacyjny album "Motherblood", który ukazał się w zeszłym roku, a podczas polskiej części trasy towarzyszy im warszawska grupa Mons w roli supportu.
In Flames do całkiem niedawna był jednym z niewielu zespołów, których nie było mi dane zobaczyć na żywo. Tym niemniej ucieszyłem się, że ten zasłużony dla metalu zespół zawita do Wrocławia. Ze Szwedami, że tak powiem, jestem od samego początku, tzn. od 1994 roku, w którym ukazał się debiut chłopaków z Goteborga. Wiadomo, że opinii jest tyle co dziur w zadzie. Każdy ma swoją i nie inaczej jest w tym przypadku. Głównym aspektem, dla którego chciałem ujrzeć ich na żywo była po prostu ciekawość, albowiem patrząc na to co panowie prezentują obecnie pod względem muzycznym, moim zdaniem nie zyskują sobie nowych słuchaczy.
25 edycja festiwalu Castle Party przeszła do historii. Pozostaje nam teraz uzbroić się w cierpliwość, kiedy to poznamy datę kolejnej imprezy na zamku w Bolkowie, a następnie rozpiskę zespołów, które zagrają za rok na jednym z największych festiwali dark independent w Europie. W tym roku Organizatorzy postanowili poszerzyć Castle Party o dodatkowy dzień koncertowy i tym samym festiwal rozpoczął się już w środę, kameralną imprezą warm-upową. Na scenie w Arkadach (dawna Basztowa) można było posłuchać czterech zespołów: Switchface, Miranda Cartel, Dusk Watch oraz Cabaret Grey.
Ofensywy koncertowej ciąg dalszy. Tym razem dane mi było uczestniczyć w koncercie zespołu, który regularnie wraz z wydaniem swoich kolejnych albumów odwiedza nasz kraj na swoich trasach. Mowa tu o Finach z Ensiferum, którzy mieli zaszczyt wystąpić w czterech polskich miastach w ramach Path To Glory Tour 2018. Zainteresowani sprawą wiedzą, że trwająca obecnie trasa promuje ostatni krążek kwintetu z Helsinek „Two Paths”. Do wspólnego muzykowania zaproszono Kanadyjczyków z Ex Deo. Tę dowodzoną przez Maurizio Iacomo grupę miałem okazje zobaczyć po raz pierwszy, a jako, że ich albumy znam całkiem nieźle, tym bardziej ciekaw byłem ich występu na żywo.
Sporo czasu musiało upłynąć zanim dane mi było ponownie zobaczyć Insomnium na scenie. Ten fiński kwartet jest jednym z niewielu zespołów, który podczas swojej kariery nie wydał złej płyty. Jest to niewątpliwy sukces, aby w owym gronie się znajdować. Nie będę ukrywał, że poprzedni ich krążek „Shadows Of The Dying Sun” podobał mi się bardziej od „Winter’s Gate”, natomiast ich najnowsze dzieło jest naprawdę dobre. Dobre na tyle, że postanowiłem ruszyć do grodu Kraka, aby przekonać się jak zaprezentują ten koncept album na żywo.
Skład tegorocznej Metalmanii przedstawiał się szatańsko i undergroundowo. Na policzenie światowych gwiazd, palców jednej ręki spokojnie by wystarczyło, a mimo to zapowiadało się bardzo obiecująco. Myślę, że dla większości osób część z tych, starych i młodych, zespołów była nowością. Ja sam widziałem wcześniej na żywo tylko pięć kapel z zestawienia, niektórych w ogóle nie znałem. A było ich wszystkich aż dwadzieścia cztery, czyli o dwie więcej niż w zeszłym roku. Plan godzinowy robił wrażenie i już od dawna odliczałem dni, żeby znów pojechać do Katowic na święto muzyki metalowej. Moje święto.
Kilka lat musiało upłynąć, aby Therion powrócił do Wrocławia. Powód tej wizyty był jak najbardziej standardowy, czyli wydanie nowej płyty i trasa z owym krążkiem związana. Chodzi tu oczywiście o wydany po dość długim okresie oczekiwania „Beloved Antichrist”, który to pod względem długości jest niewątpliwie najdłuższym wydawnictwem Christophera i spółki. Wtajemniczeni wiedzą, że tak długi, bo aż ośmioletni okres miedzy tą płytą, a poprzednią „Sitra Ahra” związany był z kłopotami zdrowotnymi mistrza, co niestety przełożyło się na długość wrocławskiego występu.
Ostatnia niedziela marca była niedzielą, no cóż... handlową, więc jako gorliwi wyznawcy szliśmy się modlić o radość i szczęście do stołecznej świątyni, jaką jest Progresja, by podziwiać tam szaleńcze występy Amerykanów z Trivium oraz Power Trip, a także walijskie Venom Prison.
Jakoś tak się dzieje, że ostatnimi czasy zespoły, które przez wiele lat cieszyły nas, Polaków swoją twórczością, których numery znają (nieważne skąd) niemalże wszyscy, zawieszają działalność. Mam tu na myśli konkretnie dwa bandy, które przez cały czas swojej muzycznej drogi i dzięki niej dorobiły się statusu ikony polskiej muzyki, nie tylko rockowej, ale muzyki w ogóle. Tymi zespołami są T.Love, dowodzony przez charyzmatycznego Muńka Staszczyka oraz Hey, któremu szefuje równie znana, jeśli nie bardziej, Kasia Nosowska.
Magiczny, niezwykły i zjawiskowy był występ szwajcarskiej grupy Eluveitie na deskach klubu Zeche w mieście Bochum (Niemcy). Przede wszystkim dlatego, że zespół wybrał się w trasę koncertową ze znakomitymi supportami, że bilety na ten koncert wykupione były do ostatniego miejsca i że właśnie w Bochum odbył się finałowy koncert Maximum Evocation Tour 2017.
Pierwszy raz spojrzałem sobie na stronę Progresji, żeby sprawdzić rozkład Merry Christless, w połowie września. Koncert był już wyprzedany. Dopiero ze dwa tygodnie przed festiwalem zorientowałem się, że udało się zorganizować dzień wcześniej drugi termin. Również już dawno wyprzedany. Nic dziwnego. Obok głównej gwiazdy Behemoth, miał zagrać bardzo ciekawy zestaw, z czeskimi weteranami z Master’s Hammer i wzbudzającą wiele emocji Mgłą. Były więc dwie możliwości kombinowania wjazdu i choć początkowo zapowiadało się, że uda mi się dostać na pierwszy dzień, to ostatecznie na koncert dotarłem się w piątek, czyli w pierwotnym terminie.
Zacierałem rączki, gdy do mojej wiadomości trafiła informacja, że aż 3 tuzy trashu przyjadą do mojego miasta zagrać razem podczas jednej trasy. Testament co prawda widziałem całkiem niedawno aż 2 razy, ale to nie przeszkodziło w niczym, aby zobaczyć Chucka i spółkę po raz kolejny. Kanadyjskiego Annihilator’a również miałem okazję posłuchać w nieistniejącym już klubie Alibi jakiś rok temu, jednakże sytuacja odnośnie tego bandu była taka sama, jak w przypadku Testament. Death Angel chciałem zobaczyć i to bardzo i choć wielkim fanem ich muzyki nie jestem, to możliwość usłyszenia tej zasłużonej dla gatunku formacji napawała mnie niemałą radością.
Kolejna edycja Dynamo Metal Fest w holenderskim mieście Eindhoven już za nami. Teraz przyszedł czas na refleksje i podsumowania. Historia tego festivalu sięga roku 1986 i przez wiele lat budowano jego markę pod szyldem Dynamo Open Air. Wtedy festival przyciągał ponad 100.000 uczestników i trwał 3 dni. Jednakże organizatorzy nie udźwignęli jarzma problemów związanych z utrzymaniem stałej lokalizacji i w roku 2005 zawieszono jego organizację.
Dopiero co przedwczoraj wychodziłem z Progresji, a już znowu ustawiłem się w kolejce, aby dostać się do środka. Tym razem okazja również nie byle jaka, bo do Warszawy zjechała, rozpoczynająca się trasa „Za ćmą w dym” z Furią na czele, ale i ciekawym zestawieniem w postaci Thaw, Sacrilegium i Licho. Choć ludzi było znacznie mniej niż na Testament, to wejście się korkowało i trzeba było swoje odstać. Koncert jednak chwilę się opóźnił, więc zdążyłem zaopatrzyć się w „Księżyc Milczy Luty” Furii i „Earth Ground” Thaw. Wybór płyt był duży i można było nabyć nie tylko najnowsze dzieła występujących zespołów, ale też i starsze pozycje.
Swoistą drugą młodość przeżywa obecnie Testament. Świetne płyty, utrzymanie gwiazdorskiego składu i doskonała forma powodują, że zespół cieszy się popularnością jaką mógł się szczycić w latach dziewięćdziesiątych. W dodatku do Polski przyjechał z obstawą takich tuzów jak Annihilator i Death Angel. Nic więc dziwnego, że do Warszawy ludzie ściągali z odległych części kraju, a pod Progresją pojawił się nawet autokar z Litwy. Koncert został wyprzedany.