Przyznam szczerze, że z nazwą Xandria spotkałem się po raz pierwszy, choć ten niemiecki zespół istnieje już piętnaście lat i ma na swoim koncie pięć pełnych krążków. Właśnie promowali swoje ostatnie wydawnictwo "Neverworld's End" i set opierał się w większości na nowych kawałkach. Muszę przyznać, że nawet zdziwiło mnie gorące przyjęcie jakie fani zgotowali temu zespołowi.
Na stronie Progresji był anonsowany jeszcze jeden zespół i nie wiem z jakiego powodu nie wystąpił. To, że go nie będzie można było wywnioskować z przygotowań na scenie. Przerwa była dość długa, także każdy z łatwością mógł wypić, zapalić i co tam jeszcze potrzebował.
Zaczęło się od nowej płyty czyli intrem „Karma” i pierwszym kawałkiem „Monopoly Of Truth”. Każdy po kolei wchodzący na scenę muzyk był owacyjnie witany, z Simone na czele oczywiście. Myślę, że niejeden znajdujący się na sali wielbiciel jej urody i talentu nie mógł być zawiedziony. Śpiewała urzekająco, wyglądała jeszcze lepiej także nie tylko ja nie mogłem oderwać wzroku.
Gdy muzycy głoszą ze sceny, jaka to publiczność jest cudowna, jak to są mile zaskoczeni i jak bardzo kochają Polskę, często zastanawiam się na ile są to szczere wyznania, a na ile rutynowa gadanina. Wydaje mi się, że w tym przypadku mogli być naprawdę zadowoleni. Mark wspominał też katowicki koncert, który się odbył poprzedniego dnia i mówił, że polska publiczność jest „crazy” i „amazing”. Myślę, że nie było w tym przesady. To było po nich po prostu widać, że są zachwyceni. Widać to było po ich twarzach, po uśmiechach. Widać było taką szczerą radość z grania. A publiczność naprawdę zgotowała gorącą atmosferę i świetnie się bawiła.
Po nowym początku nastąpił przerywnik i raptowne cofnięcie do pierwszej płyty. Zabrzmiał otwierający ją numer „Sensorium”. Potem znowu ostatni album i „Deter The Tyrant”, „Serenade Of Self-Destruction” i „Delirium”. Oprócz największego szlagieru „Storm Of Sorrow”, który pojawił się pod koniec, z nowej płyty to by było na tyle. Muszę przyznać, że jestem zaskoczony takim doborem repertuaru. Moi faworyci to „Internal Warfare” i tytułowy „Requiem for the Indifferent” i tego mi tego wieczoru zabrakło. Nie doszukałem się też niczego z przedostatniego „Design Your Universe”, było natomiast kilka starszych utworów, z ostatnim "The Phantom Agony" na czele.
Podsumowując, bardzo udany koncert i nie sądzę aby ktoś żałował wydanych stu złotych. Dosłyszałem nawet, że ktoś chciał się wybierać następnego dnia do Wilna. Ja, aż taki zakochany nie jestem ale jak kiedyś Epica zajrzy jeszcze nad Wisłę to myślę, że z przyjemnością się wybiorę zobaczyć ich jeszcze raz.