W jakże piękne wtorkowe popołudnie przyszło mi się wybrać do stolicy Małopolski – Krakowa na po raz pierwszy organizowany w naszym cudownym kraju Heidenfest. Czas spędzony w pociągu minął stosunkowo szybko w czym pomógł fakt, iż umilałem sobie podróż słuchając i niejako przygotowując się do koncertu muzyki, która miała się na nim pojawić.
Sam koncert rozpoczął się punktualnie, co nie jest w naszym kraju oczywiste. Na pierwszy ogień poszedł islandzki Viking-folk-metalowy Skálmöld, promujący swój jedyny jak do tej pory album „Baldur” z 2010 roku wydany sumptem Napalm Records.Jak na kapelę o tak skromnym płytowym dorobku potomkowie Norwegów zagrali swój krótki secik całkiem poprawnie. Widać tym samym było, że ludzie przybyli na ich występ byli w dużej mierze pozytywnie zaskoczeni. Można zaryzykować stwierdzenie, że panowie w pełni wykorzystali czas dany im przez organizatora.
Po dość szybkiej zmianie sprzętu (tutaj wielki szacun dla technicznych wszystkich zespołów występujących owego wieczoru) na scenie pojawili się kolejni Norwegowie z Trollfest. Nie będę ukrywał, że nie jestem fanem tego typu grania (na śmiesznie – jak dla mnie za bardzo), ale gołym okiem widać było, że z każdą minutą powiększająca się publika bawiła się doskonale. Nie bez znaczenia dla występu Trollfesta był ich frontman Jostein "Trollmannen" (łysy facet z długą brodą). Panowie podczas trasy Heindenfestowej promują swoje najnowsze wydawnictwo „En Kvest For Den Hellige Gral” wydane pod szyldem NoiseArt Records. Skoczne kawałki, jakie zespół zaprezentował tamtego wieczoru w pełni rozgrzały licznie zgromadzonych ludzi przed kolejnym zespołem mającym grać na deskach Studia, mianowicie rosyjskiej Arkony.
Rosjanie pochodzący ze stolicy Rosji są w trakcie promowania swojego najnowszego krążka zatytułowanego „Slovo” wydanym, podobnie jak w przypadku Trollfestu, przez Napalm Records. Mimo, iż Masza i spółka na w/w płycie nieco spuścili z tonu (w porównaniu z poprzednim albumem „Goi, Rode, Goi” z 2009 roku) i jest ona bardziej folkowa niż metalowa to na koncercie numery z ich najnowszego dziecka zostały zagrane ostro i z pazurem, czyli dokładnie tak, jak spodziewali się i oczekiwali fani zgromadzeni w klubie. Masza po raz kolejny pokazała klasę jako frontmanka zespołu. Tyle energii mógłby pozazdrościć jej niejeden facet, tym bardziej, że (jak wspomniałem na początku) temperatura zarówno na zewnątrz a tym bardziej w środku lokalu była wysoka, co nie sprzyja zbyt dużemu wysiłkowi fizycznemu. Zdecydowanej większości osób przybyłych na ten fest występ Arkony przypadł do gustu, choć znaleźli się i tacy, którzy kręcili głowami i woleli udać się do baru w celu zakupienia i konsumpcji kolejnego kubka znanego nam złocistego chmielowego napoju.
Kolejnym zespołem który miał zabawić gości krakowskiego Studia był folk/power metalowy Alestorm. Szkoci od razu złapali znakomity kontakt z publicznością, a to za sprawą ich bardzo charyzmatycznego wokalisty i klawiszowca zarazem Christophera Bowesa, Występ potomków Williama Wallace’a był w dużej mierze zdominowany przez utwory z ich najnowszego krążka „Back Through Time”, który to właśnie jest promowany na Heidenfestowym tourze. Co tu dużo mówić, Alestorm po prostu zmiażdżył swoim występem – takiej dawki muzycznej pozytywnej energii żaden jak do tej pory grający zespół tamtego wieczoru fanom nie zafundował.W/w frontman dobrze widział, jak ustalić set listę, aby fani płacący za bilety dobrze się bawili. Ich występ zdominowały szybkie, melodyjne i oczywiście wpadające w ucho numery, przy których to pupa, noga czy też głowa nie mogą pozostawać w bezruchu.Czas niestety leciał nieubłaganie i mimo tego, że Szkoci mieli ochotę grać dalej to rygory festiwalu są, jakie są i przy gromkich brawach (w pełni zresztą zasłużonych) Alestrom zszedł ze sceny.
Na ten zespół czekałem i to nawet można by rzec BARDZO. Dlaczego ??? Ponieważ: raz - nie miałem ich jak do tej pory okazji widzieć na żywo a dwa - ich ostatni krążek wydany w tym roku nakładem Century Media przypadł mi do gustu na, tyle, że przez wiele dni gościł w moim odtwarzaczu, przez co poznałem go bardzo dogłębnie i szczegółowo. Chodzi tu oczywiście o fiński Turisas i płytę „Stand Up And Fight”. Finowie zostali postawieni przed niełatwym zadaniem. Pomalowani w barwy bojowe musieli, choć w minimalnym stopniu dorównać swoim występem Alestormowi, który dopiero, co skończył swój rewelacyjny występ, i choć Szkotów nie przebili, pokazali się z dobrej strony. Jako fan zespołu, mogę stwierdzić, że nie zawiedli moich oczekiwań ani też nie wybili się ponad przeciętność – po prostu dobry gig (na uwagę zasługuje bardzo fajnie zagrany cover legendarnej popowej grupy Boney M – „Rasputin”, który to zespół umieścił na singlu pod tym samym tytułem z 2007 roku.)
W końcu przyszedł czas na gwiazdę wieczoru – helsiński Finntroll. Powiem szczerze, że byłem lekko zawiedziony ich (i tylko ich) występem podczas tegorocznego Masters Of Rock, gdzie mieli okazję wystąpić razem ze szwajcarskim Eluveitie w ramach Pagan Alliance. Może na ich mierny jak dla mnie występ miała wpływ pogoda czy pora dania – nieważne. Fakt jest jeden – nie podobało mi się. Z tych to powodów z wielkim zniecierpliwieniem oczekiwałem gigu (mając oczywiście duże obawy, co do jakości przekazu muzycznego). Niestety stało się to, czego mogłem się spodziewać. Powtórzyła się sytuacja z w/w czeskiego festiwalu. Ściana dźwięku, którą zafundował ten fiński band całkowicie nie przypadła mi do gustu Jest to oczywiście moja subiektywna opinia na temat ich występu. Po rozmowach z uczestnikami festu podczas jego trwania jak i po całym występie wiem, że opinie były (jak to zresztą zwykle bywa) podzielone.Heidenfest dla Finntrolla był znakomitą okazją do promocji swojego ostatniego krążka pt. „Nifelvind” wydanego w 2010 roku przez niemieckie Century Meda Records.Jak już wspomniałem wyżej jedni byli zachwyceni a drudzy, w tym ja, wręcz przeciwnie.Osobiście wolę słuchać twórczości rodaków św. Mikołaja w domu aniżeli na koncercie.
Podsumowując – podczas występu każdego z zespołów grających na tegorocznej edycji Heidenfestu byli zarówno przeciwnicy jak i zwolennicy owych bandów. Myślę, że artyści grający tego wieczoru na deskach krakowskiego Studia mogą czuć się w pełni usatysfakcjonowani bardzo żywiołowo reagującą publicznością (wszak to Polska) i że z ochotą odwiedzą nasz kraj po raz kolejny.