Nie każ mi już zamknąć oczy,
Mimo sen słodki jest.
Tak bardzo bym chciał twarz Twą wciąż oglądać,
Ona wciąż nie zmienia się,
Ona wciąż piękna jest.
Czuję jak w moich nogach lekko już jest.
Może już mam odlot,
Może i Ty polecisz ze mną też?
Chciałbym na wieczność czuć czym miłość jest,
I czuć ta słodycz i gorycz nie ustanie też.
Głowa ma, opada lekko na poduszkę,
Niczym listek frunący i równie lekko ląduje na ziemi.
Sen lepkim zmęczeniem zakleił dzień,
A noc przytuliła niczym ciepły koc.
Chciałbym żyć tak w nie ustaną moc.
Dotykam Twej dłoni, potem twarzy,
Czuję delikatność, cudniejszą niż aksamit.
Dotykam siebie na ustach i na twarzy,
Lecz jedwab mi się z nią nie kojarzy.
Siedzę głęboko w fotelu nie czując wygody,
Dzwony biją w kościele radośnie dla wierzących;
Osaczając ateistów o bezbożność wrzeszcząc im do uszu,
Że niedziela to dzień żaden inny jak tylko boży!
A dajże mi Panie spokój!
Jak dajesz szczęście swym baranom,
Tako mnie zostaw wreszice zdala od Twych nakazów
I daj odpocząć od zakazów.
Tak, właśnie wyobrażam sobie jak grozisz mi palcem,
Siedzisz na tym swoim błękitnym obłoczku krzywiąc się w niesmaku.
Myślałeś, że jeślim ochrzczonym to od razu Tobie oddanym?
Otuż plecy Twe są mi bardziej łaskawe niźli wola.
Wiesz ile czasu już mnie cieszy swoboda?
Wiesz jak to dobrze jest być wolnym i niezależnym?
Oczywiście Ty nigdy tego nie poznasz
Bo któżby innym mógłby Ciebie jak nie Ty sam zastapić?
Popatrz, tylko popatrz!
Popatrz ile weń mnie teraz szczęścia i życia.
Popatrz jak bardzo się zmieniłem!
Tylko zastanów się wpierw, czy dzięki Tobie tego dokonałem.
Szczerze mówiąc boli mnie głowa gdy Ci to mówię,
Pęka mi czaszka na myśl, że się Tobie wyżekam.
Ale wiesz? To nawet miłe móc wreszcie się odważyć
I zamaist kiwać zawsze głową na ‘tak’; powiedzieć wreszcie – nie!
Czasem miewam wrażenie, że alkohol jest mym drugim kaznodziejem;
Co prawda nie odpuszcza mi pamieci ale rozluźnia co już samo w sobie kręci.
Zawsze sobie tak liczę, że każdy kieliszek jest przekleństwem ku Tobie;
Ale cóż po tym skoro mam słabą głowę?
Myślisz teraz, że nie jestem w stanie się Ciebie wyżec,
Przepraszam ale właśnie chyba...właśnie chyba to prubóję powiedzieć.
Nie będę płakać z tego powodu albo mieć wyżuty,
Tylko mieć wrażenie zewiedzenia i w głebi duszy ubogim.
Bez idei i marzeń...
Nie da się żyć.
Umierasz na bezsens...
A co gorsze – wiesz dlaczego.
Nie dokończona sprawa...
Nigdy nie utonie.
Miłość tą sprawą...
Od zawsze jest – wszędzie.
To, do czego podobnym być mogłem,
Stanowi odzwierciedlenie marzeń..., których brak.
To, co mym ideom podobne być mogło...
Pływa na wodzie, ale z dala od lądu.
Gdziekolwiek jestem...
Nie podobne to do życia.
Gdziekolwiek bym był...
Przypuszczam, iż mogło by być choćby odzwierciedleniem bytu.
Pytałbym...
Milczę.
Płakałbym...
Oczy mam zamknięte.
Słyszałbym...
Gdybym rozumiał.
Nadszedł już czas.
Czas na wspólny taniec.
Taniec czystych okrytych namiętnością.
Taniec wolnych od rzeczywistości zakochanych serc.
Gitara powoli łka.
Łapiąc chwilę za chwilą,
Otula ją swą melodią.
I rozkochuje do czerwoności.
Krok za krokiem,
Krok po kroku,
Zatańczymy nasze wspólne tango,
Do wolności miłości.
Czas leci, sekunda za sekundą.
Umyka jak woda z nieskończonego źródła życia.
Wiesz dobrze, jak pachnie ta chwila.
Ten jedyny w swym rodzaju moment.
Trzymasz się mocno ramienia,
Wtulając się w nie jak w poduszkę wypełniona puchem.
Druga dłoń spleciona z palcami partnera,
Rozpala coraz to bardziej.
Tempo powoli przyspiesza,
Krok w przód, krok w tył,
I znów jesteś przy ramieniu.
Jakież to czyste i niewinne.
Gitara już płacz przyciszyła,
Tango na chwilę stoi.
Czyżby błąd w nucie?
Czyżby ktoś ten taniec chciał skrócić?
Nie pozwolisz na to na pewno.
Trzymasz się planu obmyślonego z góry.
Wiesz co będzie dalej.
Wiesz, jak ma zakończyć się taniec.
Nareszcie, jesteś przy ramieniu,
Lecz dłonie na ramionach partnera.
Usta blisko szyi,
Pożądanie samo przybiera na mocy...
Tak, jeden pocałunek.
Tylko jeden i...
Żądza dalszego odczucia sama by się poruszyła.
Niech ta chwila zatrzyma czas...
Usta w ustach...
Niczym rzeźba pary kochanków,
Przyłapanych na chwili czułości,
W niekończącym się tańcu wirujących uczuć...
Me marzenie to pocieszenie,
a Twe zadowolenie -
To jest me marzenie.
Skonać u boku miłości,
w mrocznej duchownej czystości.
Chcę tam być na zawsze,
Zostać kim pragnę,
Posiadać kogoś takiego jak Ty,
i mieć kolorowe sny.
Chcę by jasna poświata objawiła mi Ciebie,
Może w piekle może w niebie.
Ale jednej rzeczy jestem pewien i pamiętać zawsze będę -
Zawsze bliskich memu sercu, lubować będę.
Gdyby kwiaty znały słowy, nie płakałyby w niebo głosy.
Łkały, kędy kropli deszcz - biały;
spływał po jej liściu - ciele i próbował zakwitnąć na skale.
Kwiat ten śliczny choć nieśmiały, mimo swego wdzięku doskonały!
szczypta piękna, elegancji ruch i na wietrze tańczy z gracją.
Kwiecie piękny coś jest mały, o urodzie przewspaniały!
Powiedz wreszcie, powiedz Ty mi, ile już do końca Twoich dni,
ileż kropel liczyć mam, kędy płakać powiesz mi!
będę płakać z wielkim żalem, cierpieć, błagać, życie targać!
Bo co piękne, sprzedał śmierci, życia stragan.
Stworzyłeś mnie Panie na swe upodobanie. Karczowanie żywych nie było Tobie dane! Szukałeś posłusznej silnej ręki by wyręczać swe udręki...stworzyłeś mnie Panie na swe upodobanie. Kosę w ręce wszczepił, nieśmiertelność w żywot wlepił i na zewnątrz wypędził bym porządek na ziemi pełnił...nie byłeś w pełni świadom tego, coś popełnił...
Niechaj ci co wciąż stąpają po ziemi mają się na baczności -bo wzrok tych na górze,
który cieniem płynie za nami jest bystrzejszy niźli u najleprzego sokoła...
miejcie się na baczności,
liczcie karty swego życia ważności, liczcie ile dni, tygodni, miesięcy, lat -
pozostało do waszej pod ziemię upadłości...
* * *
Morta Certa, Hora Incerta... - śmierć pewna, godzina niepewna...
Na krawędzi dnia i nocy
Huśtawka życia rozpięta
Rozpięta na konarach naszej duszy
Której pożywką jest przelana krew wybranych
Oddali nam to co najlepsze
Miejsce do którego dochodzi światło
Światło nowego jutra
A my cała reszta
Połączona ciemnością walczymy
Wspólnie ze sobą o mały skrawek ziemi
Bo tez chcemy poczuć ciepło jasność jutra
Okryty peleryna z piór
Czarnych niczym dusze ludzkie
Przechadzam się po cmentarzysku
Zwanym przez potępieńców ziemia
Szukam jednej malej duszy
Niesplamionej grzechem
Jednej nie zapełnionej tabelki
Wiem ze mój widok odstrasza
Czarne poszarpane skrzydła
Obdarta peleryna
Wyschnięte krwawe oczy
Wyniszczona cera
Poprzez czas
Upiór w obliczu Anioła
Anioła ciemności
Jestem krzewem
Który krwawi
Jestem kwiatem który więdnie
Poszukując sensu
Którego nie ma
chory na życie - umieram...
umieram i rodze sie na nowo,
ale to juz nie jestem ja,
to ta gorsza strona mojego nieistnienia...
Ide przez życie - martwy
śmieje sie innym w twarz,
zygam na nich swoja nienawiścia,
patrze jak oni sie cieszą - i zabijam...
zabijam w nich radosc i rozdaję łzy,
a łzy spadają na martwą ziemie -
i ziemia sie rozstępuje pod ciężarem łez...
na początku był chaos - i na koncu tez jest...
Zapłakane niebiosa rozpuszczają ziemię.
Moczą na swą sól,
Zabrudzają powietrze.
Ty jedyna stoisz na tym wietrze,
Patrzysz się na księżyc i ze łzami w oczach na spółkę z boskimi mówisz:
Kurwa! Jak długo to trwać jeszcze będzie!
On do Ciebie szepcze,
Tyka usta, tyka rękę.
To już koniec, to blade powietrze.
Wspomnienia z historii dawnego istnienia,
Myśli, słowa, stare znaczenia.
Lecz w czyim kierunku do wyrzucenia?
Maltretujesz swoją duszę,
Splatasz dłonie, chrzęst kostek.
Chcesz to zrobić, lecz to jeszcze nie koniec.
Zamartwiasz swe serce różnymi odczuciami,
Grzechem i zemstami.
Lecz spójrz teraz w lustro, i spowiadaj się sobie, póty nie nadeszło nowe jutro
Słowa za słowem,
A słowa między nimi.
Rozmowy bez tematu,
Rozmowy bez sensu.
Każdy mówi to co chce,
Półsłówkami, równoważnikami.
Słowami znaczącymi,
Słowami bez znaczenia.
Setki rozmów,
Setki słów.
Setki rozmyśleń,
Setki głupot.
Słowa inteligencji,
Słowa tępoty.
Słowa kultury,
A za nimi bluzgi.
Rozmowy o tym,
Rozmowy o tamtym.
A czy myślnik jest za kropką,
To trzeba już sprawdzić.
Wargi mówią swoje,
Oczy mówią swoje.
Mówimy co myślimy,
Choć czasem jest na odwrót.
Błędy, pomyłki, przejęzyczenia,
Ortografia i gramatyka.
Też ma wiele do życzenia,
Lecz rozmowy to nie zmienia.
Wdech...i wydech...
Wdech...i wydech...
Łyk wody... zwrócenie krwi...
Zwrócenie krwi...łyk wody...śpi.
Patrzy...mróży...
Patrzy...mróży...
Spogląda...razi oczy...
Oczy razi...mróży oczy...oślepł.
Wznosi dłoń...chyli głowę...
Chyli głowe...gdy wznosi dłoń.
Klęka...zniża...całuje...
Całuje...wstaje...klnie.
Grozi...kiwa pieścią...
Kiwa pięścią...grozi...
Wznosi szable...rozkaz daje...
Rozkaz daje...strzela...umiera.
Nastał zmrok, a słońca upadekZa horyzontem, gdzie u nas powieszono
Księżyc na czarnej firance
Uplecionej w gwiazdy.
Wezbrawszy słowa niczym potok swe
Wody ocean wypycha na brzeg
Zostawiając pianę w kąciku ust
Niespokojnie.
Trzymając tę grusze drewnianą
Na nodze nałożonej na nogę,
Szczycąc się jej smakiem dźwięku
W nieludzkiej barwie głosu...
I wyciskam! Z siebie śpiew
Ptaków koncert naprzeciwległym drzewie
Szarpiąc je za metalowe gałęzie
Nucę sam do siebie.
Patrzysz na to wzruszenie a emocję
Będące nieodłącznym elementem
Love – sfery wykreowanej i sprawdzonej
Przez ludzi, którym się zwyczajnie nudzi.
Witaj, pocałuj mnie.
Zostaw podpis swój na ustach mych
Jako podpis malarza na obrazie.
Powitaj, zimne dłonie me.
Powstrzymaj je od drgań
Nieustannie powodowanych zimnem.
Witaj, spójrz na mnie.
I nie patrz maślanym obliczem swoich oczu
Lecz iskrą i uśmiechniętym ogniem szczęścia.
I czy to dziwne,
Że stukając w klawisze rozstrojonego pianina
Tworze muzykę?
I czy to dziwne,
Że tworząc ją nie razi mnie jej barwa?
Witaj, pocałuj mnie.
Jak ten kołeczek za klawiszem strunę
Zawsze brzmiąc inaczej.
Powitaj, zimne dłonie me.
Spleć swe palce z moimi palcami i wpleć je w te oto struny.
Witaj, spójrz na mnie.
Teraz poruszaj palcami a patrz w oczy me
I mów słowami, które są nutami muzyki z dłoni mych.
I czy to dziwne,
Że ciało me tym instrumentem się stało
A dłonie me wplecione są w Twe?
I czy to dziwne,
Że mówisz nutami, a moimi słowami?
Witaj, pocałuj mnie.
Jak co dzień nowy dzień
Grając ze mną o mnie.
Powitaj, zimne dłonie me.
Jak co dzień je witając
I plącząc me zimne ze swoim ciepłem.
Witaj, spójrz na mnie.
Pełnią uroku swego błyszczącego
Fortepianu w Twoim oku.
Na wyżynach życia stoisz i czekasz na...
Łzy cichutko płyną na ten podły świat
Na tych ludzi złych
I całą miłość twą
Spójrz jak czai się zło
Na wyżynach życia stoisz i czekasz na...
Wiesz już że ten świat
Nie jest złamanego grosza wart
Jesteś sam jak palec
I nie masz dokąd iść
Duszy nie masz też
Nadeszła właśnie Pani Śmierć
Na wyżynach życia stoisz i czekasz na...
Swe marzenia śnisz
Tak jak czarny ptak
Bóg jest w twoich oczach
I jak księżyc lśni
Demony już przyszły więc idź
Biegnij ile sił
I nie zatrzymuj się
Jeśli będziesz biegł nie dogonią cię
uwolnij w sobie zło
i zaciśnij pięść
walcz o swoje życie i o wolność też
Wschód
Migoczący blask w oku,
Szumiąca natura za oknem.
Ciemne chmury już dawno opadły ku ziemi,
W odległej krainie.
Owijam się Tobą niczym ciepłym kocem,
Tulę się czule i bezkreśnie grzeję.
To czuć rad ciągle chcę,
To kochać ku końcu też.
Zimną dłoń podaję słowu ataraksja.
Ongiś mi wstrętne, wrogie, podstępne.
Mimo, znając jego znaczenie,
Wiem, że dobre progi zawsze będą dla niego niedostępne.
Jam zapowiadam sobie przyszłość,
Mym wróżbitą Tyś me krwiste serce.
Już nie pierwszy raz na krwawą miazgę Ciebie próbowano,
Mimo nieskutecznie, mimo to niepotrzebnie.
Lodowatym wzrokiem zabijam złe spojrzenie,
Złą myśl, złe marzenie.
Śmierci, rzuciłem nie pierwszy raz złe życzenie,
A o jego spełnieniu – ucho me zawsze będzie chętne.
Tego pragnę i tego chcę,
To pożądam i to lubię.
Grzebać rękami w piasku ziemi,
Bez koniecznie wspominania młodego siebie.
Kocham Ciebie i Tyś mym największym dorobkiem,
Moją zdobyczą w wojnie z czasem.
Tyś mym największym skarbem,
A ja zagorzałym chroniącym Ciebie piratem.
Tyś królową mego życia,
I na ongiś tronie zasiadasz.
Tyś mym światłem – dniem, ciemności – nocą,
Tak zdrowiem jako chorobą.
Południe
Mój obraz, nie był zawsze wypchany barwami,
Jeśli – to niczym zabite zwierze – sztuczne.
Ongiś miał krajobraz życia, przeszłości mej przedstawiać sceny,
Jest wciąż tak samo – biały.
Miały być na nim,... kwiaty,
Niebo, pola, lasy – obraz matki w pełni bogaty.
Teraz obraz stoi blady,
Chroni się; widok słońca – nieubłagany.
Słońce na szczycie swego położenia,
Odbija Twymi dłońmi na policzkach wrażenia.
Gorące uczucie rozkosznego spełnienia,
Rozpalonego niczym żelazo od erotycznego szaleństwa.
Gra to jest czysta, prawa ręka – boska,
Nie każe mnie, nie jeździ wścibsko po troskach.
Jestem silnym, zamkniętym na jego łaski,
Kładę miecz na biblijną wagę.
Nie wzywam do walki,
Ni gonitwy za wrogiem.
Jam taniec wybrać wolę,
Niźli brudzić matki skórę.
Zew krwi mnie nie fascynuje,
Zbrodnia mimo korzyści – zasłania na wieki słońce.
A sumienie? Rozgoryczone, płonące
Nie wytrzyma, nie da rady chować się przed sądem.
Ongiś z czasem mnie osądzi,
Wsadzi rękę w pierś, ściśnie serce tętniące.
A kędy te wrzaśnie o litości proszące,
Pęknę; wnet wszystko – skończone.
Mimo; nie mogę.
Gdy Ona w mej piersi, w mej myśli rządząca.
Ona mym życiem i tętnem,
Za zdrowym rozsądkiem goniąca.
Zachód
Wreszcie mnie dopadasz miedzy dniem,
A porannym chłodem.
Podrywasz z łoża, rwiesz głosem,
Usypiasz lekkim włosem.
Zapach mym pożywieniem,
Mym życiodajnym powietrzem.
Pocałunki wodą z najgłębszych źródeł,
Najczystszą i najlepiej smakującą.
Ongiś zwodzą od smutku drogi,
Nucą pieśni godzące złe drogi.
Zabiją me troski raz na zawsze,
Kędy tylko łyku tej wody w usta me nabiorę.
Piersi Twych niczym jedwab delikatnych,
tykam za miłości i wierności umowę.
Tak posiąść ku Twego ciała dążę,
W nie kończącej się mej namiętności porze.
To czym tęsknić kiedyś mogłem,
Teraz już w niepamięć oddalam.
Jestem złości wszelkiej wrogiem,
A szczęścia nadgorliwym wyznaniowcem.
Tyś mą Panią, mym Kochanie,
Jam srogo chronić wrót Twych będę.
Ongiś Twe królestwo najważniejszym życia tworem,
W mej krainie nie kończącej miodem.
Tutaj wszystko pięknem wyścielone,
Rzeki winem, przejrzyste diamentem.
Lasy, zboża, pola, łąki,
Ongiś Tobie są złożone.
Jam Twą ofiarą z krwi i kości,
Zdrowym stworem boskich umiejętności.
Ongiś ulepił mnie z tej ziemi, a krwi Twej,
Oddając w ręce miłości na wieczność nie kończącej – Twojej.
Het w odległej przestrzeni,
Ukryty klejnot w sen zapadł.
Posrebrzany kwiecie niebios,
Tyś, który bladość rozświetlasz.
Opowiedz mi bajkę o tamtym świecie,
I ujawnij tajemnice z tamtych krain.
Nie widzę ciebie,
Ni czuję.
Słyszę tylko echo,
Które pieśń skomlącego wilka ku Tobie niesie.
Kłaniam ci swe sny,
Wysyłając je ku tobie.
Potem marzę o mym śnie,
Jako o przepowiedni.
Zabijam co noc zeszły już dzień,
Posyłając jego czas w przeszłość.
Tak i samo zabijam zeszły już sen,
Posyłając jego treść w kopercie nocy.
Stoisz tuż u moich drzwi,
nie uchylaj się, nie ubliżaj mi.
Wręcz zachowaj resztki godności,
zawrzyjmy pakt, o krwi i dzikiej namiętności.
Niech wiatr targa zmysły,
niech deszcz płucze strach.
A my, jak za dawnych lat,
poznamy to co ogarniało nas - dreszczem.
Nie obiecuj lepszych dni,
nie przyrzekaj lepszy czas.
On i tak zrobi swoje,
Lecz i tak nigdy nie rozdzieli nas.
Wykiełkował już pierwszy owoc krwistej latorosli;
Oplatajac i kładąc się na pergoli,
Niczym nudyści, nadzy, wesoli.
Spowiła kawałek po kawałku,
Konstrukcjię niegdyś potężnej dębowej wysokości;
Teraz zabitej gwoźdźmi, obdartej ze skóry do kości.
Słychać go czasem, jak łka,
Kędy halny przybysz między jego szczeliny się przepycha
Wrzeszcząc, świszcząc, konstrukcjią targa.
Nie lada rodzina śpiewaków już tam mieszka;
Co roku nowych pilotów Faunie dostarcza.
Tych z kolei w innych miejscach usadza i powinnością rodziców obarcza.
Cykl życia ciągle tu się obraca,
Co lato Flora i Fauna się tu wprowadza,
By na zimę zostawić zimny szkielet przeszłego lata.
Przychadza zaś malarz,
Na szybach portret Flory malujący.
Fauna poczywa – czas lata pracowity, wiele do wspominania pozostawiający...
Zimowy sen przeminą budząc Twój letni kwiat,
Ongiś dłonią najszczerszego malarza,
Ongiś dłutem najdelikatniejszego rzeźbiarza.
Długo wyszukiwaliśmy w czasie ten dzień,
Na ten celny Amora strzał –
W pierś dwu szukajacych się ciał.
Plamy krwi na dłoniach,
mała dziewczynka bawiła się nożem przy skroniach.
Mocne ostrze, ostre niczym żyleta.
Pocięło jej główkę niczym kawałek sera.
Ubranie we krwi,
twarz we krwi,
siedzi oparta o kuchenne drzwi.
Ni łezki w oku,
ni ślinki w kątku. Ni głodna była.
Miała podczas snu koszmar...który urzeczywistniła.
PIOTR REGUŁA „Wypalony jak świeca-miłości”
Sam pośród tysięcy twarzy
Sam pośród miliona myśli
Sam pośród setek ludzi
Sam pośród słów
Wypalam się ze swoich odczuć
Wypalam z myśli
Wypalam z duszy
Wypalam jak świeca z uczuć
Kiedy nadejdzie koniec
Kiedy nadejdzie ukojenie
Kiedy nadejdzie błogi stan odkupienia
Kiedy wreszcie ma świeca wyda ostatni blask
Blask szczerości
Blask niewinności
Blask wiary w lepsze jutro
Blask szczerej miłości
Przeciecz miłość pali miłość niszczy
Miłość wypala do zgliszczy
Miłość rozwija się powoli
Miłość zawsze bardzo boli
Miłość błoga miłość ulotna
Miłość bezpowrotna
Wspomnienia mile przeszywające
I uczucie bólu przytłaczające
I tak to miłość dokonała wypalenia Mnie
Ale dzięki temu mogę jeszcze
Uratować Ciebie