Najgorzej jest radośnie zapuścić płytę, która na dodatek obiecująco się zaczyna i dopiero w połowie trzeciego kawałka stwierdzić, że coś chyba jest nie tak jak być powinno. Bezczelnie muszę stwierdzić, że takiej karykatury metalu to ja dawno nie słyszałam. To jakby Britnej śpiewała o szatanie i podcinaniu żył.
Ciężko przebrnąć przez to wydawnictwo. A szkoda, bo muzycznie podoba mi się bardzo. Kompozycje są eleganckie, ciężkie i na dość wysokim poziomie. Kawał dobrego metalu.
I gdyby pozostać przy wersji instrumentalnej, obojętniej czy wielbiącej Boga czy też Szatana, płyta byłaby świetna. A tak pozostaje tylko niesmak i obietnice, ze wszelkie inne wydawnictwa kapeli Malchus omijać będę szerokim łukiem. Swoją drogą musiałam mieć niebywałe szczęście, ze dopiero teraz na to trafiłam, skoro jest to już piąta płyta kapeli.
I tylko nasuwa się pytanie: kto to wydaje?
Tracklista:
01. Intro
02. Lost At Sea
03. Didymos
04. Malthus
05. Passio
06. Sign of God
07. All the Glory
08. Holy Hypocrisy
09. Ressurectio
Wydawca: Soundmass (2010)