Siega po coś zbliżonego kształtem do
młotka. Upewnił się czy trzonek dobrze leży w dłoni dokładnie układając na
nim palce, po czym wziąwszy zamach cisnął nim z całym impetem w
głowę. Głuche uderzenie jakby pięścią uderzyć w murowaną ściane. Po
kilku sekundach grzmot ciała o ziemię i lekkie drżenie przedmiotów wokół.
Gdzieś umknął brzęk kluczy w miękkości dywanu. Krew. Trochę krwi.
Coraz więcej i więcej. To już nie kałuża na dywanie lecz dywan w kałuży z
oderwaną od drzewa życia, ludzką wisieńką po środku.
Ciekawe jak brzmi
brocząca krew, zastanawiał się patrząc na samo rozprzestrzeniające się
rozlewisko po, którym zdawało się dryfować ciało. Wyobraził sobie potężny
rozszalały wodospad krwi wraz z kotłującą się zaciekle pianą gdzie
wszystko razem się miesza. Może jedna kropla tej krwistej wrzawy to dźwięk
rozpływającego sie truchła u jego stóp...
Co było na końcu trzonka,
ktory dzierżył w dłoniach? Młotek? Tasak? Siekiera? Czy dla martwego ma to
już w ogóle jakiekolwiek znaczenie? W jakich majtkach go
pochowają albo czy krawat pasuje do skarpetek? Dla
śmierci, narzędzie w chwili zbrodni jest tym samym czym
gwizd na psa - wezwaniem.
KostucH