Nie żywą lecz martwą
W betonowej otoczce
Uwieziona w samotności czeluściach
Odnalazłem swą ukochaną
Nie było ciepłe jej ciało
Zewsząd pajęczyną otoczone
Zamienione tak młode istnienie
W zimny posąg strachu
Nie było światła jeno mrok
Nie było świeżego powietrza jeno zaduch
Wydzielany przez zgniłe kwiaty
Symbolizujące pamięć...
Nie pamiętam już
Jaka ona była za życia
Czy piękna?
Tylko blask oczu
Przenikliwie patrzył na mą twarz
Nawet wtedy na dnie
Stęchłego grobowca
Pocałowałem jej usta
I przez chwilę nie czułem się
Już taki samotny
Leżeliśmy obok siebie
Spleceni miłosnymi uściskami
W objęciach...śmierci
Rozkoszując się naszymi ciałami
Gdy żyła zapewne była
Cudownie ciepła i namiętna
Czuję to...
Przez me ciało przechodzą drgawki podniecenia
Przez chwilę nie czuję się
Już taki samotny
W jej towarzystwie
Jak tam – na zewnątrz
Chciałbym przy niej zostać
Zaopiekować się nią
Ale nie mogę
Moje bramy wciąż jeszcze
Są zamknięte...
Moje cierpienie jest bezkresem
Jestem taki samotny
Dlatego przychodzę tutaj
Gdy mi smutno
Aby się tulić
Aby oddać się cielesnej rozkoszy
Wiem przecież, że ona mnie nie odrzuci
Wiem przecież, że ona mnie nie zdradzi
Wiem, że będzie przy mnie
Na zawsze
Wiem, że czeka cały czas
Na mnie
Na dnie stęchłego grobowca