Był długi, deszczowy, jesienny wieczór. Czyli krótka historia żula...
Był długi, deszczowy, jesienny wieczór. Między posępnymi,
skarłowaciałymi drzewami w szaleńczym tańcu wirowały liście rzucane
wiatrem niczym tajemną, niewidoczną, demoniczną siłą. I właśnie w
środku tej zawieruchy, a dokładnie na samym środeczku miejskiego parku
leżał sobie pan Mietek. Z zawodu był on... żulem, specjalność - żul
parkowy (no i, zapewne, gwiazdy sobie oglądał). Kiedy to nagle oczom
pana Mietka ukazała się...ciemność. Gdy tylko się ockną spostrzegł, że
znalazł się w jakimś lesie - tylko strasznie ogromnym, gdzie drzewa
miały po 150 metrów wysokości.
- Cholera, gdzie oni mnie wywieźli,
ci miejscy? Nie mogli tak jak ostatnio, za miasto, i by wystarczyło? -
zadał pytanie w myślach.