"Adi szuka dobrego electro" - pomyślałem, siedząc przy piwie w "Firleju", nawiązując do swojego imienia oraz zabawnego filmiku na YouTube, o którym chwilę wcześniej opowiadała dziewczyna przy stoliku obok. Idąc dalej tym tropem, przypomniałem sobie, że przecież główna gwiazda jest w połowie Niemcem. Wszystko to w połączeniu dało mi nadzieję, że w najbliższych godzinach będę świadkiem - znowu w nawiązaniu do wspomnianego filmiku - "rozkurwiania kosmosu".
Oparty w znacznej mierze na samplach występ Shitmata był o wiele bardziej dynamiczny. Przede wszystkim chodzi mi tu o częstotliwość, z jaką zmieniał motywy przewodnie - chyba tylko nieliczne dane nam było słyszeć dłużej niż przez minutę - a nawet nastrój. W tej mieszance mogło się znaleźć wszystko. Usłyszeliśmy m.in. temat z filmów o Indianie Jonesie, "It's Like That" Run-D.M.C. i Jasona Nevinsa z artystą rytmicznie dmuchającym w gwizdek, "Out Of Space" The Prodigy, zniekształcone urywki "Radio Ga Ga" i "Bohemian Rhapsody" Queen oraz chyba Shaggy'ego - za tego ostatniego nie dam głowy. Zaraz po czymś pogiętym mogła przyjść balladka, podczas której Brytyjczyk wczuwał się i płaczliwym głosem wył do mikrofonu. Spocony był przy tym niesamowicie. Na scenę wkroczył bowiem ubrany m.in. w błyszczącą pelerynę z białą myszą na ramieniu, czapkę z daszkiem i grube okulary, a ustać długo w miejscu nie był w stanie. Już w pierwszych minutach tak wierzgał, że pospadało wszystko, co miał na głowie. Zasilany puszką piwa, chętnie przyjmował również pokarm, robił to jednak w sposób mocno niekonwencjonalny. Zaczęło się, gdy brodaty Notorious Nastie wyszedł zza kulisów z bananem, którego zaraz potem rozkwasił na czole artysty. Shitmat ów napoczęty owoc częściowo zjadł, a częściowo rozmazał sobie po twarzy (w kolejności dowolnej). Skórkę rzucił na podłogę, po czym poślizgnął się na niej i wylądował na plecach. Jeszcze ciekawiej miała się sytuacja z parówkami. Po kilku okrzykach z publiczności "kiełbasa!" (częściej powtarzano tylko "don't give a shit"), Brytyjczykowi wręczono wreszcie opakowanie, którego zawartość wkrótce potem wystawała mu m.in. z nosa i rozporka oraz imitowała cygaro. Przerwę w szaleństwach Shitmat zrobił dopiero po godzinie, starczyło mu jednak sił jeszcze na piętnastominutową dogrywkę, a także na... drugie tyle z Ottem.
Zgodnie z zapowiedziami von Schirach miał wystąpić w duecie z perkusistą Balazsem Pandim, znanym też jako 666 Cent. Na scenie towarzyszyli mu jednak tylko Notorious Nastie, Shitmat, a pod koniec występu również osobnik, któremu brzuch przelewał się na zewnętrzną stronę spodni. Ci trzej wymieniali się kostiumami - mieliśmy na scenie flaminga (co było chyba nawiązaniem do pierwszego utworu), aligatora (ale "Alligator Waltz" sobie nie przypominam), kościotrupa, a czasami występowali nawet w samych spodenkach. Wśród atrakcji było m.in. puszczanie baniek mydlanych, zapasy zwierząt i sztuczka magiczna z chustą, pod którą kryła się dłoń z... wyprostowanym środkowym palcem. Najwięcej działał Notorious Nastie, który kilka razy wyciągał widzów na scenę, aby tańczyli razem z nim. Pod koniec koncertu utworzył nawet "węża" z kilkoma dziewczynami. Sam Otto również wystąpił w przebraniu. Z kucykiem na czubku głowy i postrzępioną opaską na oczach wyglądał dość... tropikalnie, natomiast biały szlafrok, w którym wyszedł na scenę, został chyba celowo wybrany jako coś niepasującego do jego tatuaży. Pokręconego image'u dopełniał jego głos, który w zapowiedziach zwykle zniekształcał, podwyższając lub obniżając go. Świrowanie trwało przez godzinę, a muzyka - w tym "Fried Eggs In My Ear", "Subatomic Disco Divas", dawny przebój "The Power" niemieckiego Snap!, "Dance Like A Hoe", "End Of The World", "Get Low" i kawałek o Trójkącie Bermudzkim - zdawały się być dla niego tylko tłem. Będąc szczerym, przyznaję, że twórczość von Schiracha na żywo zrobiła na mnie wrażenie stosunkowo topornej i dopiero teraz, gdy zgłębiam ją, nie mając przed oczami dzikiego przedstawienia, jestem w stanie ją docenić. Odbieram ją zupełnie inaczej. Podczas występu natomiast najbardziej spodobało mi się dodatkowe dwadzieścia minut, kiedy to do sprzętu Otta podłączył swojego laptopa Shitmat w czarnej peruce. Wspólnie wykonali coś, jeśli dobrze zrozumiałem, z repertuaru Brytyjczyka. Późniejsze wywoływanie ich obu na bis już jednak nie poskutkowało. Owszem, Shitmat - który ma świetny kontakt z publicznością, a wrocławska, jeśli mu wierzyć, przypadła mu do gustu szczególnie - wykonał dla nas dowcipnie kilka odgłosów "kliknięć", ale zrobił to przy okazji rozmontowywania sprzętu. To się nie liczy. Wkrótce potem opuścił scenę. Został na niej tylko mały, zabawkowy, chyba gumowy krokodylek. I skórka banana w fosie.
Takiego koncertu nie da się zapomnieć. Ubaw po pachy. Przedstawienie angażowało wzrok w takim stopniu, że podejrzewam, że pewnie wielu stwierdzi: nie wiem, co grali - wiem, co robili. Możliwości, jakie dają występy na żywo, zostały więc w pełni wykorzystane.
Galeria z koncertu