Byłem płynna skałą przez wieki przelewającą się we wnętrzu Matki Ziemi. Trwałem. Zastygałem. Czas płynął. Aż przyszedł człowiek i rozerwał brzuch ziemi, wydobywając mnie na powierzchnię. Nazwał marmurem i stwierdził, że jestem piękny. Ciął, szlifował, wbijał dłuto a ja istniałem w coraz drobniejszych formach: płyta, wazon, popiersie. Dostałem skrzydła anielskie i ramiona krzyża. Wyryto w mej piersi słowa „urodzony”, „zmarł”. Na innej części wycięto „ku pamięci”. Co one znaczą? Postawiono mnie pośród mnie podobnych. Przez moment przychodzili ludzie, raz nawet płakali, składali kwiaty, palili ognie, by chwilę później już nigdy się nie pojawić. Ramię krzyża utrącił spadający konar. Cherubinie oczy wyżarł kwaśny deszcz. Wiatr złagodził krawędzie, ugłaskał kanty. Płyta pękła, podważona korzeniem. Zapadam się, osuwam w głąb, do matki. Tak szybko z powrotem…
„Idąc cmentarną aleją
Szukam Ciebie, Mój Przyjacielu.
Odszedłeś, bo byłeś słaby,
Jak suchy liść…
Dziś możemy zetknąć się
Naszymi, pustymi duszami.
Obnażyć swe oszustwa
I nasze wypalone sumienia.
Już nikogo nie dręczą
Nasze mdłe spojrzenia.
Dziś nareszcie jesteśmy sami
W ten listopadowy wieczór…”
Autor: Horsea
Wysłano: 00