Koncert został wyprzedany - ta informacja prawie tydzień przed imprezą zaszokowała mnie. Z tego, co pamiętam, ostatni raz w Firleju wydarzyło się coś takiego przy okazji wizyty Cult Of Luna w 2007 roku. Wprawdzie klub ten ma to do siebie, że nie wpuszcza tłuszczy "do pełna", ale i tak zrobiło na mnie wrażenie, jaki pociąg odczuwa polska publiczność do irlandzkich postrockowców. Można pomyśleć, że słucha się u nas ambitnej muzyki.
God Is An Astronaut zaczęło spokojniutko, od "Remaining Light", by resztę 65-minutowego setu podstawowego i jednoutworowy bis wypełnić już żywszymi kawałkami, m.in. "Fragile", "Age Of The Fifth Sun", "Echoes", "Remembrance Day", "Shadows", "Suicide By Star", "Forever Lost", "Route 666" i - na pożegnanie - "Fire Flies And Empty Skies".
Część kompozycji, chyba trochę mniej niż połowa, została wykonana z wykorzystaniem wizualizacji. Nie oznacza to, że sami muzycy nie przyciągali wzroku i nie tworzyli przedstawienia niezależnego od obrazów w tle. Akcja była, jednak głównej roli - przynajmniej dla mnie - nie odgrywał żaden z założycieli zespołu. Najlepiej zapamiętam nie podchodzącego czasami do kolegów, wtórującego sobie wokalizami gitarzystę Torstena Kinsellę, nie ruszającego się trochę więcej, ale w miejscu, basistę Nielsa Kinsellę, lecz klawiszowca Jamie'ego Deana. Trochę to zaskakujące, bo w zespole jest od niedawna - nie brał nawet udziału w nagraniu zeszłorocznego albumu "Age Of The Fifth Sun". Mimo to to on zdawał się najbardziej wczuwać w muzykę - gdy miał wolne ręce, podskakiwał przy swoim instrumencie, a podczas bisu wbiegł do fosy, żeby poprzybijać piątki pierwszemu rzędowi. Szybko się zaaklimatyzował. Pomagał również kolegom zachęcać publiczność do rytmicznego klaskania, ta zaś reagowała bez zarzutu. W zamian dostała... ręcznik. Nie zauważyłem, żeby po co koncercie coś jeszcze poleciało ze sceny w jej stronę. Została za to uwieczniona przez perkusistę Michaela Fentona na zdjęciach. Bawiła się dobrze, więc zasłużyła. Może nie wpadła w ekstazę, ale taka to muzyka - żywa, atmosferyczna, lecz nie narkotyczna. Po prostu w niebanalny sposób "pozytywna", a równocześnie sprawiająca, że... podczas tego występu też sporo myślałem o Tides From Nebula.
Chociaż po koncercie słyszałem różne o nim opinie, żadna nie była negatywna. Zespół zagrał na niezłym, a co najmniej poprawnym, poziomie i tylko niektórym widzom brakowało większych urozmaiceń. Sam uważam, że była to przede wszystkim niemal wymarzona impreza dla wielbicieli Tides From Nebula, ale zdaję sobie sprawę z tego, że to Irlandczycy mają Boga w nazwie. Czy słusznie - to już kwestia wiary.
Fotorelacja:http://www.darkplanet.pl/gallery/photo/110256