Była późna noc, gdy Lorelay szła przez las. W oddali znudzonym głosem monotonnie pohukiwała sowa, zające odbywały swe conocne biegi wśród szelestów krzewów i liści pod jej stopami, ale kobieta nie zwracała na to uwagi. Nie bała się ciemności. W świetle księżyca drzewa przyjaźnie machały do niej gałęziami w rytm kołyszącego je wiatru. Lorelay kochała las, zwłaszcza nocą. Tam najlepiej odpoczywała, tam czuła się spokojna i bezpieczna. Ale tego wieczoru nie spacerowała. Spieszyła na spotkanie ze swym ukochanym. Szła szybko, a wiatr rozwiewał jej ciemne, długie, brązowe włosy. Czuła jak spód jej ciemnozielonej peleryny staje się coraz cięższy od nocnej rosy, ale nie przejmowała się tym. Tam, dokąd szła, peleryna i tak nie będzie jej potrzebna.
Było chłodno, ale nie czuła zimna, choć miała na sobie zaledwie pelerynę z kapturem i cienką suknię. Myślała o swym Księciu. Ciemne włosy niesfornie wymykały się spod szerokiego kaptura, miotane wiatrem. Podniosła drobną dłoń, aby je odgarnąć. W świetle księżyca zamigotały klejnoty w pierścieniu, który zdobił jej serdeczny palec. Był to pierścień z białego złota, niezwykle kunsztowny, bogato zdobiony, kontrastujący ze skromną elegancją jej stroju. Oplatający jej palec wąż o głowie smoka trzymał w otwartym pysku nieduży brylant. Każda łuska jego ciała była precyzyjnie wydzielona i zaznaczona, maleńkie oczy z dwóch krwistoczerwonych rubinów rzucały tajemnicze blaski, a brylant odbijał światło księżyca łagodną, stalową poświatą. Lorelay patrzyła przez moment na tę grę świateł. Nie wiedziała, że w świetle księżyca jej szare oczy nabierały takiego samego stalowego blasku. Kochała ten pierścień – podarunek od Księcia. Był dla niej oznaką jej oddania dla niego i jego miłości. Był symbolem ich związku. Tęskniła za Bartolomiusem tak bardzo, że czuła niemal fizyczny ból z powodu tej rozłąki. To dla niego odbywała długą podróż przez pół królestwa – dla tych paru chwil, skradzionych z jego pełnego obowiązków życia. Na jedno jego słowo przybywała, aby spędzić z nim choćby kilka godzin. Wyrwała się z zamyśleń i spojrzała przed siebie. W oddali, pomiędzy drzewami, majaczyła w księżycowej poświacie olbrzymia sylwetka zamku. Ostre wieże wdzierały się w niebo spiczastymi dachami i długimi iglicami. Słyszała niemal furkotanie flag na wietrze. Nawet z tak dużej odległości widziała herb, wyszyty na nich złotem i srebrem – herb pana tego zamku – tarczę rycerską, ze smokiem, oplatającym krzyż. Liczne gotyckie okna rozświetlały blaski świec, które oboje z Księciem tak bardzo kochali. Wiedziała, że jedno z nich skrywa w swym wnętrzu najdroższą jej na świecie istotę. Odgarnęła z twarzy niesforny kosmyk, spojrzała raz jeszcze na pierścień i instynktownie przyspieszyła kroku.
Szła jeszcze chwilę w aksamitnej ciemności lasu, chłonąc jego łagodność i spokój, wsłuchując się w odgłosy nocy, pulsującej życiem całkowicie odmiennym od rzeczywistego. Kochała te porę dnia. Noc była jej sprzymierzeńcem i towarzyszką rozmyślań. Tylko wówczas mogła być naprawdę sobą. Wśród rozważań nie zwróciła uwagi, jak szybko mija jej podróż. Słyszała jakby z oddali stukanie obcasów jej butów na moście i szelest peleryny. Jak we śnie przekroczyła bramy zamku. Nikt jej nie zatrzymywał. Wystarczył widok pierścienia na jej palcu i herb w kształcie gryfa na pelerynie. To otwierało jej wszelkie drzwi. Milczący sługa poprowadził ją po schodach na jedną z zamkowych wież. Płomień trzymanej przez niego pochodni trzepotał wesoło na wietrze, wdzierającym się przez otwarte okna. Lorelay poczuła narastające podniecenie. Każdy krok na kręconych schodach przybliżał ją do Księcia. Zdjęła długie czarne rękawiczki bez palców i wodziła rozpaloną dłonią po chłodnym metalu poręczy schodów, gładząc po łbach srebrne smoki, które co jakiś czas podtrzymywały na swych karkach całą konstrukcję. W świetle pochodni ich oczy nabierały złowrogiego, ale przyjaznego wyrazu.
Schody skończyły się nagle. Lorelay i służący stanęli przed wielkimi dębowymi drzwiami, masywnymi i solidnymi, złożonymi z dwóch skrzydeł, bogato zdobionymi w węże i smoki ze złota i srebra. Lorelay słyszała bicie swego serca, które wyrywało się z piersi w dzikiej tęsknocie. Była tak blisko ukochanego. Służący gestem poprosił, by zaczekała, a sam zapukał i wszedł niemal bezszelestnie ośrodka. Zza drzwi słyszała ich rozmowę – cichy głos służącego, zapowiadającego jej przyjście i niski, niezwykle głęboki i władczy głos Bartolomiusa, nakazującego ją wprowadzić. Zadrżała z podniecenia. Poprawiła niesforne kosmyki i czekała ze zniecierpliwieniem na powrót sługi. Wreszcie drzwi otwarły się. Na chwilę oślepił ją blask wielu świec. Weszła do środka, a służący bezszelestnie wyszedł, zamykając cicho wielkie drzwi. Szybkim spojrzeniem ogarnęła pokój – od czasu jej ostatniej wizyty nic się nie zmieniło. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak to zapamiętała.
W komnacie panowała swoista gra świateł. Przez wysokie i wąskie okna wpadał blask księżyca w pełni, płomienie ognia wesoło tańczyły w kominku i na świecach. Podobało się jej to. W roztańczonych blaskach każdy kształt zyskiwał niemal magiczną, nierealną postać. Jej spojrzenie przyciągnęło na moment okno, jakby zbudowane z ciemnego granatu nieba, nakrapianego gwiazdami. Urzekło ją piękno tego widoku. Na lewo od wejścia stała biblioteczka, pełna wielkich, starych ksiąg o złoconych grzbietach, oprawnych w skórę, o kartach pożółkłych od upływającego czasu. Nad biblioteczką wisiały na ścianie dwie pobłyskujące groźnie halabardy i tarcza ze smokiem oplatającym krzyż - pamiątka rodowa, a zarazem herb pana tego zamku. Naprzeciw okien zawieszone były na tle czarnego aksamitu kunsztownie zdobione miecze, pistolety, topory i sztylety. Pod tą kolekcją płonął kominek, przed którym leżała wielka skóra niedźwiedzia. Pod ścianą naprzeciw drzwi stało ogromne łoże z czterema kolumienkami, zdobionymi w oplatające je srebrne węże, z baldachimem i czerwoną aksamitną pościelą, wyszywaną złotymi nićmi. Na środku komnaty zajmował stół, przykryty złotogłowiem, z trzema świecznikami, stosem ksiąg i dwoma srebrnymi, bogato zdobionymi kielichami, z których jeden napełniony był do połowy winem. Obok stołu stał on – jej Książę. Jego czarne odzienie kontrastowało z białymi rękawami i kołnierzem koszuli. Długie, jasne włosy spływały łagodnymi falami na czarną pelerynę, podbitą od spodu czerwienią i spiętą srebrną broszą w kształcie liścia dębu. Piwnymi oczami patrzył na nią z radością. W ręku trzymał zamkniętą księgę, grubą, oprawioną w skórę, którą zapewne czytał przed jej przyjściem.
- Witaj Najdroższy – powiedziała Lorelay, a jej głos odbił się echem w komnacie. Uniosła dłonie i płynnym ruchem zdjęła kaptur, który z cichym szelestem opadł posłusznie na jej plecy. W świetle świec w jej włosach zamigotały miedziane blaski. Uśmiechnęła się leciutko. Bartolomius również odpowiedział uśmiechem.
- Witaj Lorelay – odparł.
Nie potrzebowali mówić nic więcej. Przez ułamek sekundy wpatrywali się w siebie, jakby nie istniał dla nich cały świat. W oczach Księcia błyszczała radość i te chochliki, które tylko Lorelay potrafiła dostrzec. Podszedł do niej powoli, objął w pasie i mocno przyciągnął do siebie. Gdy ją objął drgnęła, chociaż spodziewała się tego. Poczuła zapach jego włosów i ciepło ciała. Przytuliła się mocno.
- Tak tęskniłam – szepnęła. Odpowiedziało jej ciche westchnienie. Podniosła głowę i pocałowała lekko jego pełne, wilgotne wargi. W odpowiedzi przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej, tak, że czuła przyspieszone bicie jego serca. Odpowiedział na jej pocałunek, długo i namiętnie, tuląc ją do siebie. W pewnej chwili Książę przerwał i spojrzał w oczy Lorelay. Widziała w błysku jego kocich źrenic żądzę i wielką miłość. Odpiął stanowczym ruchem srebrną broszę w kształcie smoka i peleryna Lorelay opadła z cichym szelestem. Jego twarz rozpromieniła się. Oczy powoli, niczym ręka zręcznego kochanka, pieściły jej ciało spojrzeniem. Tak długo się nie widzieli, że niemal zapomniał, jaka jest piękna. Miała teraz na sobie długą, czarną koronkową suknię, z zalotnym rozcięciem z boku, opinającą jej kształtne ciało, sznurowaną jak gorset na całej długości. Duży dekolt ukazywał częściowo krągłe piersi. Długie ciemne włosy spływały łagodnie do pasa, szare oczy patrzyły na niego z miłością. Była prawdziwą kobietą, dość wysoką, o zmysłowych kształtach, pełnych biodrach. W świetle księżyca jej jasne ciało odbijało blask delikatną poświatą. Wydała mu się cudowna niczym anioł. Ujął ją za rękę i podniósł jej dłoń do ust. Wstrzymała na chwilę oddech, podczas gdy on, patrząc jej prosto w oczy, muskał wargami każdy palec po kolei. Ten uwodzicielski gest wywołał u Lorelay dobrze znaną jej reakcję. Widząc błysk pożądania w jej oczach, Bartolomius przyciągnął ją do siebie z namiętnością. Poczuł, że zadrżała lekko, wtulając się w niego. Pocałował ją, głaszcząc delikatnie po plecach. Wodząc palcami po jej sukni poczuł, że pod nią jest naga. Podziałało to na niego jak najsilniejszy afrodyzjak. Szybkim ruchem odpiął broszę i zdjął pelerynę, zostając w samej koszuli i czarnych spodniach. Odrzucił niecierpliwie kosmyk włosów, błądzący po jego twarzy i spojrzał na Lorelay. Była tak kusząca, że zapragnął jej jak nigdy dotąd. Wziął ją na ręce, czule i delikatnie, jakby niósł na rękach najdroższy skarb, zaniósł na łóżko i złożył łagodnie na czerwonej pościeli. Podszedł do stołu, nalał wina do dwóch pucharów i wrócił do ukochanej. Położył się obok. Specjalnie przedłużał tę chwilę, aby nacieszyć się jej obecnością. Wypili w milczeniu parę łyków, całując się od czasu do czasu. Patrzyli na siebie z miłością i czułością. W pewnej chwili Książę odstawił puchary. Ujął Lorelay za rękę i poprowadził w pobliże kominka. Przytulił ją, kołysząc się z nią w takt melodii, słyszalnej chyba tylko dla nich dwojga. Bliskość jej rozgrzanego ciała podniecała go. Łagodny szelest koronki i zapach skóry ukochanej wzbudzał pożądanie. Odgarnął jej włosy i wpił się ustami w jej szyję. Wiedział, że uwielbia jego pieszczoty. Lorelay westchnęła z rozkoszy, gdy ciepły i wilgotny język Księcia zataczał zmysłowe kręgi po jej skórze. Jej ciałem wstrząsał lekki dreszcz pożądania i rozkoszy. Zamknęła oczy, mrucząc jak kotka, wyginając się, jakby domagając się kolejnych czułości. Wstrzymała oddech. Jego usta, muskające jej szyję, kończyły wędrówkę tuż przy nasadzie włosów wilgotnymi pocałunkami, które doprowadzały ją do szaleństwa.
Książę wyciągnął dłoń i nie przerywając pieszczoty zdjął ze ściany mały srebrny sztylet w kształcie smoka. Spojrzał na Lorelay i przyłożył jej zimne ostrze do skóry. W jej szarych oczach zamigotał tajemniczy blask, gdy wodził ostrym końcem noża po jej szyi i piersiach. Jednym, szybkim i zdecydowanym ruchem rozciął wiązanie sukni. Opadła, ukazując jasne, miękkie i gładkie ciało, łagodną linię bioder. Lorelay z figlarnym uśmiechem rozpinała guziki koszuli Bartolomiusa, w czasie, gdy on zdejmował spodnie. Byli nadzy, spragnieni siebie. Książę przyciągnął ukochaną do siebie, gryząc ja delikatnie w szyję, aż jęknęła z rozkoszy. Objął ją ramionami i przyciskał mocno, głaszcząc i drapiąc jej plecy, liżąc po szyi. Czuł, że i ona bardzo go pragnie. Całował drapieżnie jej usta, tak, iż zdołała jedynie jęknąć pomiędzy jednym pocałunkiem a drugim. Gładziła dłońmi jego włosy, przeczesując je palcami, ocierała się kusząco jak kotka, wzbudzając z nim nowe fale doznań. Odchyliła głowę do tyłu i patrzyła na niego przez zmrużone oczy. Objął ją mocno w talii i przytulił. Było w tym geście niemal błagalne zaproszenie, nie wymagające słów. Spojrzała mu w oczy i lekkim ruchem pociągnęła na łóżko.
- Jesteś taka piękna – westchnął, pieszcząc ją delikatnie. Mruczała przymilnie, obejmując jego plecy. Czuła, jak jego mięśnie napinają się pod dotykiem jej palców. Książę rozkoszował się tym, jakby dopiero w tym momencie rozpoznał swoje pragnienia. Leżeli nadzy, obejmując się. Czuła jego gorącą skórę. Przysunęła się bliżej niego, rozkoszując się tym dotykiem. Po chwili Książę wstał, podając jej puchar z winem. Wypili po łyku i odstawił go z powrotem na stół.
Lorelay stanęła przed ukochanym. Wspięła się na palce i ucałowała go delikatnie w czoło, a on objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Pocałowała delikatnie jego usta. Ich ciepło i miękkość działały zniewalająco. Ulegle poddała się tej pieszczocie, jedną ręką dotykając jego włosów, a drugą delikatnie przytrzymując policzek. Pocałunek stawał się coraz głębszy i gorętszy. Książę wyszeptał cicho jej imię. Znajome dreszcze, poczucie ciepła i podniecania obezwładniały ją. Liczyło się tylko to rozpalone, emanujące pożądaniem ciało, które czuła pod palcami. Kochali się z pasją, jakby istnieli tylko oni dwoje, zamknięci we własnych objęciach i rytmicznych ruchach ciał. Przyciągała go mocno do siebie, wbijając długie i ostre paznokcie w jego plecy. Słyszała jakby z oddali jego ciche okrzyki rozkoszy, a potem opanowało ją uczucie całkowitego odprężenia. Poczuła, jak kropelki potu spływają jej po brzuchu. Odsunęła jego dłonie i stanęła przed nim. Pocałowała go delikatnie w szyję. Kochała ten jego męski zapach, dotyk wilgotnej skóry. Delikatnie wytarła mu spoconą twarz. Objął ją i gładził czule jej gładkie, nagie ramiona. Wzięła go za rękę i poprowadziła przed kominek, zabierając ze stołu puchary z winem.
Leżał przy niej, wyciągnięty na niedźwiedziej skórze, trzymając na piersi kieliszek z winem. Podłożył pod głowę parę poduszek. Jego profil wydawał się w świetle ognia wyjątkowo męski. Jakiś niesforny kosmyk włosów tańczył po jego czole. Bezwiednie wyciągnęła rękę, by go odgarnąć. Światło kominka podkreślało jego urodę, a usta rozchylały się w słodkim uśmiechu. Delikatnie i czule dotknęła palcami jego warg. Zamarła na moment, gdy wyjął puchar z jej dłoni i odstawił go na bok. Dźwięk dotykającego kamiennej posadzki srebra był tak nienaturalnie głośny, że wręcz boleśnie zakłócił panującą ciszę. Pocałunek Księcia miał smak wina i słodkiego pożądania. Odchyliła delikatnie głowę. Poczuła obezwładniające ciepło jego pięknego ciała. Zanim zdążył się zorientować, leżała już na plecach, a miękkie niedźwiedzie futro przyjemnie ją łaskotało. Książę całował jej brzuch, mrucząc cicho z zadowolenia, a ona czuła jak krew pulsuje jej w żyłach. Zacisnęła palce w jego włosach, jakby chcąc go odepchnąć, ale tylko mocniej przyciągnęła go do siebie. Dotyk jego języka i ust działał na nią jak narkotyk.
Odpoczywali później przez chwilę, popijając w milczeniu wino. Słowa nie były im potrzebne. Mimo odpoczynku obsypywała go drobnymi pocałunkami. Przytulił ją do siebie i leżeli w ten sposób przez chwilę, która wydawała się nieskończona. Książę gładził jej plecy i ramiona, szeptał coś cicho. Odrzuciła do tyłu niesforne kosmyki, prężąc się rozkosznie. Była w swoim żywiole. Czuła jego spojrzenie na sobie i wiedziała, że jest teraz piękna. Książę objął ją, kołysząc delikatnie i całując. Odgarnął jej włosy z twarzy. Było im ze sobą tak dobrze. Zupełnie jakby czas cofnął się, wymazując z pamięci wszystkie przykre chwile i wspomnienia. Za oknem wstawał świt a oni zasypiali wtuleni w siebie, cudownie zmęczeni miłością i szczęśliwi.
Dawno, dawno temu, w 1993 roku na łamach Metal Hammera w rubryce "Out Of Darkness" pojawiła się recenzja którejś z demówek naszego rodzimego, łódzkiego Sacriversum. Pamiętam, że redaktor bardzo pochlebnie, wręcz euforycznie wypowiadał się na temat tego zespołu, wróżąc mu szybką karierę. Tak się jednak złożyło, że pierwszym i jak dotąd jedynym wydawnictwem tego składu, jakie słyszałem, jest właśnie "Beckettia". Ciężko jest mi więc porównać ten album do wcześniejszych dokonań zespołu, ale niestety muszę chyba przyznać, że albo ówczesny redaktor Metal Hammera miał małe wymagania, albo po prostu Sacriversum nie do końca wykorzystał swój potencjał.
Czasami nie rozumiem rynku muzycznego. Są takie zespoły, których raczej nie wymienia się jako czołowych przedstawicieli gatunku, a mimo to każde ich wydawnictwo jest wielce oczekiwane i zazwyczaj przynosi kawał świetnej muzyki. Nie inaczej jest z Agalloch, którego muzyka wielce nawiązuje do starej Katatonii, My Dying Bride czy też do Opeth.
Taka płyta jaką była "House Of God" była Kingowi potrzebna. Co prawda już "Voodoo" można nazwać dobrą płytą, ale ten krążek podniósł poziom i udowodnił, że King potrafi stworzyć jeszcze ciekawsze dzieło. Chcąc pójść za ciosem postanowił nagrać drugą część "Abigail", która zarówno przez krytykę jak i przez muzyków uważana jest za szczytowe osiągnięcie zespołu. O płycie było bardzo głośno przed wydaniem, spekulowano nad tym czy dorówna pierwszej części ... Prawda jest jednak taka, że w sztuce sequele wychodzą gorzej niż pierwsza część, toteż nie spodziewałem się po tym wydawnictwie czegoś olśniewającego.
Splity mają to do siebie, że zazwyczaj zawierają muzykę młodych zespołów, które dopiero stawiają pierwsze kroki i jeszcze nie mogą się przebić lub nie mają zarejestrowanej większej ilości materiału, aby wydać samodzielne wydawnictwo. Omawiany tutaj krążek zaskakuje pod dwoma względami - po pierwsze, o ile Revelation Of Doom jest młodym zespołem, o tyle Throneum istnieje od ponad 10 lat i ma za sobą już niezliczoną liczbę wydawnictw. Kolejnym faktem jest to, że zespoły porozumiały się, iż zagrają po 2 nowe utwory autorskie, a reszta to będą covery zespołów, którymi się inspirują.
Po nagraniu "Don't Break The Oath" Mercyful Fate zawiesił działalność, a lider zespołu, charyzmatyczny Kim Petersen ukrywający się pod pseudonimem King Diamond, postanowił kontynuować karierę muzyczną w zespole nazwanym jego pseudonimem - King Diamond. Od razu zrodziły się pytania, czy nowy zespół będzie tak niesamowity jak Mercyful Fate, czy udźwignie ciężar popularności poprzedniego zespołu muzyka.
Końcówka lat 80 raczej nie byłą łaskawa dla heavy metalu, w wyniku zalewu rynku amerykańskim rockiem zespoły zaczęły uciekać się do wplatania w swoją muzykę elektroniki, aby nadać jej lekkości i przebojowości. Po serii bardzo udanych albumów jakimi bez wątpienia były "Abigail", "Them" i "Conspiracy" ów trend również dopadł Kinga Diamonda. Niewątpliwie kontrowersyjnym posunięciem musiało to być, gdyż muzyka zespołu raczej nie wykazywała predyspozycji do wplatania weń bardziej "komercyjnych" motywów.
"Chaosphere" - album przez jednych uznawany za kultowy, przez innych zapomniany. Meshuggah intrygowało już od debiutanckiego krążka, kiedy to próbowało grać pod Cynic, ale to "Destroy Erase Improve" było albumem, który zaprezentował prawdziwe oblicze zespołu. Przez wielu jest on uznawany także za najlepszy album w dyskografii Szwedów. Prawda jest jednak taka, że "Destroy..". było zupełnie inne od debiutu, toteż "Chaosphere" miało być wyznacznikiem wartości zespołu.
Tytuł tego krążka kojarzy się niewątpliwie z "Master Of Puppets" Metalliki, czyli albumem uznawanym za najlepszy w historii muzyki metalowej. "The Puppet Master" dla odmiany mógłby być złym bratem bliźniakiem wspomnianego krążka. Nie wiedząc czemu, King Diamond się zdrowo wypierdolił i stacił zęby, a upadek spowodował u niego poważny wstrząs mózgu! Nie wiem, co się stało, ale "The Puppet Master" jest albumem ze wszech miar słabym, jeśli nie najgorszym w dorobku formacji! Zacznijmy od absurdalnie nieciekawej okładki, na nieciekawej muzyce kończąc.
Gdy dostałem to wydawnictwo do ręki, pomyślałem, że będę miał do czynienia z kolejnym młodym, satanistycznym zespołem black metalowym, który chce grać najbrutalniej, najszybciej i w ogóle naj ... Tymczasem okazuje się, że Sathanas to czołowy przedstawiciel amerykańskiego black metalu, będący na scenie od ponad dwudziestu lat. Tamtejsza krytyka określa zespół jako najlepszy na zachodniej półkuli ... Hmm.
Pain Of Salvation bezdyskusyjnie należy do czołówki współczesnej sceny progmetalowej. Jest to jednak zespół zupełnie inaczej grający niż Dream Theater i dopiero właśnie "The Perfect Element" pozwolił zespołowi wypłynąć na szersze wody. Wcześniejsze albumy, choć niezłe, nie wzbudziły wielkiego zainteresowania. Szwedzi zdecydowali się więc na bardzo radykalne posunięcie i nagrali tym razem koncept album. Nie jest tajemnicą, że jest to bardzo trudna sztuka i w gruncie rzeczy niewiele jest albumów konceptualnych w pełni udanych. Jako wzorcowy przykład może posłużyć "Still Life" Opeth.
ÁSMEGIN began in late 1998 as a
Norwegian Viking metal band and motivated by the will to merge
traditional romanticism with heavy metal. The initial line-up included
Auðrvinr Sigurdsson (guitars, vocals), Iving Mundilfarne (guitars,
flute), and Marius Olaussen (guitars, synth, vocals). Several months
later, ÁSMEGIN were joined by Nordalv (alias Skule Jarl) on drums and
Tomas Torgersbråten on bass.
After Iving left the band in
1999, the band recorded their first demo, Naar Rimkalkene Heves (As the
Chalices Are Raised). This demo was released through Marius' label
Valgalder Records and was positively received by critics and fans
alike. Referred to by some as “a new wave of metal”, the band had
successfully merged the traditional heavy metal sound, the Nordic black
metal influence, and Scandinavian folkloric melodies.
Unfortunately
ÁSMEGIN experienced a lull following the April 2000 recording of their
second demo, Af Helvegum (On the Path to Helheim). The demo, which
followed the lead of their previous effort—its sound still markedly
representing the Viking metal genre, yet leaning more heavily on the
folkloric aspects—was unfortunately never released, and future
prospects turned grim as the band slowly dismantled.
Yet the
two remaining members, Tomas and Marius, did not easily forget their
musical calling, and shortly thereafter, Marius found an eventual
replacement in Tommy Brandt (drums), who a year later, in the fall of
2001, would join him and Tomas in forming a new band. Tommy Brandt
brought a groovy rock influence that perfectly complimented the old
ÁSMEGIN material. The old songs were given new life and became more
easily accessible to a wider commercial audience.
With Tommy
perfectly mastering the rhythm section, the band entered TopRoom
Studios to hold auditions. ÁSMEGIN found their frontman in Bjørn Olav
Holter, a.k.a. Narrenschiff, who joined on a permanent basis. His
intense and energic voice worked the material perfectly. While the
Viking metal feel had all but disappeared, Bjørn breathed more
intensity to the songs.
Finally, after months of searching for
the right guitarrist, Raymond Håkenrud joined ÁSMEGIN in time to enter
TopRoom Studios on 18 February 2002. With Børge Finstad producing the
recording effort, ÁSMEGIN slowly completed Hin Vordende Sod & Sø
(The Prospective Broth & Soup), a title that makes reference to the
disparate metal styles that had come into play.
In
experimenting heavily with Scandinavian folk music, ÁSMEGIN has been
fortunate to feature the exceptional work of gifted musicians such as
Lars Fredrik Frøislie (White Willow, Wobler) on piano and samples, Lars
Nedland (Borknagar, Solefald) on vocals, Sareeta (Ram-Zet) on fiddle
and female chants, Anne Marie Hveding on additional female chants,
Oddrun Hegge on the Norwegian zither, Gunhild Førland on the flute, and
Anja Hegge Thorsen on the Jew's harp. They all have spiced the material
with their own personality, style, and flair, making Hin Vordende Sod
& Sø an even more original and creative album.
In the
spring of the year 2003, ÁSMEGIN signed a four-album deal with NAPALM
RECORDS to include Hin Vordende Sod & Sø. This debut is scheduled
for a 25 Aug 2003 release.In 2005 After two years Sareeta and Tommy has
left the. But we have decided not to spend our time looking for
replacements, and rather focus on the upcoming release
2006 - So,
after several hours with lyric and song writing, we're finally ready to
record the new material. It'll probably be a double album of
approximately two hours running time. Right before the recording, Lars
Fredrik Frøislie, who has been a session musician for us all this time,
decided to join the band on permanent basis.
2007 - Nowadays we're recording the album.
Members:
- Lars Fredrik Frøislie – Keys
- Erik Fossan Rasmussen – Ocal
- Tomas Torgersbråten – Bass
- Raymond Håkenrud – Guitar
- Marius Olaussen - Guitars, Synth, Vocals
Discography:
- Hin Vordende Sod & Sø - 2003
- Naar Rimkalkene Heves (demo) – 1999
From: www.napalmrecords.com/promo/asmegin & www.asmegin.com
Przed wydaniem tego krążka było bardzo głośno. Poruszał on bowiem bardzo kontrowersyjny temat bezpośrednio dotykający religii, historia zakrawała wręcz na obrazoburczą, a King zarzekał się, że powstaje właśnie najcięższy krążek formacji. Na dobrą sprawę tylko pierwsza część tego stwierdzenia jest prawdziwa. Swoim ciężarem album raczej nie przewyższa poprzedniczek, ale historia odśpiewana przez Kinga rzeczywiście jest najbardziej kontrowersyjna ze wszystkich dotychczasowych.
Dziś - 30 marca od godziny 22.10 program Kontrapunkt ponownie zaprasza by wejść przez otwarte zachęcająco wrota do krainy, gdzie wszystko malowane jest ciemnymi barwami.
Po raz ostatni w tym miesiącu spotkamy Lisę Gerrard i jej cudowny album "The Silver Tree". Jako że "Srebrzyste Drzewo" było płytą marca, ostatnie egzemplarze oryginalnego australijskiego wydania zostaną rozdane słuchaczom, którzy wezmą udział w konkursie SMS-owym. Co będzie wydawnictwem miesiąca kwietnia na razie spowija czarna mgła tajemnicy.
Cryptic Wintermoon was founded 1993 out of former members of the band BLACK PROPHECIES. This first formation consisted of the following members:
Bernd Seeberger (vocals/keyboards), Larsen Beattie (guitars), Christian Reichel (bass guitar) and Marek Karakasevic (drums).
With
this formation CRYPTIC WINTERMOON played a few local concerts. At the
end of 1994 Bernd Seeberger decided to leave the band because of
personal reasons. Ronny Dörfler, the vocalist of a local Thrash band
called TERRIBLE SOMNIUM took the place behind the CRYPTIC WINTERMOON
microphone. Later drummer Marek had been replaced with the former
TERRIBLE SOMNIUM guitar player Alexander Pöhlmann. With this line-up
the band recorded the demo-tape "Voyage Dans La Lune" in August 1995,
which was mainly sold in the underground. As Ronny decided to
concentrate on his part as singer, Andrea Walter came into the band to
play the keys.
Uciekała, szybko jak jeszcze nigdy w życiu... Od gwaru ludzkiego, od pogardliwych spojrzeń, od świata. Las był jej jedynym prawdziwym domem, ostoją na czas burzy i nieładu w życiu. Wycięli. Jezioro oczyszczało jej duszę z grzechów i niepewności. Osuszyli. Gwiazdy dawały nadzieję na lepsze jutro, że można żyć inaczej... Zasłali niebo chmurami toksycznego dymu...
Bezsensownie uderzał głową w ścianę po raz kolejny odreagowując stres i natłok codziennych obowiązków. Dobra praca, wysokie zarobki i brak szczęścia w życiu osobistym. Bez większych perspektyw na odmianę losu... Zlecenie, wykonanie, gratulacje i kolejna bezsenna noc. Autostrada Prochy – Donikąd powoli kończy się zapowiadając nieuchronny koniec. Czy jest jeszcze nadzieja dla takich jak On...?
Odwrócili się do siebie plecami. Jak zwykle miała pretensje o późny powrót do domu a teraz o to, że zabiera jej za dużo kołdry. Jak zwykle zasiedział się w pracy zapominając o jej urodzinach. Dobrze, że nie są małżeństwem, choć wie, że Ona to planuje. Zasnął, doskonale, może poczyta albo... nie, nie będzie uciekać po raz kolejny do chorego świata swoich marzeń sennych. Dobrze wie, że to donikąd nie prowadzi... A było tak pięknie... Kiedyś... Ciekawe, czy Ona już śpi? Może... Co tam, że jest zmęczony, mężczyzna ma swoje potrzeby a zadaniem kobiety jest je wypełniać... „Kochanie... Śpisz?”
Cierpliwie czekała, aż ciosy przestaną spadać na nią niczym grad. Przyzwyczaiła się przez osiemnaście lat swojego mało wartego życia. „Rodzice”... nie, tych ludzi nie mogła nazywać nawet ludźmi a co dopiero rodzicami. Przestali. Dzisiaj chyba się gdzieś wybierają, spieszą, okazali mniej zainteresowania swojemu dziecku, krócej ją bili. Zawsze to do jutra ma czas, żeby przygotować się na kolejne „przygotowanie do dorosłego życia”. Nie pokazała im wyników, które pokazują jej drogę wyjścia, wolności. Nie wiedzą i postara się, żeby jak najdłużej nie wiedzieli, że ma białaczkę. Będzie wtedy prawdziwie wolna...
Pierwsze kroki na własnych nogach... Świeżo odzyskane życie, na nowo uczy się uśmiechać... Od czasu wypadku niewiele miał ku temu sposobności... Teraz chce mieć swoje życie, nie życie lekarzy i pielęgniarek, swoje własne! Znajdzie dziewczynę, podejmie pracę, kupi dom i będzie miał trójkę.. nie, nie, piątkę dzieci bawiących się w ogródku z psem i kotem. A to jest na wyciągnięcie ręki! Tylko się postara i wszystko wróci do normy!
-Panie doktorze, może powiemy mu już, że tamten facet przed swoją śmiercią zaraził go...?
„10 maja. Widziałem Ją kolejny raz. Ma piękne oczy, w które chce się patrzeć bez przerwy. Ojciec znowu wrócił nachlany do domu. Wszystko przez niego, nie mam prawdziwego życia. Nie mogę nawet Jej zaprosić na kawę. Nie może się dowiedzieć, jak wygląda mój dzień powszedni. A czasami chciałbym mieć wreszcie chwilę normalności... Może matka maiła rację? Może ja też powinienem się powiesić...?”
Drżącymi rękoma sięgnęła po test. Tak... Wpadła... Nie, raczej powinna pomyśleć: wpadli. Chociaż, czy matka powinna wstydzić się swojego dziecka, nie chcieć go? I tak każe zrobić jej skrobankę. Zawsze chciała mieć małe dziecko, jej własną istotkę do kochania. Coś, co dałoby jej odczuć, że jednak nie jest sama... Nie, nie będzie się przywiązywać, i tak za tydzień, dwa, trzy straci i tą nadzieję... Przez niego...
Połknęła dwie kolejne pigułki i popiła je wodą z kranu. Poprawiła włosy, zamknęła puste już pudełeczko po środkach uspokajających i wyszła z toalety dla klientów. Idąc galerią widziała ludzi śmiejących się, robiących zakupy. Jakaś para pokłóciła się o drobnostkę... Ona podobno spojrzała w stronę innego. To nic, że on był od niej co najmniej o piętnaście lat młodszy, on to widział i się znowu drze. Tam jakieś małolaty próbują kogoś wyrwać, ktoś ukradł bluzkę. Odzyskawszy spokój wewnętrzny dzięki kolejnej porcji leków spróbowała się uśmiechnąć i udając silną poszła na kawę.
Aż dziw mnie bierze, że klony Dream Theater mają jeszcze wzięcie. Wszelkie wydawnictwa zespołów power-progmetalowych staram omijać się szerokim łukiem, ale od czasu do czasu należy przesłuchać coś aby nie wypaść z obiegu. Tak się składa, że kolega polecił mi norweski Circus Maximus, który, jak potem poczytałem zebrał sporo pochlebnych recenzji w zagranicznych portalach.
Po nagraniu dwóch słabszych krążków King Diamond nagrał album, który przez jednych uważany jest za najlepszy, a przez innych za najgorszy krążek w dorobku zespołu. "Voodoo" bo o nim mowa jest faktycznie inny od poprzedniczek i mógł wprowadzić pewną konsternację wśród mediów.
O tak! Niespełnione marzenie w końcu stało się faktem i udało mi się pojechać na Metalmanię. Długa podróż z przygodami i część ekipy DarkPlanet zjawiła się o 10:30 w Spodku. Zgodnie z planem Metalmania miała startować o 10:00, ale jak to zwykle bywa - opóźnienia...
When author Herman Melville penned his infamous novel Moby Dick back in
1851 he had no way of knowing it would become a deep, dark well of
inspiration for future generations of artists. Case in point with the
German Doom Metal band AHAB, who has created a unique soundtrack for
what is an undeniably unique story. Named after the novel’s tyrannical
ship’s captain, AHAB gives Melville’s words musical form, capturing the
tension and mood bleeding off the pages and bringing his revered tale
to life.