Nie wiem czy ktoś wierzył jeszcze w powrót Fields Of The Nephilim na scenę, ale stał się on faktem. Bezapelacyjny lider formacji, Carl McCoy kompletując zespół nie sięgnął po ani jednego muzyka, z którym współpracował wcześniej, ale jako, że to on jest głównym twórcą i kompozytorem, to ten aspekt schodzi na dalszy plan.
Jak to jednak bywa zwykle z powrotami - zawsze znajdzie się coś do czego można się przyczepić, lub coś co budzi kontrowersje. Na Fields Of The Nephilim ciążyło brzemię legendarnego "Elizium", który to stał się teraz punktem odniesienia. Nie ma co ukrywać, że "Mourning Sun" choć jest bardzo dobrym albumem, to nie dorównuje tamtemu albumowi. Niektórzy mogą narzekać co do kwestii wyrazistości albumu. Także i mi towarzyszy uczucie przerysowania i przekombinowania. Wszystkiego jest tu po prostu dużo - okrutnie niski głos, dudniący bas, potężne klawisze, fantastyczne, pełne brzmienie - gdy się to połączy razem dostajemy twór intensywny, który narzuca się wręcz słuchaczowi. Nie do końca mi się to podoba.
Nadprodukcja nie zabija na szczęście wysokiej jakości tych utworów. Fields Of The Nephilim to przykład jednego z najlepszych come backów w historii muzyki rozrywkowej. Ciężko było przypuszczać, że McCoy spróbuje nagrać "Elizium II", ale album na podobnym poziomie, ale "Mourning Sun" specjalnych powodów do narzekań nie przynosi.
Tracklista:
01. Shroud (Exordium)
02. Straight To The Light
03. New Gold Dawn
04. Requiem XIII-33 (Le Veilleur Silencieux)
05. Xiberia (Seasons in the Ice Cage)
06. She
07. Mourning Sun
Wydawca: SPV Records (2006)