Literatura :

Oko potwora - Jacek Dukaj

Oko potwora, Jacek Dukaj, Wydawnictwo Literackie, science fiction, Lem

Każda książka Jacka Dukaja trafiając do czytelnika, jest obciążona oczekiwaniami. Najpierw sprawa praktyczna. To nie jest świeża powieść. Pierwotnie wyszła w 2010 roku w zbiorze „Król bólu”, razem z siedmioma innymi utworami z różnych okresów – od młodzieńczych tekstów z lat dziewięćdziesiątych po rzeczy napisane już po „Lodzie”. Dopiero teraz dostała własną okładkę i wyszła jako swego rodzaju „singiel”. Jest krótka i czyta się ją błyskawicznie. Tytułowe oko można wziąć dosłownie, ale po jakimś czasie zaczyna mieć dodatkowe znaczenia i zmienia to sposób czytania całości.

Książka reklamowana jest jako stylizowana na wczesnego Lema i wita nas nawet cytatami z „Pilota Pirxa” i „Dzienników gwiazdowych”. Gdyby ktoś wydrukował na okładce nazwisko Lema i powiedział, że to tekst znaleziony po latach, z jego najlepszego okresu, część czytelników by w to uwierzyła, czytając pierwsze parę stron. Pojawia się więc pytanie, czy Dukaj chciał oddać hołd pisarzowi, na którym się wychował, po prostu pokazać, że potrafi, czy może poprawić mistrza? Prawdopodobnie wszystkie odpowiedzi są prawdziwe.

Początek jest rzeczywiście lemowski. Statek, wyprawa, awaria, coś obcego na horyzoncie. Każdy, kto czytał „Eden”, poczuje się jak w domu: załoga, która musi zrozumieć obcy świat, a przy okazji rozwiązać wewnętrzne konflikty. Te są tutaj wyraźnie podkreślone. Ton jest znajomy, sposób prowadzenia narracji oraz świat też. I właśnie dlatego tak łatwo dać się złapać. Dukaj zdaje się celowo budzić nadzieję na klasyczną opowieść o ludzkim rozumie wobec tajemnicy, żeby po kilkudziesięciu stronach po cichu ją odebrać.

Różnica tkwi w tym, po co ci ludzie w ogóle tam lecą. U Lema ruszają w kosmos z ciekawości czy romantyzmu. Są żądni przeżyć, a sama podróż ma w sobie coś z romantycznej przygody. Nawet gdy wszystko idzie źle, gdzieś w tle zostaje przekonanie, że warto było spróbować. U Dukaja chodzi po prostu o pieniądze. Świat jest skłócony, każdy ciągnie w swoją stronę, a kosmos to po prostu kolejny rynek. Nikt nie wyrusza dlatego, że ciekawi go, co jest dalej. Wyrusza, bo ktoś na tym zarobi. Przyszłość wygląda podobnie jak u Lema, ale ma zupełnie inny smak – trochę gorzki, choć nie można jej odmówić wiarygodności. Chyba właśnie dlatego tak łatwo w nią uwierzyć.

To zresztą zmienia klimat całej opowieści. Lem zostawia miejsce na zachwyt, na niepokój metafizyczny, czasem na zwykłe zdumienie. Dukaj dokłada do tego cynizm. Technologicznie jego przyszłość nie jest ani lepsza, ani gorsza, raczej dojrzalsza w tym najmniej pochlebnym sensie: bardziej ludzka, bardziej przyziemna. Nie jest to miła wizja, mimo że nie apokaliptyczna. Jest za to bardzo spójna, a spójność to coś, co u Dukaja cenię bardziej niż efektowne pomysły, których on akurat nigdy nie skąpi.

Z bohaterem jest podobnie. Narratorem jest medyk na statku i na pierwszy rzut oka pasuje do lemowskiego wzorca: rzeczowy, opanowany, trochę z boku. Tylko że to nie jest doktor Judym w rakiecie. Nie ma w nim misji ani wiary, że to, co robi, na coś się przyda. To facet po przejściach, który tylko wygląda na bohatera z kart Lema. Im dłużej go słuchamy, tym wyraźniej widać, że ta spokojna powierzchnia nie do końca jest spójna. Zmęczenie, dystans do własnej roli, brak złudzeń – to już czysty Dukaj. Dobre jest to, że autor nie ogłasza tego wprost, tylko pozwala czytelnikowi samemu zauważyć tę głębię. Zwykle w takich opowieściach narrator jest oknem na świat, przez które patrzymy na wydarzenia i nie zastanawiamy się, kto stoi po drugiej stronie szyby. Tutaj szyba jest brudna. Czasem łapiemy się na tym, że bardziej interesuje nas, dlaczego ten człowiek mówi w ten sposób, niż to, co akurat opisuje. Może to zamierzone, może efekt uboczny, ale działa na korzyść książki.

Im dalej w fabułę, tym mniej tu Lema, a więcej Dukaja. Kiedy bohaterowie zaczynają mierzyć się z czymś, czego nie da się ogarnąć ludzkim rozumem, wychodzą tematy, które u Dukaja wracają stale: granice poznania, chaos jako coś, co może pchnąć cywilizację dalej, i technoewolucja, wobec której człowiek jest raczej świadkiem niż sprawcą. Trudno nie myśleć o tym, że to, co na początku wydawało się sednem, staje się kamuflażem. Dukaj zdejmuje go po kawałku. Czytając dalej, mamy wrażenie, że książka jest raczej sporem z Lemem niż hołdem albo popisem. Dukaj bierze lemowską formę i używa jej przeciwko lemowskiemu optymizmowi. To trochę jak uczeń, który najpierw mówi głosem nauczyciela, a potem tym samym głosem tłumaczy mu, że się mylił. Taki zabieg wymaga pewności siebie, bo w każdej chwili można się wyłożyć: albo na zbyt wiernym kopiowaniu, albo na zbyt widocznym odcinaniu się od wzoru.

Akademicy opisują to zjawisko za pomocą Harolda Blooma i jego „lęku przed wpływem”. W największym skrócie: żeby napisać coś własnego, silny autor musi w pewnym sensie źle odczytać swojego poprzednika, czyli odczytać go tak, by zrobić miejsce dla siebie. W science fiction jest to wyjątkowo trudne, bo gatunek pełen jest powtarzalnych schematów i znanych dekoracji, więc łatwo wpaść w zwykłe kopiowanie. Dukajowi się to udaje. Nie ucieka od Lema i nie udaje, że go nie ma. Wchodzi z nim w rozmowę i pokazuje, gdzie jego zdaniem ta tradycja przestaje wystarczać.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno: jak mało tu zbędnych słów. Dukaj potrafi pisać obszernie („Lód”), czasem aż do przesady, a tutaj trzyma tempo i nie rozwleka opisów. Dostajemy tyle, ile trzeba, żeby zrozumieć, w co ci ludzie są wplątani, i resztę musimy dopowiedzieć sobie sami. Czytając opowiadanie 15 lat temu, pewne rzeczy mi umknęły. Za drugim razem okazało się, że umykało mi dokładnie to, co autor chciał, żeby zostało niedopowiedziane.

Pasuje to zresztą do całej konstrukcji. Skoro bohaterowie nie rozumieją tego, z czym się zderzają, to czytelnik też nie powinien dostać gotowych odpowiedzi podanych na tacy. Gdyby Dukaj wyjaśnił wszystko, książka byłaby pewnie wygodniejsza, ale straciłaby to, co w niej najlepsze: poczucie, że stoimy przed czymś większym od nas i że nasze narzędzia poznawcze, tak chętnie przez ludzi wychwalane, mają swoje granice.

Zapoznanie się z Lemem nie jest konieczne, choć zalecane. Kto nie czytał mistrza, może nie zrozumieć nawiązań – wtedy powieść znacznie się spłyci. Nic złego się nie dzieje, ale część gry przepada. Rozumiem też tych, którzy wolą Dukaja w jego rozbuchanych, długich formach. Tutaj jest skromniej i bardziej zdyscyplinowanie. Nie jest to książka dla każdego. Jeśli ktoś szuka lekkiej kosmicznej rozrywki, to nie ten adres. Najwięcej wyciągną z niej ci, którzy znają „Eden”, „Fiasko”, „Powrót z gwiazd” czy „Pirxa”. Wtedy bardziej widać, kiedy Dukaj puszcza oko do czytelnika. Jeśli miałbym wskazać, co zostaje po lekturze najdłużej, to nie fabuła ani pojedyncze sceny, tylko wrażenie dokładnego rozplanowania, w którym miejscu opowieść ma zmienić tor i styl. Zmiana nie następuje nagle, nie ma jednej strony, na której wszystko się odwraca. Dlatego tak łatwo ją przegapić i dlatego tak dobrze działa, kiedy wreszcie się ją zauważy.

Wydawca: Wydawnictwo Literackie (2026)

Komentarz