Tytuł tego krążka kojarzy się niewątpliwie z "Master Of Puppets" Metalliki, czyli albumem uznawanym za najlepszy w historii muzyki metalowej. "The Puppet Master" dla odmiany mógłby być złym bratem bliźniakiem wspomnianego krążka. Nie wiedząc czemu, King Diamond się zdrowo wypierdolił i stacił zęby, a upadek spowodował u niego poważny wstrząs mózgu! Nie wiem, co się stało, ale "The Puppet Master" jest albumem ze wszech miar słabym, jeśli nie najgorszym w dorobku formacji! Zacznijmy od absurdalnie nieciekawej okładki, na nieciekawej muzyce kończąc.
Prawdziwym okrucieństwem są jednak głupawe melodie, kompletnie pozbawione napięcia, sensu, jakby były smęcone (nawet nie śpiewane) na siłę, pseudoprzebojowe, pozbawione klasy jaką miały te znane z "The Eye". W warstwie wokalnej jest za dużo kontrastów, tym razem przechodzenie z wysokich rejestrów do niskich nie wypada dobrze. Zadziwia mnie także bardzo słaba forma Andy'ego LaRocqu - jego solówki są niezłe, ale poniżej jego poziomu.
Warto zwrócić uwagę, że w kilku utworach pojawiają się żeńskie chórki, zaznaczają się skromne klawisze, ale tym razem zespołowi nie udało się stworzyć jakiegokolwiek klimatu. Niby dalej owa teatralność jest obecna, ale, zamiast poczuć pewną historię, mamy możliwość usłyszenia dosyć nieciekawego heavy metalu z trochę bardziej ciekawymi niż zazwyczaj wokalami.
"The Puppet Master" jest bardzo wielkim rozczarowaniem dla mnie. Nie stawiam na zespole krzyżyka, nie oczekuję odkrywczości, ale fajnie by było jakby swój poziom trzymał - tym razem było grubo poniżej.
Wydawca: Metal Blade Records (2003)