Jakieś dwa miesiące temu dobiegła mnie informacja o planowanym koncercie Sigur Rós w Warszawie. Ten jakże egzotyczny band z Islandii stanowił dla mnie zawsze zagadkę muzyczną. Nie byłam nigdy ich wielką zwolenniczką ani też przeciwniczką. Lektura ich wydawnictw takich jak DVD, albumy, teledyski - wywołała we mnie jedynie ciekawość. Zespół grający muzykę post-rockową z elementami klasycznymi, mieści się w kręgach dźwięków, których słucham najczęściej - nie byłam jednak zdecydowana czy zaufać temu co sobą reprezentują czy raczej opowiedzieć się po stronie tych, którzy tę formację omijają wielkim łukiem. Środowy koncert w Warszawie absolutnie pozbawił mnie tych wątpliwości.
O godzinie 21:00 na scenie pojawili się panowie z Sigur Rós. To był pierwszy koncert tej formacji, na którym byłam, więc zupełnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Uśmiechnęłam się jednak szeroko, kiedy bębniący Orri Páll Dýrason pojawił się w czymś co przypominało koronę. Zwróciłam też uwagę na scenografię, którą w tle stanowiły ogromne kule, które w trakcie show były podświetlane różnymi kolorami, wprowadzając taki efekt nieco intymny czy wręcz sypialniany chwilami. Występ promujący "Med Sud I Eyrum Vid Spilum Endalaust" opiewał w kompozycje zarówno z najnowszego wydawnictwa jak i w utwory z "Takk", "Hvarf-Heim", debiutanckiego "Von" czy zdaniem wielu najlepszego w karierze zespołu "Agaetis Byrjun". Przez blisko dwie godziny zespół rozpieszczał słuchaczy swoimi największymi przebojami i mniej znanymi ale jakże perfekcyjnie odegranymi kompozycjami, zwłaszcza podobało mi się brzmienie basu, które wydobywał ze swojego instrumentu Georg Holm, było w tym coś na kształt "muskania", dotykania dźwiękiem, pieszczenia zmysłów. Mogliśmy zatem usłyszeć m.in. "Svefn-G-Englar", słynne ze względu na swój niesamowity teledysk, a także genialne wykonanie "Festival" z najnowszej płyty, podczas którego z zamieszczonych z pojemników posypało się konfetti imitujące śnieg. Przyznać muszę, że w trakcie tego utworu ogarnęło mnie niebywałe wzruszenie. Może to zabrzmi banalnie, ale właśnie wtedy pozbawiona zostałam absolutnie wszelkich wątpliwości, które do tej pory towarzyszyły mi słuchając Sigur Rós. Czterech facetów, grających w nietypowy sposób, przy tym wokal Jónsiego Birgissona, który jest tak oryginalny, że stanowi doskonałe uzupełnienie instrumentarium - zostałam kupiona tym występem. Ludzie zachwycali się przy "Goobledigook", podczas którego w publiczność zostało wystrzelone tym razem wielkie konfetti, pojawiło się także lśniące "Glósóli", niebywale zakończone "Hafssól", kiedy to wokalista w nieskończoność przeciągał koniec utworu. Podczas tego wieczora nie zabrakło także "Ný Batterí", "Heysátan", było też o dziwo bezwodne "Hoppípolla". Na setliście pojawił się również pochodzący z ostatniej płyty kawałek "Inní Mér Syngur Vitleysingur" gdzie zdecydowanie dało się odczuć, że w wokaliście śpiewa i się z niego wydobywa tytułowy szaleniec. Zaraz po nim poleciał pochodzący z tej płyty "Við Spilum Endalaust", który niestety nie był grany bez końca, ku rozczarowaniu zebranych. Skład utworów uzupełniły także: "Sæglópur", "Olsen Olsen", "Fljótavík", czy górzysty "Straumnes".
Sigur Rós pokazał, że można stworzyć coś niezwykłego, zarazem delikatnego i pełnego energii. Skomplikowanego i prostego w odbiorze, dlatego był to koncert bez wątpienia udany, piękny i wzruszający. Wiele osób reagowało niezwykle entuzjastycznie, inni byli zaciekawieni, jeszcze inni w skupieniu słuchali tego co zespół przygotował tego wieczora. Z całą pewnością na mnie ten występ zrobił ogromne wrażenie. Jeśli będę miała ponownie okazję wybrać się na koncert Islandczyków z pewnością to uczynię bo bez wątpienia warto.