Debiutancki album Iperyt był jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie płyt w tym roku. Po usłyszeniu EPki "Particular Hatred" stałem się wyznawcą muzyki tworzonej przez ten zespół, natomiast "Totalitarian Love Pulse" słucham codziennie, bez wyjątku od około dwóch tygodni i nadal nie mogę doszukać się w niej niczego, do czego można by się przyczepić.
"Adoration Of Social Demise", "Abuse You Fucking Christ", "The Silent Murderer" czy "Filthy Criminals" nie zostawiają suchej nitki na osobie, która odważy się włączyć "Totalitarian Love Pulse". Tego nie da się opisać, to po prostu trzeba usłyszeć. Nie będe rozpisywał się na temat konstrukcji kawałków itp. bo się na tym nie znam, ważne jest dla mnie to, jak się człowiek czuje po przesłuchaniu albumu. Ja czuję się po prostu zmiażdżony ciężkością muzyki Iperyt, perfekcją w wykonaniu jej i całkoształtem tego, co spłodzili Warcrimer i spółka. Ciągle i ciągle wracam do tej płyty i tak będzie pewnie aż do wydania jej następcy, co, mam nadzieję, nastąpi jak najszybciej. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić was do przesłuchania "Totalitarian Love Pulse". Możecie być pewni, że nie będzie to stracony czas.
Wydawca: Agonia Records (2006)