"...Że to jest tak, że najlepszego przyjaciela, który o Ciebie dbał i Cię szanował, musisz zabić z własnej ręki, a rzekomo inny taki wielki przyjaciel, właśnie przystawia Ci każdej nocy pistolet do głowy. W nocy - czyli kiedy śpisz, kiedy nie wiesz, co on właściwie o Tobie mówi i myśli..."
Od niedawna jestem fanem sagi gier video Metal Gear Solid. Sagę Metal Gear również lubię, ale tylko pod względem fabuły, gdyż łączy się ona z MGS, jednak MG to gry z lat 80' a mnie nie jarają kolorowe ludziki na pegazusa :] Gra jest z podgatunku skradanek. Znaczy to, że musimy niepostrzeżenie prześlizgnąć się za liniami wroga, wykonując takie bajery rodem z Rambo jak zmiana mundurów, chowanie pod ciężarówkami, łapanie wrogów od tyłu i otwarcie im aorty szyjnej bądź zastawianie pułapek. Jednakże nie jest to zwykła rzeź. Wczoraj skończyłem, przyznaję się, dopiero pierwszą grę z serii MGS (Dla obeznanych, przeszedłem Snake Eater, czyli 3, ale chronologicznie jest to gra pierwsza w ogóle z całego MG i MGS, jej akcja dzieje się najwcześniej), bo kiedyś pogrywałem ale bez większego zainteresowania. Ukończyłem ją, i co? Poryczałem się. Może nie beczałem jak dziecko, ale uroniłem kilka łez. Specjalnie wrażliwy nie jestem, i w przypadku filmów czy gier zdarzyło mi się jeszcze tylko uronić jedną przypadkową łezkę na Zielonej Mili, mimowolnie. Więc czemu? Nie będę sie rozpisywał o fabule, bo i tak już za dużo napisałem o grze, zamiast o tym co chciałem Wam powiedzieć. Jeśli ktoś dotrwał do teraz to gratuluję :) Kiedy główny bohater, starszy już trochę, składał kwiaty na grobie swojej największej przyjaciółki, jak i przeciwniczki, która przez 10 lat była jego mentorem, uczyła go wszystkiego o strzelaniu, survivalu, walce, psychologii, a potem musiał ją zabić, z własnej ręki, a w tle leciało nagranie zostawione przez osobę której chyba najbardziej ufał, a ta poprzedniej nocy przykładała mu pistolet do głowy...
I wtedy nasunęły mi się takie filozoficzne myśli o sensie życia. Niby zwykła gra, niby kupić, pograć z kumplami, pośmiać się. Ale kiedy przed oczami miałem już napisy końcowe, bardzo długo myślałem o tym zakończeniu. Że to jest tak, że najlepszego przyjaciela, który o Ciebie dbał i Cię szanował, musisz zabić z własnej ręki, a rzekomo inny taki wielki przyjaciel, właśnie przystawia każdej nocy pistolet do głowy. W nocy - czyli kiedy śpisz, kiedy nie wiesz, co on właściwie o Tobie mówi i myśli. Jeśli o mnie chodzi, to się sprawdza. Może tak, może są to wywody zeschizowanego 13-latka podjaranego grą, ale jeśli o mnie chodzi, oduczyłem się każdemu ufać i uważać na ludzi, bo naprawdę każdy najlepszy na pierwszy rzut oka kumpel może być brudnym sukinsynem chcącym otrzepać Cię z kasy. Pomogło mi sie to stać lepszym, doskonalszym, bo wiem kto będzie dla mnie sojusznikiem a kto wrogiem. Nauczyłem się poprostu nie ufać łatwo jak głodny szczeniak, bo w dzisiejszych czasach, bardzo łatwo dać się omamić. Może już na zbyt dużą skalę sie wywodzę, ale każdy słyszał o wydarzeniach typu - jedzie sobie 30-latka sama w przedziale, wchodzi jakiś przystojny elegant, zaprzyjaźnia się z nią i w ogóle iskrzy i atmosfera rodem z Tytanica, a koleś idzie do WC, twierdząc że zaraz wraca, a z rana kobieta budzi się bez torby, ledwo konduktor dobudził ją na odpowiedzniej stacji. Jakim cudem? Gaz usypiający...
Jeśli ktoś doczytał do końca, to wielkie gratulacje. Myślę, że trochę przesadziłem z tym wszystkim, ale piszę to co aktualnie we łbie mi siedzi a emocje z gry od wczoraj jeszcze nie opadły, myślę jednak że dalsze wpisy będą bardziej luźne i mniej poważne.
Jeszcze raz dzięki za odwiedzenie i cierpliwość w lekturze.
Pozdrawiam, Szachu