Dwa pierwsze albumy Rhapsody nie pozostawiały złudzeń, że mamy do czynienia z zespołem wyróżniającym się na scenie powermetalowej. W związku z faktem, że dość szybko ten gatunek się wyeksploatował nie pozostało więc nic innego jak liczyć na elitę. Trzeci część sagi "Emerald Sword" została opatrzona tytułem "Dawn Of Victory", ale jak się to miało okazać - zamiast narodzin zwicieśtwa było to raczej początek upadku.
Kolejne osiem utworów choć osadzone w bardziej gitarowym graniu rozczarowuje na całej linii. Zarzuty są tylko trzy: brak dobrych, wpadających w ucho melodii, brak pomysłów, które uczyniłyby te utwory interesującymi, oraz kompletny brak świeżości i polotu. Co z tego, że "Dawn of Victory" od strony instrumentalnej jest nienaganny, skoro utwory tu zamieszczone są słabe i nudne. Rhapsody wyzbyło sie praktycznie wszystkich swoich atutów i zniżyło się do poziomu setek miernych, grajacych na jedno kopyto kapel.
"Dawn Of Victory" jest moim zdaniem sporym rozczarowaniem i zarazem chyba najsłabszym krążkiem zespołu. Nie lubię słuchać tej płyty, męczy mnie i nudzi. Na plus należy zaliczyć chyba tylko to, że jest to album inny od dwóch poprzednich, co potwierdza, że zespół w miejscu nie stoi. Śmiem jednak stwierdzić, że tą płytą zespół się uwstecznił.
Tracklista:
01. Lux Triumphans
02. Dawn Of Victory
03. Triumph For My Magic Steel
04. The Village Of Dwarves
05. Dargor, Shadowlord Of The Black Mountain
06. The Bloody Rage Of The Titans
07. Holy Thunderforce
08. Trolls In The Dark
09. The Last Winged Unicorn
10. The Mighty Ride Of The Firelord
Wydawca: Limb Music Products (2000)