Nie raz pisałem, że po nagraniu płyty wybitnej na zespole ciąży zazwyczaj ogromna presja, z którą bardzo często zespoły sobie nie radzą. Dzięki "Night Time" Killing Joke zaistniał dla szerszej widowni. Z jednej strony formacja dalej tkwiła w post-punku, ale w tych dźwiękach przewijała się cała masa innych gatunków, które czyniły z tej płyty dzieło wyjątkowe. W muzyce jednak szanujący się zespół odstawia zasadę, że "zwycięskiego składu się nie zmienia" do lamusa. Tak też i było w przypadku Killing Joke.
Odniosłem wrażenie, że Killing Joke zbliżył się muzycznie do The Cure, ale na tym etapie będąc daleko z przodu. Na płycie może zabrakło hitu na miarę "Eighties" czy "Love Like Blood", ale z drugiej strony nigdy przedtem i chyba nigdy potem nie powstała tak równa płyta w wykonaniu tej formacji. Tutaj naprawdę każdy kawałek trzyma bardzo wysoki poziom. Po raz kolejny nie pokuszę się o stwierdzenie czy jest to najlepsza płyta zespołu, gdyż nie jest to tak przełomowe dzieło jak "Night Time", ale z drugiej strony jest to płyta dojrzalsza, bardziej przemyślana i różnorodna - może i nawet najbardziej kreatywna w dorobku formacji. Choćby z tego względu warto się w nią zaopatrzyć.
Tracklista:
01. Adorations
02. Sanity
03. Chessboards
04. Twilight Of The Mortal
05. Love Of The Masses
06. A Southern Sky
07. Victory
08. Wintergardens
09. Rubico
10. Goodbye To The Village
11. Exile
Wydawca: Virgin Records (1986)