Kanadyjska scena metalowa robi na mnie coraz większe wrażenie. Dla miłośnika pokręconych dźwięków ten kraj wydaje się być kopalnią ciekawych zespołów. Nie inaczej jest z Electro Quarterstaff, którzy rok temu debiutowali albumem zatytułowanym "Gretzky". Tytuł ewidentnie kojarzy się z legendarnym hokeistą, ale muzyka nijak nie nadawałaby się do śmigania na łyżwach za krążkiem. Electro Quarterstaff to instrumentalny kwartet, w którym mamy trzech gitarzystów i basistę - już choćby ten element może wskazywać, że muzyka może brzmieć inaczej.
Pomimo swojej techniczności i sporej dawki energii, to debiut Electro Quarterstaff cierpi na przypadłość, którą ma zdecydowana większosć tych zespołów - brak urozmaicenia. Nie ukrywał, że już po drugim utworze miałem dosyć tego albumu, wszystko wydawało mi się identyczne i jedynie jakieś ciekawsze, bardziej chwytliwe riffy zapadały w pamięć. Kolejne utwory przelatywały przeze mnie mimochodem i jakoś nie utkwiły na dłużej w pamięci. Nie uważam, że zespołowi zabrakło pomysłów, bo już sam fakt, że jest to chyba najenergiczniej grający zespół tego typu sprawia, że warto tego posłuchać, ale z drugiej strony to ograniczanie się do bardziej ektremalnego grania swoiście ogranicza pole manewru zespołu - a niestety tu jest to bardzo widoczne.
Od czasu do czasu warto sięgnąć po "Gretzky'ego" bo to dobry debiut, któremu oprócz urozmaicenia nie brakuje niczego. W przeciwieństwie do pewnego znanego zespoły heavymetalowego słychać, że mamy tutaj trzech bardzo dobrze wyszkolonych gitarzystów. Wydaje mi się, że po tą płytkę sięgnąć mogą także miłośnicy oldschoolowego, thrashowego grania, o ile będą tolerować większą i bardziej widoczą dawkę łamańców gitarowych. Tak czy owak, warto mieć ten zespół na uwadze, gdyż instrumentalny thrash/death nie jest zbyt często spotykany.
Wydawca: Willowtip Records (2006)