Towarzysz.
Godziny przed południowe ciągną się niemiłosiernie. Przerzucam się z jednego zajęcia na drugie, ale w każdym na mnie czyha. Kiedy robię pranie, niby przypadkiem bierze bieliznę w moje ręce i podsuwa mi pod nos. Zawstydzona pośpiesznie kończę ładować pralkę. Przy myciu podłóg ogląda mnie z boku i swoimi myślami wykrzykuje wyuzdane propozycje. Zła kończę pracę i zabieram się za obiad. W kuchni musi dać mi spokój. Obieram ziemniaki, obierki wpadają do kosza, a nowo obrane kartofle do miski z wodą. Chlup! Chlup! Chlup! A idź że w cholerę! Zostaw mnie paskudo! Wymachuję tłuczkiem do mięsa jak cepem bojowym. A i co teraz?! Nie dam się. Ale szybko daję za wygraną, kiedy oblewam piersi kurczaka oliwną marynatą. Zmęczona przymykam oczy i... Dzwonek do drzwi. Wreszcie! Kochany. Ratuj! Jak było w pracy? No to dobrze. Głodny? Tak? No już się gotuje. Co u mnie? A nic takiego. To co zwykle. Pranie, sprzątanie. Ja zmęczona? No może trochę. Czym? Powinieneś zapytać kim... Towarzyszy mi całymi dniami. Myślę, że jest rodzaju męskiego, bo jest silny, nieustępliwy i dominujący. On - Pożądanie.
To jak uratujesz mnie od niego?