Recenzja albumu, który prawie otarł się o doskonałość - "Irony Is A Dead Scene". Dawno, dawno temu istniał sobie niejaki zespół ABBA. Grupa pochodziła ze Szwecji i nagrała kilka kawałków, które do dziś są popularne - np. "Dancing Queen", "Waterloo" czy "Mamma Mia". Cechą szczególną grupy było to, że w najdrobniejszy nawet sposób nie przypominała stylistyką The Dillinger Escape Plan, zaś urocze wokalistki wizualnie bardzo różniły się od Mika Pattona.
Rozgoryczeni muzycy Dillingera winę za nieudany eksperyment muzyczny zrzucili na Pattona i skazali go na współpracę z tak miernymi grupami jak Mr. Bungle, Tomahawk, Fantomas, Peeping Tom czy totalnym beztalenciem muzycznym - Johnem Zornem.
Płytka, czy właściwie EPka, poszła tymczasem w świat robić swoim twórcom obciach przed miłośnikami cięższych brzmień i - jak to można było przewidzieć ... - w dość krótkim czasie została uznana za wydawnictwo kultowe.
Gdyby można było recenzować muzykę za pomocą języka filmu, to album "Irony Is A Dead Scene" wylądowałby gdzieś w połowie między "Żywotem Briana" i "Jabberwalky" grupy Monty Python. Tak bowiem, jak zakręcone i iskrzące od niekonwencjonalnych pomysłów są filmy angielskich komików, tak zakręcony i pełny finezji jest ten album.
Płyta zaczyna się mocnym uderzeniem - po odpaleniu krążka słuchacz dostaje po łepetynie cegiełką spreparowaną z dzikiego wrzasku Pattona i miażdżącej ściany gitar. I zaczyna się szaleństwo - galopady wokalno-instrumentalne, zmiany tempa, wściekłe łojenie na perkusji, szepty, rapowanie, piski, zgrzyty ...
Nie ma żadnego sensu opisywać każdego utworu z osobna - bo też i każdy z nich jest kopalnią pomysłów, którymi dało by się obdzielić z dziesięć mniej utalentowanych od Dillingera zespołów. Aby mieć jako - takie wyobrażenie, co na tym krążku się dzieje, wystarczy wyobrazić sobie, że znaleźliśmy się we wnętrzu obrazu Salvadora Dali (rozwiązanie dla osób z wyobraźnią) albo poszperać na YouTube (rozwiązanie dla osób bez wyobraźni).
Czy chaos da się zakląć w fascynującą formę? - a owszem, jeśli twórcy znają się na surrealizmie. A wierzcie mi bracia i siostry - ekipa Dillingera wraz z Mikem Pattonem się znają.
Ocena: 9,8/10
Wydawca: Epitaph Records (2002)