Rudy Dave niejednokrotnie zapowiadał koniec działalności Megadeth, ale na dobrą sprawę ciężko jest zrezygnować z czegoś co się przez pół życia robi najlepiej. Z drugiej jednak strony, pomimo, że to Mustaine jest liderem formacji, to styl jaki wykreował kwartet Mustaine/Friedman/Ellefson/Menza w zasadzie był niepodrabialny i był w pewnym sensie uosobieniem i kwintesencją Megadeth. Już w gruncie rzeczy "World Needs A Hero" było jedynie rzemieślnictwem i marną próba nawiązania do najlepszych czasów.
Kolejna płyta Megadeth, a w zasadzie już solowego projektu Mustaine'a jest na pewno o wiele lepsza od niemrawej "World Needs A Hero", ale nie jest to płyt, która wprawi w zachwyt. Trzeba się chyba pogodzić z faktem, że najlepsze czasy dla zespołu minęły, a sam Mustaine nie uratuje całości, nawet jeśli jest głównym kompozytorem. Nieiwele jest tu rzeczy, do któych bym się przyczepił, poza tym, że jako całość jest to materiał przeciętny.
Wydawca: Sanctuary (2004)