Dodano: 2011-11-08 21:58
Po śmierci będzie jeden wielki *uj. I ciemno.
Dodano: 2011-11-08 22:34
no własnie. Czyli zjedzą nas obale
Wódki nie pij, trawy nie pal, słuchaj tylko HEAVY METAL
Dodano: 2011-11-08 22:36
kupa obali <radocha>

Kochaj bliskich twemu sercu,tak szybko odchodzą...
Dodano: 2011-11-09 09:40
| Masterdeath napisał(a): |
| Po śmierci znajdę się na wyspie kobiet gdzie będą tylko i wyłącznie kobiety , syrenki i te sprawy...
(vide anime One Piece wyspa kobiet an której rządzi Boa Hancock) |
Dodano: 2011-11-09 17:32
Dodano: 2011-11-09 17:37
| shagi666 napisał(a): |
| Umieranie jest fajne , im dłużej trwa tym lepiej , bo później nie ma już nic. |
Dodano: 2011-11-09 18:04
Tantryczna teoria medyczna wyróżnia pięć rodzajów wiatrów:
1. Wiatr podtrzymujący życie. Miejscem, w którym przebywa jest serce,
w swojej niesubtelnej formie powoduje wdychanie, wydychanie, czkawkę,
plucie itd.
2. Wiatr poruszający siê w górê. Miejscem, w którym przebywa jest środek
klatki piersiowej, działa przez gardło i usta. Jest przede wszystkim przyczyną mówienia oraz przełykania pożywienia i śliny, działa tak¿e w stawach.
3. Wiatr przenikający. Miejscem, w którym przebywa jest czubek głowy,
powoduje giętkie ruchy, prostowanie i zginanie koñczyn, otwieranie i zamykanie
ust i powiek.
4. Wiatr przebywający w ogniu. Miejscem, w którym przebywa jest trzeci
pierścień środka, porusza siê w organach wewnêtrznych: w płucach, sercu,
w¹trobie, woreczku żółciowym, pêcherzu moczowym itd., a tak¿e przez
kanały w koñczynach. Powoduje trawienie pożywienia, oddzielanie jego
części oczyszczonych od nieoczyszczonych itd.
5. Wiatr opróżniający ku dołowi. Jego siedzib¹ jest dolna część brzucha,
porusza siê wewnątrz macicy lub w pêcherzykach nasiennych, w pêcherzu
moczowym, w obrêbie ud itd. Zapoczątkowuje i powstrzymuje oddawanie
moczu, defekacje i menstruacje.
"Śmierć, stan pośredni i odrodzenie w buddyzmie tybetańskim" Lati Rinpocze
Proces śmierci
Według wielkich religii doświadczenia ciało wytwarza rozmaite obiegi energetyczne. Różnią się one w zależności od celu, ku jakiemu zmierzamy. Może to być bezforemna egzystencja bogów, wyważone i długie życie ludzkie lub po prostu przejrzyste światło umysłu. W hinduizmie przepływ energii związany jest z kręgosłupem, w taoizmie przybiera w ciele kształt elipsy. Według buddyzmu centralny kanał energetyczny zaczyna się od punktu na szczycie głowy, około osiem palców od pierwotnej linii włosów, a kończy się cztery palce poniżej pępka. Z tej głównej osi energii rozchodzi się pięć różnych kół, rozgałęzionych z kolei na 72 tysiące kanałów posiadających kobiecą naturę i będących zasadniczo intuicją i przestrzenią. Wewnątrz nich tkwią potencjalnie męskie energie, które w pełni budzą się jedynie wraz z pełnym oświeceniem. Ich naturą jest współczucie i radość. Podczas umierania, gdy nasze zmysły tracą kontakt ze światem zewnętrznym, następuje wycofanie się energii do centrum ciała, a pięć wspominanych kół łączy się z centralnym kanałem. Podczas tego procesu tracimy najpierw siłę. Odczuwamy nacisk na całe ciało, a wrażenia zmysłowe stają się niewyraźne. Następnie przestajemy panować nad elementem płynnym. Mamy wrażenie,że pływamy w wodzie, że cieknie nam z ust i nosa. Następnie doświadczamy suchości i zaczynają nam marznąć kończyny. W tym momencie jesteśmy już blisko śmierci, a oddech staje się płytki i chrapliwy. Ludzie, którzy nie praktykowali medytacji, tracą wówczas ostatnią szansę na skupienie umysłu. W zależności od karmy pojawiają się wrażenia nagromadzone podczas ostatniego życia – od wspaniałego uczucia, pełnej znaczenia radości po poczucie wielkiej straty, połączonej ze strachem i frustracją. Tu nasza karma staje się bardzo wyraźna. W końcu robimy trzy bardzo długie wydechy – i następuje „koniec”. Chociaż mówi się wtedy, że człowiek już nie żyje, przez następne dwadzieścia do trzydziestu minut wewnątrz kanału centralnego nadal przebiegają procesy energetyczne.
Energie w ciele
Główny kanał energii powstaje, kiedy nasza świadomość z poprzedniego życia spotyka się z plemnikiem i komórką jajową naszych rodziców. Obie te komórki zawierają nie tylko informację genetyczną, ale niosą ze sobą także porcje energii. Esencji męskiej doświadczamy w medytacji jako bieli, żeńskiej zaś jako czerwieni. Gdy miliardy komórek formują nasze ludzkie ciała, biała energia porusza się w górę i zostaje ulokowana na szczycie naszej głowy,. Jednocześnie czerwona energia porusza się w dół i spoczywa cztery palce poniżej pępka, w środku naszego ciała. Kiedy oddech ustaje, w ciągu następnych dziesięciu, piętnastu minut biała energia zaczyna poruszać się w dół, w kierunku serca. Kiedy opada, doświadczamy wspaniałego, przejrzystego światła przypominającego księżycowe. Wtedy trzydzieści trzy uczucia wynikające z gniewu znikają. Wielu słyszy też przenikliwą sylabę HANG, pamięć zaś staje się tak wyraźna, że widzimy istoty, które umarły przed nami. Następnie czerwona energia, która znajduje się cztery palce poniżej pępka, podnosi się do góry. Jest to bardzo potężne przeżycie, a światło mu towarzyszące przypomina zachód słońca. Kiedy się wznosi, co również zajmuje od dziesięciu do piętnastu minut, wielu słyszy głęboką wibrację AH. Znika wtedy czterdzieści uczuć powiązanych z przywiązaniem i odczuwamy nieopisaną radość. Dwadzieścia, trzydzieści minut po śmierci te dwie energie stapiają się w naszym sercu i wszystko staje się ciemnością. Kiedy to następuje, rozpuszcza się siedem zasłon powstałych wskutek niewiedzy. Wówczas pojawia się jasne światło, całkowicie nieosobowa przytomność. Jeśli potrafimy utrzymać ten stan, wchodzimy w medytację zwaną tugdam. Cała świadomość zostaje sprowadzona do serca w taki sposób, że prawda na zewnątrz i wewnątrz stają się nieoddzielne. Otwarta, przejrzysta i nieograniczona esencja umysłu przenika wszystkie czasy i kierunki. Tak wygląda świadomość takich lamów, jak Karmapa. Przeżycie to porównuje się do spotkania dziecka i matki, a jeśli udaje się nam ją utrzymać, osiągamy prawdziwe oświecenie. Wszelkie rozdzielenie pomiędzy przestrzenią i energią, a także między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością znika. Kto nie potrafi wytrwać w tym stanie, traci przytomność. „Tybetańska księga umarłych” mówi tutaj o trzech, czterech dniach nieświadomości po śmierci. Kiedy przychodzili do mnie ludzie po śmierci – przezroczyści, ale wyglądający tak jak za życia – zawsze było to po sześćdziesięciu ośmiu godzinach. Sądzę, że dzieje się tak dlatego, że wszyscy byli wykształconymi ludźmi, mieszkańcami miast, więc procesy mentalne w ich wypadku przebiegały bardzo szybko.
Po śmierci
Kiedy budzimy się po śmierci, po trzech dniach nieświadomości, mamy uczucie, że coś jest zdecydowanie nie tak. Jednak nawet jeśli jeszcze nie usunięto naszego ciała, będziemy unikać jego widoku i spróbujemy się oddalić. Odczuwamy wielkie pomieszanie, ponieważ bez ciała automatycznie pojawiamy się w tym miejscu, o którym pomyślimy. Bardzo wyostrza się inteligencja, ale chociaż umiemy czytać w myślach żyjących, nie możemy się z nimi skomunikować. Kiedy siadamy na krześle, inni też na nim siadają, gdy próbujemy do nich mówić, po prostu odchodzą. Nie chcemy wiedzieć, że umarliśmy i przez cały tydzień staramy się funkcjonować w nawykowym świecie. Wreszcie nie możemy już dłużej udawać, że nie wiemy, iż nie posiadamy fizycznego ciała. Ta świadomość umacnia się, gdy stajemy przed lustrem i nie widzimy odbicia. Niektórzy odkrywają, że spacerując po piasku nie zostawiają śladów, inni zaś, że mogą bez poparzenia trzymać ręce we wrzącej wodzie. W tym momencie umysł zaczyna rozumieć: „Umarłem, nie mam już ciała”. Jest to tak wielki szok, że po raz drugi zapada się w nieświadomość.
Gdy znów się budzimy, nasz umysł przenosi się już w nowy stan. Strumień świadomości zatrzymuje się, a na powierzchnię wypływają podświadome wrażenia w postaci bardzo silnych doświadczeń. Choć najlepiej porównać je do snów, uznajemy je nadal za realne i odczuwamy w związku z nimi nadzieję lub niechęć. Przez kolejny okres, nie dłuższy niż pięć i pół tygodnia (trzy stany pośrednie nie trwają dłużej niż siedem tygodni), kiedy nadal próbujemy coś zatrzymać, a odepchnąć coś innego, wybija się najsilniejsza tendencja w naszym umyśle. Jeśli wówczas nie otrzymamy pomocy ze strony lamy albo nie mamy silnego nawyku praktyki medytacyjnej, to ona zdecyduje o następnym odrodzeniu.
http://www.diamentowadroga.pl/dd40/bardo_smierci_i_odrodzenia
"Bardo, śmierć i umieranie"
http://www.scribd.com/doc/3011924/Tenzin-Wangyal-Rinpocze-Bardo-mier-i-umieranie
Dodano: 2011-11-09 18:13
Raraszek bardzo ciekawy artykuł wykopałeś,jednak znów opisuje on coś co ma stanowic pewnik,czyli dla mnie cos zupełnie nie do przyjecia.Materiał sam w sobie intrygujacy.Moze masz inny ,w którym wypowiada sie osoba,która przeszła wszystkie stany posmiertne,a nastepnie powróciła aby oświecic żyjacych? :)
Dodano: 2011-11-09 19:07
Namkhai Norbu Rinpocze urodził się w rejonie Geug Congra, w prowincji Dedge, (Kham), we Wchodnim Tybecie, ósmego dnia dziesiątego miesiąca roku Ziemnego Tygrysa (1938). Jego ojciec wywodził się z szlacheckiej rodziny i pracował jako urzędnik rządu w Dege.
Kiedy miał dwa lata został rozpoznany jako inkarnacja Adzoma Drukpy, jednego z wielkich mistrzów Dzogczen i tertonów (odkrywców ukrytych nauk) początku tego stulecia. Był on uczniem pierwszego Khjentse Rinpocze (jednego z twórców niesekciarskiego ruchu rime).
W wieku ośmiu lat, XVI Karmapa i poprzedni Situ Rinpocze rozpoznali Namkhaia Norbu jako inkarnację umysłu innego wielkiego mistrza, Lhodruka Szabdruk Rinpocze (1594-1651), który sam był reinkarnacją umysłu Padma Karpy (1527-1592), założyciela nowożytnego państwa Bhutanu, którego linię stanowili dharmaradżowie, inaczej czogjalowie, czyli ziemscy i duchowi władcy tego kraju aż do początków XX wieku.
Będąc jeszcze dzieckiem otrzymał wyjaśnienia nauk Dzogczen od swojego wuja i stryja. Ponadto uzyskał wiele inicjacji i przekazów od mistrzów njingma i sakja oraz rime. Otrzymał pełne klasztorne wykształcenie w tradycji sakja, przebywając między ósmym a dwunastym rokiem życia w klasztorze Dege Gonczen, a później do czternastego roku życia w klasztorze Dzongsar.
Następnie w jaskini odbył odosobnienie medytacyjne ze swoim wujem, praktykując sadhany Wadżrapani, Simhamukhi i Białej Tary. Później otrzymał nauki od syna Adzoma Drukpy.
W 1951 roku, kiedy miał czternaście lat uzyskał inicjację Wadżrajogini i jego nauczyciel polecił mu odszukać kobietę, żyjącą w rejonie Kadari, która była żywym ucieleśnieniem samej Wadżrajogini i przyjąć od niej inicjację. Ta mistrzyni, Aju Khandro Dordże Paldron (1938-1953) była uczennicą wielkiego Dziamjanga Khjentse Łangpo, jak również rówieśnicą Adzoma Drukpy. Kiedy Namkhai Norbu przybył do niej, miała sto trzynaście lat i od pięćdziesięciu sześciu lat przebywała na odosobnieniu w całkowitej ciemności. Otrzymał od niej m.in. nauki dotyczące odosobnienia w ciemności oraz dakini Simhamukhi.
Kiedy miał siedemnaście lat, w oparciu o wizję uzyskaną we śnie odnalazł swego rdzennego nauczyciela Cziangczuba Dordże, który mieszkał w odległej dolinie na wschód od Dege. Jego nauczycielami byli Adzom Drugpa, Njagla Padma Dudul oraz Szardza Rinpocze, sławny mistrz Dzogczen z tradycji bon, który osiągnął świetliste tęczowe ciało. Czingczub Dordże będąc lekarzem prowadził wspólnotę nazywającą się Njangla Gar. Była to całkowicie samowystarczalna wspólnota, w skład której wchodzili wyłącznie świeccy praktykujący - jogini i joginki.
Od swego mistrza, Namkhai Norbu otrzymał przekaz i wprowadzenie do trzech rodzajów nauk Dzogczen: semde, longde i manangde. A również, co ważniejsze, mistrz ten wprowadził go bezpośrednio w doświadczenie Dzogczen. Pozostał u niego prawie przez rok, często asystując mu w praktykach medycznych, służąc jako pisarz i sekretarz.
Następnie Namkhai Norbu wyruszył w długą pielgrzymkę do Tybetu Centralnego, Nepalu, Indii i Bhutanu. Z powodu pogarszającej się sytuacji politycznej, opuścił Tybet i jako uchodźca polityczny znalazł się w Sikkimie. Mieszkał tam w Gangtoku w latach 1958-1960, pracując jako autor i wydawca tekstów tybetańskich dla rządu w Sikkimie.
Kiedy miał 22 lata, w 1960 roku przyjechał do Włoch na zaproszenie prof. Giuseppe Tucciego i przez szereg lat mieszkał w Rzymie. W tym czasie w latach 1960-1964 prowadził prace badawcze w instytucie orientalnym oraz seminaria na temat jogi, medycyny i astrologii.
Od 1964 roku przez wiele lat Namkhai Norbu Rinpocze był profesorem w Instituto Orientale na uniwersytecie w Neapolu, gdzie nauczał języka tybetańskiego i mongolskiego oraz kultury tybetańskiej. Prowadził również rozległe badania historycznych korzeni kultury tybetańskiej analizując mało znane źródła tradycji bon.
Prowadząc liczne zajęcia na uniwersytecie, jak i później po odejściu na emeryturę, Namkhai Norbu Rinpocze, przez ostatnie kilkanaście lat naucza Dzogczen na całym świecie. W niesekciarski sposób przekazuje praktyczne wyjaśnienia do praktyk Dzogczen, jak również naucza różnych aspektów kultury tybetańskiej, zwłaszcza jantra jogi, medycyny tybetańskiej i astrologii. Praktyki, których naucza często pochodzą z odkrytych przez niego term.
Pod jego przewodnictwem, początkowo we Włoszech a później we wszystkich krajach w których nauczał powstała Wspólnota Dzogczen. Jest to stowarzyszenie grupujące ludzi, którzy kontynuując pracę w swoim zawodzie i prowadząc normalne życie społeczne wspólnie praktykują nauki Dzogczen przekazywane przez Namkhai Norbu Rinpocze. Trzykrotnie odwiedził Polskę (w roku 1991, 1994 i 1998).
http://www.dzogczen.pl/menu-cnn/97-biografia.html
"O Tęczowym Ciele polscy czytelnicy mogli po raz pierwszy usłyszeć dzięki nauczaniu mistrza dzogczen Namkhai Norbu Rinpocze. Zgodnie z naukami tego mistrza Tęczowe Ciało jest zaawansowanym sposobem odchodzenia z tego świata, którego są w stanie dokonać osoby zaawansowane w praktyce kontemplacji.
W Kulturze Tybetu praktyka świadomego umierania nosi nazwę Powa. Namkhai Norbu wyjaśniał, ze można mówić o pięciu rodzajach/poziomach praktyki Powa:
1) Powa Nirmanakai - praktykujący w chwili śmierci (zgodnie z praktykami ćwiczonymi podczas swego życia) skupia się na opuszczeniu swego ciała poprzez Kanał Centralny i punkt na szczycie głowy. W punkcie tym wyobraża sobie duchową Czystą Krainę Sukhavati i skupia się na pragnieniu udania się tam.
2) Powa Sambhogakai - praktykujący w ciągu życia praktykował w szczególności na jakiegoś Jidama (bóstwo medytacyjne). Podczas procesu umierania, kiedy manifestują mu się światła i wizje Bardo rozpoznaje siebie jako czysty wymiar swojego Jidama. Dlatego nie myśli o jakimś zewnętrznym udawaniu się do Czystej Krainy, ale rozpoznaje ją w sposób wewnętrzny.
3) Powa Dharmakai - może zostać zrealizowane przez praktykującego obeznanego z praktyką kontemplacji. Kiedy manifestują się wizje i światła Bardo (podczas umierania, a wcześniej podobnie możliwe jest urzeczywistnianie tego podczas snu) praktykujący rozpoznaje krótki przebłysk pierwotnego światła Dhramakaji i wyzwala się w nim. Taki rodzaj umierania możliwy jest dla każdego, jednak szczególnie naturalnie mogą wykonać go osoby zaawansowane w praktyce zen, kontemplacji, czy mahamudry.
4) Powa Tęczowego Ciała - jest to stopień dalej, niż Powa Dharmakai. Praktykujący nie tylko opanował biegle kontemplację, ale także nauczył się rozpoznawać w stanie kontemplacji materialne elementy swojego ciała jako świetliste esencje. Dlatego jeszcze za życia postrzegał, że jego ciało materialne w istocie jest światłem, a w momencie umierania wchłania wszystkie materialne składniki ciała (oprócz paznokci i włosów) w swoje świetliste odpowiedniki. Dlatego jego materialne ciało zamienia się w tęczowe ciało światła, a patrząc na to z płaszczyzny materialnej - ciało fizyczne znika pozostawiając po sobie jedynie paznokcie i włosy. Proces taki twa siedem dni.
5) Powa Wielkiego Transferu - jest to szczególny sposób zrealizowania Tęczowego Ciała, który zamanifestowali nieliczni mistrzowie - np. Padmasambhava, czy Garab Dordże. Mistrz zrealizował w pełni Tęczowe Ciało jeszcze za swego życia (wchłonął wszystkie materialne elementy i przemienił je w świetliste esencje), dlatego w chwili umierania nie potrzebuje 7 dni na rozpuszczenie materialnego ciała w tęczę - zabiera je w takiej postaci wraz ze swoją świadomością natychmiast.
Poniższy tekst autorstwa chińskiego mistrza (biegle znającego tradycję tybetańską) - Yogi Chena - dotyczy dwóch najwyższych realizacji. Oczywiście realizacja tęczowego ciało nie ma zastosowania jedynie do umierania, ale do jakichkolwiek manifestacji w całym wszechświecie. Jak podają biografie Padmasambhavy, kiedy jeden z królów próbował spalić tego mistrza na stosie, wtedy wykorzystał on swoją realizację do tego, że ogień nie był w stanie zniszczyć jego Tęczowego Ciała.
Padmasambhava jest jednym z głównych duchowych mistrzów Tybetu. Zaproszony przez króla Trisong Detsyna wprowadził do krainy śniegu tajemną wadżrajanę, integrując z nią miejscową religie Bon. Uważa się, że wiele potężnych lokalnych bóstw zostało przez mistrza Padmasambhavę zobowiązanych do ochraniania tej nowej nauki. Nauczał on zarówno potężnych metod koncentracyjnych mahajogi, jak i ścieżki transformacji energii subtelnej anujogi, a także najbardziej esencjonalnego systemu dzogczen. Przekaz nauk dzogczen otrzymał zarówno fizycznie poprzez Śri Simhę i Wairoczanę, jak i bezpośrednio w wizji, od mistrza dzogczen Garaba Dordże, który podobnie jak Padmasambhava odszedł z tego świata za pomocą Wielkiego Transferu.
Padmasambhava jest założycielem funkcjonującej jeszcze dotąd duchowej szkoły Nigmapa, jednej z czterech głównych szkól buddyzmu tybetańskiego, obok piątej szkoły duchowej Tybetu - Bon".
Yogi C.M. Chen
Tęczowe Ciało Padmasambhavy
(On Padmasambhava's Rainbow Body)
http://www.otwartyumysl.republika.pl/t04.htm
Dodano: 2011-11-09 19:24 Zmieniono: 2011-11-09 19:32
Po wielogodzinnych deliberacyjach przekonałem się jednak do Dur - Antowskiego Ko(s)micznego Makaronu. Chałwa niech bedzie jego Sosowatej Mądrości ;>.
“History,Stephen said, is a nightmare from which I am trying to awake”
Dodano: 2011-11-09 19:43
Raraszku i to również był bardzo ciekawy materiał.Zjawisko medytacji,tudziez oddzielenia sie od ciała materialnego nie jest mi zjawiskiem obcym:) Ponadto istnieją osoby,które przeszły tzw śmierc kliniczną.Osobiscie znam jedną,jednak było to tylko oddzielenie sie od ciała.Nie było innych krain,światła i tym podobnych opowieści.Jednak nadal nie ma osoby,która mogłaby potwierdzic jakiekolwiek pożyciowe egzystencje :) A jeśli chodzi o swiadome umieranie..Mysle,ze jest to możliwe,poniewaz w mojej rodzinie był taki przypadek i nie miał nic wspólnego z medytacjami.Chcę powiedziec,ze jest to mozliwe i nie musi byc złym przeżyciem,ale tylko w bardzo sędziwym wieku,kiedy człowiek żegna sie ze światem zwyczajnie z "wyczerpania organizmu".W obecnych czasach jest to niemal niemożliwe.Wiekszosc ludzi albo ginie tragicznie,albo umiera w mękach spowodowanych różnego rodzaju schorzeniami.W takich przypadkach "świadome umieranie" jest raczej poza zasięgiem "zainteresowanej" osoby.
Dodano: 2011-11-10 14:00
był taki przypadek i nie miał nic wspólnego z medytacjami."-Napewno?Zacznijmy od tego czym jest medytacja.
Dodano: 2011-11-10 16:40
:) Wspomniałam juz ,ze zjawisko medytacji nie jest mi obce :) I zapewniam Cie,ze ten przypadek nie miał z tym nic wspólnego :) Moja prababcia pewnego pieknego dnia kazała wszystkich zawołac,bo będzie umierac.Pozegnała się i... umarła :)
Dodano: 2011-11-13 23:06
Jesetśmy tylko zbiorem białek, które dziwnym zrzadzeniem losu nauczyły sie "samokopiowania" i uzyskały samoświadomość. A może nie "samo" i nie "dziwnym trafem"? Tu mam miejsce na ew. "boga" istotę wyższą czy co tam kto chce.Ale nie uwierze aż nie zobacze - taki ze mnie niewierny Tomasz.
Przypomina mi się też rozmowa dwu rybek akwariowych: "ok. jeśli boga nie ma to kto do cholery zmienia wodę w akwarium?"
"mówię prawdę więc odgryź mi język"
śmierć Dodano: 2012-08-01 21:36
Na co dzień mamy do czynienia ze śmiercią a na tej stronce można sobie popatrzeć co się dzieje na ulicach i sprawdzić kiedy umrzemy:-) http://polibkama.com
śmierć Dodano: 2012-08-01 22:23
| sjustyna7 napisał(a): |
| Na co dzień mamy do czynienia ze śmiercią a na tej stronce można sobie popatrzeć co się dzieje na ulicach i sprawdzić kiedy umrzemy:-) http://polibkama.com |
wpisz w wujka google brutalne oblicze świata. mocna strona
Nie musicie mi dziękować. Wystarczy, że będziecie wielbić mnie na klęczkach.
Dodano: 2012-12-20 22:17
Toteż i ja postaram się nieco dodać do tematu.
Zacznę od tego, iż swego czasu rzucały mną silne nastroje samobójcze, właściwie ledwo minęły, a same były bardzo różne od tych klasycznych, pojawiających się w afekcie jakiś życiowych porażek. Toć to jedynie żałość. W moim przypadku powód był nieco absurdalny, choć może jest to tylko pierwsze wrażenie, gdyż nawet pan Nietzsche, niekwestionowany witalista, ten jeden jedyny przypadek usprawiedliwia, a mianowicie chodzi mi o czystą chęć doświadczenia. Ot, przekonania się. Zapleczem teoretycznym była zupa poglądowa, skupiona bardzo mocno wokół solipsyzmu, a więc współczesny okultyzm, fizyka kwantowa, dyskordianizm, psychologia analityczna Junga, psychodeliki, co nieco z osi hinduizm-buddyzm (ale nie dużo, głównie Bardo Thodal, a i to z dystansem), jak i z każdej innej religii w ujęciu synkretyczno-metaforycznym, tak samo czerpiąc z teozofii jako czynnika raczej mniejszej wagi i w końcu, w jakimś stopniu, nawet z surrealizmu.
Szczęśliwie, znalazłem się w zagrzanym miejscu, z którego Boga (Absolut, Brahmana, Kia, pierwszy etyr, najgłębszą płaszczyznę nieświadomości itd.) nie szukam w górze - strasznie mnie śmieszy taki sposób myślenia - a wewnątrz (ale też nie ma łatwo, a transcendentnie. już w tym miejscu porzucam wszelką logikę i fizykę, więc także coś zwanego "lokalizacją"). Zapadam się w sobie, aby poczuć, iż moja osobowość, niekiedy brana po prostu za *mnie*, jest w takim samym stopniu iluzoryczna, a nawet nieistotna i nieistniejąca, jak wszystko inne, a także absolutnie nie może być mną, bo po prostu *nie jest* w ogóle. Tym tzw. "Bogiem" już jestem, ale potrzebuję to po prostu zrozumieć - we właściwy sposób, co już samo w sobie karczuje najkrótszą ścieżkę do tegoż. Zatem śmierć, naturalna czy nie, miałaby jedynie posłużyć samooszukaniu się, aby w drodze 'psychologicznego rytuału' wyzwolić taką dozę wiary, aby ta ukształtowała dalszą naturę rzeczy, a której podległe będzie wszystko (zupełnie wszystko) inne.
Coby nie być gołosłownym i ubranym w potencjalnie słabe teorie - mało co z powyższego nie ma odbicia w praktyce, tak doświadczeniach mistycznych jak materialnych, a nawet samo samobójstwo się odbyło, ale warunki okazały się niesprzyjające i nie dopchały go do końca. Ot, kaprys, coś równie trywialnego jak zaparzenie kawy.
Konkluzja. Śmierć, trwanie w tejże, może wyglądać dowolnie, a w istocie obecna rzeczywistość w niczym się z takiego postrzegania nie wyłamuje.
Smierc? Dodano: 2012-12-21 11:03
Hm temat ciekawy nawet bardzo.
Moja hipoteza jest taka, ta k naprawde mozna wierzyc cale zycie w cos
a tak naprawde trafi sie w to miejsce o ktorym czlowiek
pomysli w tej chwili w korej przechodzi sie w stan smierci.
Oczywiscie mozemy tu pisac i gdybac co by bylo gdyby.
Kazdy z nas ma swoja ze tak powiem Walhalle czy tez raj.
Grunt by wierzyc w to co sie wierzy do konca swych sekund.
Ale co tam przezylismy koniec swiata to i damy rade wszyscy.
Ludzie byli dawniej bliżsi sobie. Musieli. Broń nie niosła daleko.
Dodano: 2012-12-21 11:09
A ja się nie zastanawiam nad tym bo i po co??
ŻYJĘ i to jest temat, który mnie interesuje 
Nothing's Impossible...
Dodano: 2012-12-21 11:16
Wiesz hm. Moze poprostu jist nam ti przeznaczone
moze tu i teraz jest nasz czas by zapisac sue w kartach
histori ludzkosci
Ludzie byli dawniej bliżsi sobie. Musieli. Broń nie niosła daleko.
Dodano: 2012-12-21 11:20
Wiesz czesto mysle o ludziach z sredniowiecza jak zyli
Jakie mieli poglady. Jest takie male swatelko ze ktos kiedys
bedzie myslal tak o nas.
Ludzie byli dawniej bliżsi sobie. Musieli. Broń nie niosła daleko.
Dodano: 2012-12-21 11:30
Ja swoje zycie traktuje jak ksiazke.
Pisze ja i obym jej nie zakonczyl zbyt wczesniej.
Grunt by zycie bylo ciekawe. Czy to koncerty czy tak
Jak ja rekonstrukcje historycznych walk. Oby bylo milo
i poznawac ciekawe osoby.
Ludzie byli dawniej bliżsi sobie. Musieli. Broń nie niosła daleko.
Dodano: 2012-12-21 11:36
Jak dla mnie najlepsza religia to taka jaka jest aktualnie wypracowana mentalnie przez społeczeństwo żyjące zgodnie z etyką. Zagłębianie się w chrześcijaństwo, buddyzm czy wierzenia wikingów (moje ulubione) to tylko ciekawostka, czasami fajna.
Mam zamiar umrzeć ze starości, ze zmęczenia życiem i możliwie bezboleśnie, zostawiając po sobie jak najwięcej dobrze wykonanej roboty, dobrych wspomnień i jak najmniej złych.
No więc co po śmierci? Jak najmniej kłopotów z transportem ciała i pamięć osób z którymi najlepiej się relacjonuję i będę przez kilkadziesiąt lat jeszcze, mam nadzieję, za życia.
od czasu do czasu warto wrócić do źródła
Dodano: 2012-12-21 11:42
Dokladnie po co nam smierc? Czym tak naprawde jest smierc?
Jakie by odpowiedzi nie byly to i tak zycie jest zs krotkie.
Ludzie byli dawniej bliżsi sobie. Musieli. Broń nie niosła daleko.