Po nagraniu dwóch słabszych krążków King Diamond nagrał album, który przez jednych uważany jest za najlepszy, a przez innych za najgorszy krążek w dorobku zespołu. "Voodoo" bo o nim mowa jest faktycznie inny od poprzedniczek i mógł wprowadzić pewną konsternację wśród mediów.
Jak już wspomniałem w muzyce pojawiło się więcej luzu, melodie stały się jeszcze bardziej specyficzne, ale tym razem King bardzo dobrze operuje swoim głosem i nie pozostawia słuchacza zirytowanego. Kolejną zaletą tego albumu jest fakt, że tym razem muzycy potrafili zbudować napięcie, wprowadzić do muzyki dramatyzm, czyli to co było obecne na pierwszych krążkach kapeli.
Prawdziwą perłą jest jednak warstwa instrumentalna. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takich riffów i takich solówek, po usłyszeniu dwóch poprzednich płyt. Właśnie solówki są tym, co zadziwia - są inne od tych do których przyzwyczaił nas LaRocque. Jest mniej neoklasyki, a więcej technicznego grania. Reszta muzyków nie zostaje w tyle, dzięki czemu otrzymaliśmy chyba najbardziej techniczny obok "Them" album zespołu.
Myślę, że specyficzność tego albumu wyszła zespołowi tylko na dobre. "Voodoo" prezentuje bowiem kawał świetnego metalowego mięcha, zagranego z finezją, okraszonego fajnym klimatem. Moim zdaniem krążek ten udowodnił, że formacja powoli podnosi się z kolan i ma jeszcze coś ciekawego do zaoferowania.
Wydawca: Metal Blade Records (1998)