Po dwóch latach czekania mamy kolejny pełny album bogów doom metalu - już dziewiąty. Fascynujący jest fakt, że pomimo tylu lat działalności, zespół nie wypalił się, pozostał wierny stylistyce, którą tworzył, a pomimo to rozwijał się i nie stał w miejscu.
Póki co, przeglądając zagraniczną prasę "A Line Of Deathless Kings" jest oceniana niemal w samych superlatywach. Nie dziwi mnie to, gdyż My Dying Bride to zespół powszechnie szanowany, który nawet jak nagrywa słabszy album, to i tak jest grubo powyżej przeciętnej.
Pomimo tego, że niektóre uwagi zawarte powyżej mogą sugerować, że "A Line ... " jest kiepskim albumem, chcę rozwiać od razu wątpliwości. "A Line ..." jest albumem bardzo specyficznym, o wiele odważniejszym aniżeli poprzedni krążek kapeli i po prostu lepszym. Fakt, nie jest to może ten poziom co "The Angel..." czy "The Light ...", ale MDB to grupa świetnych kompozytorów, rzemieślników, którzy wiedzą co robią i szmelcu słuchaczowi nie wcisną.
My Dying Bride nagrało 61 minut muzyki zamkniętej w 9 odsłonach - równych, spójnych, wzajemnie się uzupełniających, tworzących jak zwykle specyficzną, niepokojącą atmosferę, będących zarazem czymś nowym, a zarazem tym do czego MDB nas przyzwyczaiło. Nie nazwałbym tego albumu zjadaniem własnego ogona z klasą - ja bym powiedział, że "A Line Of Deathless Kings" to po prostu dobry album, który trzyma poziom i klasę zespołu.
Wydawca: Peaceville Records (2006)