Tak piekielnego walentynkowego wieczoru nie doświadczyłam już od bardzo dawna. Nie nie moi drodzy, nie byłam na seansie trójwymiarowego horroru Patrick Lussiera "Krwawe Walentynki 3D", choć była to jedna z ciekawszych perspektyw spędzenia tego jakże uroczego (sic!) wieczoru. Moje serce rozpaliły do czerwoności muzyczne doznania z piekła rodem - czyli Tiamat, The 69 Eyes, Ava Inferi i StrommoussHeld, jako Hellhounds Fest 2009.
Udało mi się natomiast zobaczyć koncert portugalskiego zespółu Ava Inferi - niestety nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Z twórczością zespołu zetknęłam się już wcześniej, przy okazji ich ostatniego krążka "The Silhouette", której ciężki i mroczny klimat zapowiadał się obiecująco. Jednak na koncercie formacja wypadła bardzo blado, przygnębiająco usypiając zebraną pod sceną publiczność. Był to jednak dla mnie zespół najsłabszy z całego składu Hellhound Fest, zdecydowanie odbiegający od reszty zdecydowanie męskiego grona "Piekielnych Ogarów". Nie oszukujmy się, większość publiczności zebrała się w krakowskim Studio aby zobaczyć i wysłuchać koncertu dwóch skandynawskich formacji: Tiamat i The 69 Eyes.
Gdy w klubie gasną światła i słychać pierwsze takty gothic rockowego hymnu Gerarda McMahona, wszyscy fani The 69 Eyes wstrzymują oddech - polowanie czas zacząć. Helsińskie Wampiry wyłoniły się zza kulis kilkanaście minut przed godziną 21 przy dźwiękach utworu "Framed in Blood", pochodzącego ze zdecydowanie najlepszego albumu jaki udało im się popełnić: "Blessed Be". Bardzo entuzjastycznie powitany zespół nie pozwolił swojej publiczności na chwilę wytchnienia intonując kolejny kawałek "Never Say Die" z krążka "Angels". Finowie zaprezentowali przekrojowy materiał nie tylko z najnowszego duetu "Davils" & "Angels", cofając się do wspomnianego przeze mnie "Blessed Be". Nie zabrakło (walentynkowych) mrocznych opowieści o miłości w "Gothic Girl", "Christian Death" czy "Dance D'Amour", prawdziwie goth'n'rollowych kompozycji jak "Rocker", "From Dusk Till Down", czy bezsprzecznych hitów jak "Perfect Skin", "Devils" czy "Brandon Lee". Wielkim zaskoczeniem, a jednocześnie najsmaczniejszym kąskiem było dla mnie wykonanie przez "Oczy" utworu "Stigmata", w wydłużonej i znacznie bardziej psychodelicznej wersji niż ta którą można znaleźć na albumie "Paris Kills". Pod sceną widownia szalała pogo w rytm muzyki, a na scenie szalał charyzmatyczny frontman - Jyrki69 w ruchach scenicznych przypominając niekiedy Billy'ego Idola, a czasem Elvisa Presleya, wzbudzając histeryczną niemal reakcję fanek. Mimo, że często glamowo-old-schoolowy image Finów powoduje, że ich twórczość traktowana jest z przymrużeniem oka, na żywo pokazali naprawdę sporą dawkę dobrego rock'n'rollowego grania. The 69 Eyes na deser zachowali najsmaczniejsze kąski, utwór Lost Boys stylizowany na filmie reżyserii Joela Schumachera o tym samym tytule oraz cover The Doors - "L.A.Woman". Zabrakło jedynie "Wasting The Dawn".
Po krótkiej przerwie technicznej na scenie pojawili się muzycy z Tiamat. Nigdy wcześniej nie widziałam ich występu na żywo, a twórczość znałam jedynie z albumów studyjnych, których tak jak w przypadku Fields Of Nephilim najlepiej słucha się przy świecach i z lampką wina w dłoni. Dlatego tez zastanawiałam się jak wypadnie występ zespołu w atmosferze bynajmniej nie "pościelowej". Johan Edlund i spółka wyhamował tempo nadane przez finów z The 69 Eyes, ale… tak powinno było się wydarzyć. Było ciężko i mrocznie. Zespół zagrał naprawdę świetny koncert rozpoczynając od utworów pochodzących z "Amanethes" - "Will They Come?" oraz "Raining Dead Angels”. Dalej przyszła kolej na "Until The Hellhounds Sleep Again", rewelacyjnego "Cain" oraz "Wings Of Heaven" pochodzących z "Pray". Zespół nie zapomniał również o hitach ze starszych albumów, usłyszeliśmy "Cold Seed" oraz "Do You Dream Of Me". Tiamat, wyzwolił w widzach niesamowitą reakcję, niemal spijali oni słowa z ust Edlunda, sala zaroiła się od światełek zapalniczek w lesie podniesionych w górę rąk. Tę hipnotyczną atmosferę przerwał na chwilę mocniejszy akcent w postaci doom/death metalowego kawałka "Equinox Of The Gods". Na zakończenie po usilnych nawoływaniach, na bis zaserwowane zostały "Via Dolorosa", a także "Gaia" - bezsprzecznie kultowy utwór. W walentynkowym prezencie zespół Tiamat podarował krakowskiej publiczności "The Sleeping Beauty", po zakończeniu której definitywne opuścili scenę. Ja dopiero po chwili ocknęłam się z tego magicznego wręcz zauroczenia, które na długo pozostanie w mojej pamięci, gdyż pewnie minie sporo czasu zanim usłyszę dwa tak genialne koncerty jednego wieczoru. Gdybym miała oceniać, posłużyłabym się piekielną skalą ocen i Hellhounds Fest dostałby u mnie diabelskie 666.
http://www.darkplanet.pl/modules.php?name=usergallery&op=show_photo&id=63343