Co prawda złote lata grindcore'u mamy już dawno za sobą, ale jest jeszcze kilka zespołów, które z niekrytą radością kultywują "śmierdzącą" tradycję. I całe szczęście, że są jeszcze takie kapele jak Pig Destroyer. Już pierwszy album formacji "Explosions In Ward 6" wzbudził u mnie nie małe poruszenie. I choć były to uczucia mieszane, a to przede wszystkim ze względu na słabą produkcję, to nazwą kapeli utkwiła w mej pamięci na dłużej.
Pig Destroyer - zespół grindcore'owy założony przez trzech Amerykanów. Agresja,
wściekłość i świetna technika, te określenia charakteryzują to, co gra
Pig Destroyer.
Aż trzy lata Scott Hull kazał czekać na kolejną porcję perfekcyjnie wykonanej rzezi. Po świetnym "Terrifyer" fani ekstremalnego grania niczym wygłodniałe wilki wypatrywały kolejnego wydawnictwa Pig Destroyer. W końcu dostaliśmy album, który śmiało można uznać, za jedno z lepszych, jak nie najlepsze ekstremalne wydawnictwo ubiegłego roku.
Pig Destroyer osiągnął już status kultowego. Scott Hull, były muzyk Agoraphobic Nosebleed 11 lat temu rozpoczął krucjatę z nowym zespołem w celu przywrócenia chwały grindcorowi. Dopóki powstają takie albumy jak "Terrifyer" nie mam wątpliwości, że jego misja jest słuszna, a muzyka spełnia swój cel. To właśnie "Terrifyer", będący trzecim pełnym krązkiem zespołu nie tylko pozwolił zaistnieć tej kapeli, ale był największym zastrzykiem świeżości w gatunku od wielu lat.