Takiego nagromadzenia emo młodzieży jakie skumulowało piątkowe Self-Destruction w Liverpoolu nie widziałem jeszcze w żadnym wrocławskim klubie. Możliwe, że był to przypadek lecz biorę pod uwagę także opcję, że owy klub tejże dosyć świeżej subkulturze bardzo sprzyja. Choć w sumie ciężko mi cokolwiek powiedzieć na ten temat ponieważ była to moja pierwsza wizyta w tymże ciekawym miejscu. W dodatku wizyta bardzo udana.
Następnie nastąpiła wymiana sprzętu i powoli stroić zaczął się Heap Of Ashes. Już od pierwszych dźwięków można było poznać (a nawet zauważyć spoglądając na jedną z gitar, na której widniało dosyć znane logo), że koledzy nie wstydzą się w swej muzyce ukrywać lekkich naleciałości Toola. Muza jaką zaserwowali już od pierwszych taktów porwała do machania baniami niemałą grupkę publiczności. Dosyć charyzmatyczny frontman oczywiście także miał w tym swój udział. W tej chwili będąc już po występie jestem nawet w stanie powiedzieć, że był to najlepszy występ tego wieczoru lecz wtedy nie było to jeszcze takie pewne. Z niecierpliwością czekałem na gwiazdę wieczoru.
Fate Unknown znałem z ich nagrań już od paru miesięcy i to głównie dla nich wybrałem się w tenże wieczór do Wrocławia. Co jednak głównie nie uczyniło tejże kapeli w mej opinii prawdziwą gwiazdą wieczoru? Sound. Obydwa supporty miały mocne selektywne brzmienie czego niestety nie można powiedzieć o Fate Unknown. Nie wiem. Może akustyk nie podołał? Zacznijmy może od tego, że na scenie zainstalowało się tym razem 7 osób. W kapeli mamy trzech gitarzystów i trzy wokale (z których jeden biegał wolno, drugi grał na gitarze, a trzeci na dodatek obsługiwał sampler) co dla gałkowego, a raczej jego sprzętu, stanowiło niemały problem. Ustawianie wszystkiego ciągnęło się w nieskończoność, co chwile sprzęgały mikrofony, zdychały odsłuchy. Gdy po co najmniej 30 minutach manipulacji pokrętłami kapela w końcu zaczęła grać, z głośników poleciał taki chaos, że naprawdę ciężko było się w tym wszystkim połapać. Nie umniejszam tutaj samej kapeli w żadnej mierze, uważam po prostu, że tego dnia mieli pecha. Mimo sajgonu jaki generowały membrany głośników dało się jednak wyczuć rytm, a napitej publiczności raczej wiele więcej do zabawy nie potrzeba. Ludzie bawili się przez to cały ich występ doskonale, o czym świadczyć mogło pierwsze tego wieczoru mini pogo oraz bisy.
Biorąc pod uwagę niską cenę biletu (5 zł) przystępną cenę i jakość piwka oraz samą organizację, całą imprezę oceniam bardzo wysoko i z niecierpliwością czekam na kolejne edycje.