[...]Niektórzy zaczęli pląsać w rytm szaleńczo szybkiej i mocnej muzyki EBM, inni oddalili się w parach aby przedyskutować kilka palących spraw, które w rzeczywistości były najbardziej błahymi problemami pod słońcem. Chipsów, paluszków i alkoholu ubywało, ale jak to w sylwestrową noc nikt nie był aż do końca wystarczająco pijany.[...]
Podobnie jak co roku, również i tej zimy umówiłem się z
przyjaciółmi na imprezę, która miała się odbyć w sylwestrową noc. Jak
każdego roku wybieraliśmy jedną osobę, która miała być gospodarzem
imprezy, a jej dom miał być dewastowany w pijanym widzie przez
imprezowiczów. Szczęśliwiec, który okazał się gospodarzem usuwał
wcześniej przezornie co cenniejsze sprzęty z mieszkania, ale i tak
wszyscy potem ponosili koszty takiej imprezy. Oczywiście wraz z upływem
lat imprezy uspokajały się, stając się spotkaniem starych przyjaciół,
którzy zazwyczaj nie mieli okazji widzieć się przez cały rok; jednak
nasze temperamenty, zwłaszcza poparte procentami, nie pozwoliły nam
ukończyć imprezy w cywilizowany sposób.
Nigdy jednak nie było mowy o jakiś bójkach! Chodziło wyłącznie o straty materialne.
Tego roku mieliśmy się spotkać w sylwestrową noc w domu Michała. Dom ów
znajdował się na przedmieściach naszego rodzinnego miasta, na uroczym
osiedlu w cieniu zalesionych gór. I chociaż pogoda była tej zimy
pochmurna i deszczowa, już od początku tygodnia w telewizji zapowiadali
ochłodzenie i opady śniegu.
Gwiazdka minęła jak co roku;
miła rodzinna atmosfera, łzy podczas składania życzeń, a potem
uroczysta kolacja zakończona wręczaniem podarków. Standard, ale zarazem
miła odmiana po całym szarym roku wypełnionym pracą. A w poniedziałek
po drugim dniu świąt zaczęły się przygotowania do imprezy.
Zadzwoniłem do wszystkich, którzy mieli się stawić u Michała i umówiłem
w miarę możliwości na spotkanie w naszej ulubionej knajpie, w
Angelusie. W pierwszy dzień tygodnia nie powinno być żadnego ruchu w
barze, więc można będzie swobodnie porozmawiać. Przyszedłem oczywiście
jako pierwszy, żeby pogadać z barmanem i pograć z nim w lotki i
piłkarzyki. A około dwudziestej zaczęli pojawiać się kolejno wszyscy
uczestnicy sylwestrowego spotkania. W sumie razem ze mną zebrało się
osiem osób. Najmłodszy z nas miał lat 25, a najstarszy 30. Różni ludzie
z różnych domów, wykształceni i nie; tacy, którym się powiodło i tacy,
których życie ciągle kopie po tyłku czy to z własnej winy, czy też z
winy opatrzności.
Zapanował miły, niemal podniosły
nastrój. Uściski, „misiaczki”, powitania, morze piwa… Ustaliliśmy w
sumie to co zwykle, ale każda okazja jest dobra, żeby napić się w
gronie osób, które lubi się najbardziej, do których ma się sentyment…
Jak zwykle zrobimy zbiórkę na alkohol, a potem mój braciszek zawiezie
go dzień wcześniej do domu gospodarza. Całe jedzenie, każdy ile może,
przyniesie już w dniu imprezy ze sobą. Podobnie muzyka; w zasadzie
każdy z nas lubi podobny gatunek muzyki, więc z tym nie ma nigdy
problemu.
Znów wróciłem do domu po drugiej w nocy. Dobrze, że wszyscy spali…
Kolejne coraz zimniejsze dni grudnia upływały na przedimprezowej
gorączce. Przeliczanie funduszy na moce przerobowe organizmu plus
ewentualne dofinansowanie tych, którym nie przelewa się nie tylko
gorzałka. Jak zwykle w takich okolicznościach pytanie i prośba zarazem:
„mamusiu, zrób sałatkę, sernik i upiecz karkówkę, bo na Sylwestra idę
do Michała i robimy zrzutkę, proszę…” I tak kolejne krótkie dni i
długie wieczory spędzane w knajpie na grze w lotki.
Nadszedł wreszcie dzień Sylwestra. Od rana, gdy tylko wstałem na lekkim
kacu, rozpocząłem odliczanie wlekących się w nieskończoność minut i
godzin; byle do osiemnastej. Pierwotny pomysł spotkania się o
szesnastej upadł, ze względu na to, że wszyscy chcieli doczekać do
północy, a nie u wszystkich już taka mocna głowa jak niegdyś, a
człowiek nie wielbłąd i pić musi.
O piątej po południu
nie wytrzymałem i poprosiłem brata, żeby mnie zawiózł do Michała. Gdy
dotarliśmy na miejsce okazało się, że poza gospodarzem i jego bratem
Markiem na miejscu był już Krzysiek. A do godziny siódmej wieczorem
cała ósemka była już w komplecie. Jak zwykle impreza zaczęła się dosyć
skromnie, jakiś posiłek, kilka kieliszków wódki, parę piw. W miarę, jak
alkohol zaczynał krążyć w żyłach spotkanie nabierało impetu dyskusje
stawały się żywsze, a twarze czerwieńsze. Muzyka jakby przycichła,
chociaż cały czas ktoś podchodził do wieży i kręcił potencjometrem o
kilka kresek w stronę znaku plus. Niektórzy zaczęli pląsać w rytm
szaleńczo szybkiej i mocnej muzyki EBM, inni oddalili się w parach aby
przedyskutować kilka palących spraw, które w rzeczywistości były
najbardziej błahymi problemami pod słońcem. Chipsów, paluszków i
alkoholu ubywało, ale jak to w sylwestrową noc nikt nie był aż do końca
wystarczająco pijany.
Po toaście o północy
wszyscy wrócili do imprezowania, ale każdy odnosił wrażenie, że impreza
jakby przygasła. Przynajmniej ja zawsze odnoszę takie wrażenie po
północy w Sylwestra. Waldek poszedł na górę, Krzysiek zaległ w rogu
kanapy aby skorzystać z chwili snu, dopóki ktoś nie obudzi go na
kolejny kieliszek wódki. Natalia też poszła na górę a cała reszta wraz
ze mną pogrążyła się w rozmowach, a konkretnie w retrospekcji
wszelakich imprez, wypadów i turniejów rycerskich, które wspólnie
przeżyliśmy w ciągu blisko piętnastu lat znajomości. Po chwili
dołączyła do nas Natalia i następne gardło zasiliło dyskusję. Obudziłem
Krzyśka na kolejny toast. Natalia z Michałem wyszli na chwilę do
piwnicy porozmawiać.
Świat jakoś się zamglił, muzyka
zdawała się dobiegać jakby zza ściany. Widziałem wszystko jakby
poruszało się w kalejdoskopie, jakby przesuwać na video film klatka po
klatce; mój mózg nie nadążał za wzrokiem; trzeba było się przewietrzyć
i zrezygnować na jakieś piętnaście minut z kolejnego kieliszka wódki.
Wyszedłem na taras. Zapaliłem papierosa. Mróz jeszcze nie przebił się
przez warstwę ochronną alkoholu, którą byłem spowity. Napajałem się
tylko zimnym, orzeźwiającym powietrzem i ciszą nocy, zakłócaną przez
stłumione odległe wybuchy petard i fajerwerków. Obróciłem się i oparłem
o barierkę. Widziałem jak Natalia wyprowadza Krzyśka i Wojtka na górę,
podtrzymując ich pod ramiona, gdyż chłopaki ledwo mogli ustać na
nogach, a po chwili wraca po Marcina, którego odprowadza już w
towarzystwie Marka. „W pół do trzeciej w nocy a impreza już totalnie
umarła? To chyba nie możliwe.” – pomyślałem i wróciłem do rozgrzanego,
dusznego i wypełnionego muzyką pomieszczenia. Usiadłem na kanapie i
wziąłem sobie butelkę piwa. Świat zawirował mi przed oczami i fala
gorąca zeszła od czubka głowy i zaległa ciężkim ciepłym kłębkiem w
żołądku. Usłyszałem jak ktoś schodzi po schodach.
U
wejścia do obszernego salonu pojawiła się Natalia. Plamy świeżej krwi
pokrywały jej dekolt i ręce prawie do łokci. W ręku trzymała nóż do
krojenia chleba, ostry, ząbkowany i zakrwawiony. Jej twarz wykrzywił
nieopisany grymas; nie wiedziałem, czy to był wyraz bólu, smutku czy
żądzy mordu. Z kącika ust pociekła jej stróżka śliny, którą wytarła
okrwawioną ręką. Wstałem na chwiejnych nogach, powoli. Obserwowała
każdy mój krok jak kot czający się na ofiarę. Nagle rzuciła się na
mnie. Na całe szczęście dzielił ją ode mnie stół. Próbowała się przez
niego przechylić, żeby zahaczyć mnie długim nożem. Widziała, że
odległość stołu od kanapy w miejscu, w którym stoję jest na tyle mała,
że nie pozwoli mi to odchylić się dostatecznie przed ciosem, ale ja
wykonałem inny ruch: zrobiłem szybki krok w prawą stronę, a Natalia
pozostała na chwilę rozciągnięta na blacie stołu. Wtedy wziąłem potężny
zamach i uderzyłem ją w tył głowy butelką z piwem, którą cały czas
trzymałem w dłoni.
Chrupnięcie czaszki i brzęk szkła do
tej pory słyszę w swoich snach, chociaż od tamtej przeklętej nocy
minęło już ponad osiem miesięcy. Do tej pory widzę, jak krew wypływa z
rozcięcia w jej głowie a kawałeczki kości wyfruwają razem ze szkłem
wysoko w górę. Do tej pory widzę przed oczyma zdjęcia z miejsca zbrodni
i martwe, zastygłe twarze przyjaciół w kostnicy, kiedy przyszedłem
identyfikować ich ciała. Cały czas śni mi się zbiorowy pogrzeb i twarze
ich rodziców pogrążone w rozpaczy. Ich oczy obwiniające mnie o to, że
przeżyłem…