Meshuggah jest nieprzewidywalny do bólu. Po EPce "I" chyba nikt się nie spodziewał "takiego" krążka. Zdecydowana większość zapewne oczekiwała szybkiego grania, a tymczasem otrzymaliści bardzo dziwny i misternie skonstruowany twór. "Catch 33" to bowiem jeden czterdziestosiedmiominutowy utwór podzielony na trzynaście odsłon. Powiem więcej - utwór specyficzny do bólu. Mamy oto kawałek oparty w dużej mierze na jednym motywie, kilku podobnych do siebie, wolnych riffach, ale rytmika "Catch 33" to jeden wielki kosmos i popis geniuszu.
Z początku czułem się zmęczony jednostajnością tego albumu, pewnym ograniczeniem, głównie w warstwie wokalnej, ale z każdym przesłuchaniem przekonywałem się do tego, że to jest właśnie urok Meshuggah - hermetyczność, ograniczanie formy i wykręcanie jej przy pomocy wypracowanych schematów. Krążek okraszony jest świetnym brzmieniem, co jedynie podkreśla odhumanizowane i wykalkulowane granie formacji. Ciężko jest bowiem zdefiniować i zaszufladkować twórczość zespołu - można to nazwać metalcorem, mathcorem, metalem progresywnym, ale Meshuggah potwierdza, że jest jednym z najbardziej oryginalnych zespołów na scenie.
Moim zdaniem "Catch 33" jest póki co najlepszym wydawnictwem zespołu - bardzo dojrzałym, wymagającym, który albo się pokocha, albo z nienawidzi. Jest to jednak album, do którego ciężko jest się przyczepić w jakiejkolwiek warstwie, a pochopne wnioski wynikłe z pierwszego odsłuchu są bardzo błędne. "Catch 33" jest niezwykły, pokazujący nowoczesne podejście do metalu, po raz kolejny zmieniające definicję rytmu, odkrywający nowe możliwości konstruowania riffów i pisania utworów.
Wydawca: Nuclear Blast Records (2005)