Stare porzekadła mówią, że nigdy nie wiadomo co przyniesie nowy dzień, lub że każdy kolejny jest niespodzianką. Pomimo tego, że szara rzeczywistość płynie sobie spokojnie i dzień do dnia podobny, to w moim przypadku sprawdziły się niemal perfekcyjnie. Niecodziennie zdarza się natrafić na album, który rzuca na kolana od pierwszego przesłuchania, zapada w pamięć i po cichu dołącza do grona ulubionych. Nieważne jak duże jest to grono, lecz tak czy owak zaskarbia sobie miejsce w elicie. Wszyscy Ci, którzy lubią pomęczyć czasem swoje uszy muzyką odbiegającą nieco od norm, śmiało zaliczaną do gatunku ekstremalnych, powinni rychle zapoznać się z poniższym wydawnictwem.
Jeśli chodzi o zawartość to nie ma niespodzianek. Istne metalowe, instrumentalne wariactwo bez zahamowań. Szybkie "brudne" i agresywne riffy, masa dysonansów oraz dość zawrotne tempa. O melodii niestety nie można w tym przypadku mówić, gdyż przeważa zdecydowanie amelodia.. Słychać zaloty death metalowe a nawet black metalowe, przy sporej dawce ciągłych zmian rytmów i pokaźnych porcjach chorych akordów. Cóż... w końcu czego można było się spodziewać po człowieku, który okiełznał Warr Guitar do stopnia przynajmniej oszałamiającego. Klimat ciągłego niepokoju towarzyszy muzyce od pierwszych sekund i to właśnie sprawia, że płyta jest tajemnicza do samego końca. Jeśli natomiast mamy drążyć dalej, to dzieło Marstona w światku ekstremalnego grania nie wnosi wiele innowacyjności. Muzyka ma w sobie wiele zagrywek, które można usłyszeć w dokonaniach Behold...The Arctopus czy PsyOpus itp. Mimo iż ciężko mówić o wtórności w takim nawale dźwięków, da się takową zauważyć.
Jedno jest pewne, że każdy fan takich klimatów nie pożałuje i na pewno będzie zadowolony, natomiast wszyscy Ci, którzy nie czują tej muzyki z pewnością będą zniesmaczeni i szybko odstawią krążek w czeluści szuflad.
Ocena: 9/10
Tracklista:
01. II
02. V
03. IV
04. I
05. III
Wydawca: Gilead Media (2007)