Obserwując rowzój zespołu można powiedzieć, że stacza się on po równi pochyłej. Początkowy zachwyt, zachłystywanie się techniką muzyków i wokalem Dickinsona było czymś oczywistym, ale patrząc na kolejne krążki zespołu trzeba powiedzieć, że zespół stał w miejscu, a nawet wykazywał regres. Już "Somewhere In Time" prezentowało się co najwyżej średnio, powszechnie zachwalany "Seventh Son Of The Seventh Son” w gruncie rzeczy był bardzo ugłaskany i nie miał pazura "Number Of The Beast" czy "Powerslave", a "No Prayer For The Dying" był bezbarwny.
W taki oto sposób Iron Maiden nie tylko wrócił na właściwe tory, ale i nagrał moim zdaniem najlepszy album w swojej karierze. Wybaczam tym razem nawet to, że zespół stosuje tę oklepaną i skostniałą strukturę, ale może w tym tkwi urok tego zespołu. Nie trzeba nikogo uświadamiać do twórczości tego zespołu - to jest zwykłe heavy z dobrymi solówkami, dobrym wokalem i dobrymi melodiami. Osoby szukające czegoś ambitnego i wyrafinowanego nie powinny po to sięgać, ale jeśli ktoś szuka prostych, przyjemnych do posłuchania i poskakania dźwięków, to śmiało może po ten album sięgnąć.
Wydawca: Sanctuary Records (1992)