Polski skrócony tytuł jest dość mylący: „Tao: On the Road and on the Run in Outlaw China” nie jest książką o taoizmie, taoistycznym tai chi ani wschodnich sztukach walki. Ci, którzy śledzą na bieżąco wydarzenia w światowej literaturze wiedzą, a pozostali powinni się dowiedzieć, że napisana przez Ayę Godę książka opowiada historię o tym, jak poznała swojego męża, o jego aresztowaniu przez władze chińskie oraz ich ucieczce do Japonii. Oryginalna wersja japońska „Tao” została opublikowany przez Wydawnictwo Bungeisyunjyu w 1995 roku i otrzymała nagrodę Kodansha w kategorii non-fiction w Japonii. Jej tłumaczenie na język angielski wydane w 2008 roku od razu zebrało całą serię nagród. W Polsce ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.
Tao nie zaczyna się dobrze. Początek czyta się trochę jak dziennik nastoletniej autostopowiczki w połączeniu z powieścią romantyczną. Jednak w ciągu ośmiu miesięcy podróży styl autorki zmieniał się wraz z tym, jak przygody bohaterów stawały się coraz bardziej niebezpieczne a ich związek dojrzały. Książka to wyjątkowy pamiętnik - z początku naiwny i sentymentalny, jest to swoisty mistyczny rytuał przejścia, który czytelnik widzi oczami autora. Powieść została wielokrotnie nagrodzona, zarówno w Japonii, jak i poza jej granicami. W Chinach, jak się można domyślić, jest oczywiście zakazana.
Na książkę zdecydowałem się nie tylko przez jej popularność, ale z dwóch dodatkowych powodów. Po pierwsze by powspominać swoje własne „Gipsy Times” z okresu otwarcia granic naszego kraju, wyprawy z plecakiem po świecie, podróże autostopem, tanie motele, spotkania z ciekawymi ludzi - coś, co każdego studenta motywuje do końca jego życia. Drugi powód to mój sentyment do Chin, pięknego kraju, który mimo panującego reżimu chętnie ponownie odwiedzę, przez jego piękno, kulturę i wspaniałych ludzi. W książce udało mi się znaleźć wszystkie te rzeczy – gorąco polecam.